Cze 272011
 

Tegoroczny Brutal był naszym drugim wyjazdem na tą imprezę. Jednak zanim o festiwalu to parę słów o miejscu, w którym się odbywa. Jest to o tyle ważne, że tworzy specyficzny klimat i dodaje kolorytu, którego nie ma jakikolwiek inny festiwal tego typu. Miejscem tym jest Jaromer a w zasadzie jego specyficzna cygańska część czyli Josefov. W tym miejscu stoi stara twierdza oraz cały łańcuch austriackich umocnień obronnych w postaci ziemnych bunkrów, sieci podziemnych dróg oraz umocnień z czerwonej cegły. To największy w Europie tego typu obiekt pochodzący sprzed ponad 200 lat i naprawdę robi wrażenie. W poprzednim roku (2009) byliśmy już w samej twierdzy i na niecałym pół kilometrze jej korytarzy i wyszliśmy stamtąd oczarowani (jest nagranie Video). W środku jest ciemno i przyjemnie chłodno a na zewnątrz widać tylko zielone pagórki oraz korytarze łączące pagórki. Właśnie pomiędzy takimi ziemnymi bunkrami, których ściany wyłożono czerwoną cegłą, ustawione są 2 sceny Brutala, a w bocznych przejściach poustawiano pozostałe namioty i budki.

Continue reading »

Cze 232011
 

Wszystko póki co było zgodne z planem. Musieliśmy jeszcze tylko znaleźć miejsce do spania i plan by się wypełnił w 100%. Trochę kluczyliśmy po okolicy bo jak na złość pensionów nie było za wiele. Od miasta do miasta, od wsi do wsi, jeździliśmy wszędzie. Czasami pension nie istniał choć był drogowskaz a czasami był tak daleko, że nie udało się do niego nawet dojechać. Wtedy naszą uwagę zwróciło coś, co się nazywało „U Jezu”. Minęliśmy to miejsce, ale po godzinie okazało się, że jednak może to być nasz cel. Tajemnicza nazwa okazała się tym, czego potrzebowaliśmy. „U Jezu” okazał się ośrodkiem (z wyglądu wczesny PRL), gdzie niczym na koloniach były łóżka, stołówka z głowami jeleni oraz kanałkiem za oknem. Ów kanałek okazał się być jazem budowanym przez Polaków i stąd nazwa tego miejsca – „U Jezu” czyli „Przy Jazie”. A my początkowo spodziewaliśmy się jakiejś plebanii „U Jezusa”. To miejsce zarządzane było przez towarzystwo jak spod budki z piwem, palące przed wejściem do hoteliku. Pokoik też nie był najświeższy, ale dał radę. Przynajmniej by przetrwać do jutra i być już jutro w Pension Doctor. Na kolację ruszyliśmy do miasta, gdzie przy okazji zwiedziliśmy okolicę i poznaliśmy tajemnicę sekretów kuchni czeskiej – stek z kangura. I wreszcie dane nam było spróbować Kofoli. Z kija. Przy okazji mogliśmy podśmiewywać się z kuchni w hotelu, w którym postanowiliśmy coś zjeść. Chociaż pewnie kurierem nie przesyłali dań z innej restauracji lub produktów z Kauflandu, ale śmiechu było sporo. Najważniejsze było to, że zjedliśmy, napiliśmy i mieliśmy gdzie pograć w Inwejżiona. Agniecha zmierzyła się z Silent Hillem na PSP. Kolejny udany dzień i coraz bliżej do Brutala. Dziś przynajmniej już byliśmy we właściwym kraju.
Continue reading »

Cze 192011
 

Niedziela zapowiadała się pysznie. Z rana śniadanie – ostatnie u Frau Busch. Przy nim rozmowa z państwem doktorstwem spod Monachium, którzy przyjechali tu odpocząć. Powiedzieli, że w niedzielę dobrze jest jeździć bo nie ma na drogach TIRów i nie są przez to tak zatłoczone. To dobra nowina dla nas i dlatego podbudowani spakowaliśmy się i ruszyliśmy. Mieliśmy przebić się do Czech jak najszybciej by nie płacić za noclegi w twardej walucie i wreszcie czuć się jak u siebie. Wszystko tego dnia zapowiadało się dobrze. I trwało do wyjazdu na autobahn do Hamburga.

A tam pandemonium, armagedon, Sodoma i Gomora. Sznury pojazdów po horyzont. Klaksony, flagi Wacken, pijani i krzyczący ludzie. Niektórzy spali za szybami, inni jeszcze bawili się komórkami albo oglądali widoki wokół. Na zmęczonych jazdą w takim korku czekały atrakcje w postaci dziewczyn machających na powitanie z mostów, poboczy i nie tylko. Flagi wielu krajów co i raz mijały nas lub my ich mijaliśmy. Brakowało nam ponad 50 kilosów do miasta ale jechaliśmy tam parę godzin co jakiś czas słuchając radia, którego audycje wpadały przez okno z innych samochodów. Człowiek nie rozumiał ani słowa, ale załamanie Niemców było więcej niż wymowne. Musieliśmy poddać się podróży i turlać się do Hamburga. Taki stan rzeczy spowodował niewątpliwie Wacken, ale nie tylko. Remont tunelu pod Łabą w Hamburgu zamknął jedną nitkę przelotową i to wywołało opóźnienia. Jednak to też nie do końca tak. Jak już dobrnęliśmy do Łaby, wyjeżdżając z tunelu minęliśmy wielki port w mieście i ruszyliśmy czym prędzej na południe, po kilku kilosach znów wpadliśmy w korek. Noż kurwa mać. A miało być tak ładnie. Faktycznie TIRów było mało, ale za to osobówki zajebały całą drogę. Jechało się w koszmarnym tempie i plany dotarcia dziś choćby do Wolfenburga oddalały się w tempie odwrotnie proporcjonalnym do tempa podróży.
Continue reading »

Cze 142011
 

Sobota

Ostatni dzień festiwalu. Kurczę, jak to szybko zeszło. Jeszcze niedawno jechaliśmy tutaj, czekaliśmy a dziś już żegnamy się z krowami, trawą i tym smrodem wokół. Nie czas był jednak na rozpamiętywanie smutku tylko cieszenie się z tego, że jeszcze wiele przed nami. Ranek to oczywiście śniadanko u frau Busch. Tego chyba nie zapomnimy bardzo, bardzo długo. Serek, dżemik, buły i twarze niemieckich myśliwych patrzących ze ścian. Do tego herbatka i człowiek nie przypuszczał, że siedzi tysiące kilometrów od znanych ziem i ma się całkiem dobrze. Naprawdę niesamowite uczucie.

Po śniadanku („Viele Danke frau Busch, wunderbar”) trzeba było się troszkę przejść, potem karcioszki, kibelek i sjesta. Dzisiejszy dzień na Wacken miał zacząć się późno, choć znów nagromadziło się tyle zespołów, że część z nich nie dało się zobaczyć. Dlatego żałowałem Delain, bo nie zdążyliśmy oraz planowo opuściliśmy Cannibal Corpse bo wiedzieliśmy, że będą oni grać na Brutalu. Krótka podróż na wakeńskie pola przez Michaelsdorn zakończyła się szybko i bez problemów. Dobra pogoda, śpiewy w samochodzie oraz dumnie łopocząca flaga Wacken nastrajały optymistycznie przed dzisiejszym festiwalowym dniem. Kiedy zajechaliśmy to kończył grać „Overkill”. Już ich widzieliśmy przy okazji Metalhammera więc była mała strata choć gościowe są koncertowo mocarni. I jak tak się popatrzyłem po tym wszystkim, to często ze Zbysiem łapaliśmy się na tym, że już kiedyś kogoś widzieliśmy. W zasadzie naprawdę jest niewiele znanych kapel których byśmy nie widzieli na żywca. Fajnie jest mieć tą świadomość, że w muzyce metalowej udało się tyle usłyszeć i zobaczyć. Jeszcze wiele przed nami, ale klasyka gatunku jest już za nami. Hell yeah!
Continue reading »

Cze 102011
 

Piątek

Słoneczko za oknem. Śniadanko na stole i zapowiedź miłych koncertów w dniu dzisiejszym. Czyż może być coś piękniejszego na takim wyjeździe? Szykowaliśmy się dziś głównie na Slayera, który podczas czerwcowego Sonisphere pokazał, że może i potrafi przypieprzyć z grubej rury. Do tego smakowicie zapowiadał się koncercik Arch Enemy, który w kwietniu wypadł nam z uwagi (poza tym przeniesiono go na jesień) na żałobę narodową. Poza tym była oczywiście masa innych zespołów, które chcieliśmy zobaczyć, ale już wiedzieliśmy, że będzie to niemożliwe. Dlatego szykowaliśmy się przynajmniej na nasze pewniaki plus ewentualnie coś ekstra.

Po śniadanku poszliśmy w trójkę na obchód naszej wsi. Tą drogę, którą wczoraj pokonaliśmy wieczorkiem, przebyliśmy za dnia. Nic nie straciła na uroku a przy okazji pobiegaliśmy sobie do kamery, udawaliśmy inwazję zombiaków i szukaliśmy dzików po krzakach. Pachniało żywicą, kwiatkami i lasem. Owady brzęczały i nawet komary się pojawiły. Czym prędzej wyszliśmy z lasu by nie złapać kolejnych kleszczy. Taka przechadzka po lesie dobrze robi dla duszy i ciała. Urokliwa niemiecka wieś nadal wyglądała zabójczo. Ciekawe czy kiedyś w Polsce doczekamy się takich czasów, gdy zapomniane na mapie wsie będą chociaż w połowie tak ładne jak Gudendorf. Nawet zwalony dach dzwonnicy czy innego kościółka zalegał pięknie w polu ogrodzony zarośniętym bluszczem drucianym płotkiem. Po spacerku chwila na relaks czyli Inwejżion w sali Myśliwskiej i dymek. Wilk wygrzał się już na słonku i czas było przewietrzyć jego futerko jazdą na kolejny dzień do Wacken.
Continue reading »