Lis 262013
 

Mówią płonie stodoła płonie aż strach , aż kurzy się z niej
Trzeszczy wszystko dokoła ściany i dach gorąco, że hej

Tak przywitała nas warszawska Stodoła. Wcześniej zebraliśmy się wszyscy pod klubem by tłumnie wejść do środka. Szatnia, piwo, mercze i papierosek – wstęp taki, jak zawsze. Choć minęło ładnych parę miechów odkąd było się w stodółce to jednak pewien rytuał pozostał. Supporty przebyliśmy przy piwie i rozmowach – rezerwowaliśmy siły na pomorską bestię, dla której warto było się spotkać. Piwo za 10 zeta to standard tylko szkoda, że smakowało wodą. To też się nie zmieniło.

A ludzi z każdą minutą przybywało. Zakończenie trasy Behemotha i wizyta w Wawie to miła odmiana od zwyczajnych koncertów, których zrobiło się naprawdę sporo. Widzieliśmy już chłopaków na Brutal Assaulcie, szczególnie że mieli nowe wdzianka i nowy kawałek z nadchodzącej płyty. Teraz można było ich podziwiać dużo bliżej i głośniej niż na festiwalu, na co liczyliśmy. Czarne koszulki dominowały, co akurat dziwnym nie jest, jak by powiedział Entombed. Mercze były nawet dość przystępne bo za koszulkę 40 czy 50 zeta to niemal okazja. Wiadomo, polskie to tanie, ale nie znaczy gorsze. Wzorki koszulek dość przeciętne i swojej czarnej nie zmienię na nic innego. Z resztą jakoś stoisko nie było specjalnie oblegane. Jeśli ktoś chciał się w coś zaopatrzyć to w zasadzie z marszu mógł to zrobić.

Spotkanie z brutalowymi towarzyszami też wyszło przednio. Wróciły wspomnienia, zabawne sytuacje i zdarzenia, które budowały tegoroczny wyjazd do Czech. Dobrze, że mimo licznych obowiązków, natłoku pracy i rzeczywistości udało się każdemu wyrwać te kilka godzin i spotkać się. To siła muzyki, nie ma co.

 

W swojej stodole zrobił bal, tańczyłem i ja….
Tak mogą płonąć stodoły każdego dnia…

Behemoth zaczął z przytupem bo „Ov Fire and Void”. Zrobiło się mroczno, głośno i behemotowo. Miałem wrażenie, że nagłośnienie trochę spłaszcza dźwięki i miało się wrażenie słuchania tego z puszki. Na szczęście potem było już lepiej, ale i tak kilka pierwszych kawałków poszło z takim posłuchem u mnie. Nowy wygląd urzekał i zamiana skór oraz ćwieków na podarte łachy, wyświechtane płaszcze i resztki całunów, była udana. Malunki na twarzy też były inne – bardziej brudne, mniej kontrastowe. Wapienna maska została zamieniona na plemienne barwy ciemności. I to u wszystkich. Duży plus.

Kolejne kawałki tylko udowadniały, że Behemoth jest w formie. „Demigod” z obowiązkowym wstępem Nergala o człowieku i jego roli w samostanowieniu (ach, nie ma to jak wydumana koncepcja na temat bycia sobą), potem „Moonspell Rites” (mega stary kawałek) oraz „Conquer All” dedykowany wszystkim przeciwnikom. To wstęp do kawałka z nowej płyty, który jest ogrywany na koncertach – „Blow Your Trumpet Gabriel”. Wypadł bardzo dobrze i rozpalenie ogniska na scenie tylko wzmocniło przekaz muzyczny. Niewątpliwie „Satanist” będzie czymś nowym i z nowymi brzmieniami. Będzie na co czekać.

A potem już klasyka za klasyką czyli to, co na koncercie Behemotha jest niemal zawsze. „The Seed ov I”, „Alas, Lord is upon me”, „Christians to the lions”,”Decade of therion”, „At the Left hand ov God”, „Slaves shall serve” i „Chant for Eschaton”. Chwila na danie szansy ludziom by trochę poskanować nazwę zespołu i wywołać go na scenę. Chłopaki nie dali na siebie długo czekać choć bis wyszedł dość skromnie, ale z przytupem. Najpierw „23” z „Telemy” a potem mój ulubiony „Lucyfer” z fajnymi gitarkami zaczynającymi kawałek. Jakoś inaczej wyszło niż na albumie, ale równie fajnie. Miciński głosem Maleńczuka został zagłuszony muzyką, ale i tak każdy zna te słowa. „Na harfach morze gra, kłębi się rajów pożoga”. Ech, zrobiło się niemal romantycznie.

Szkoda, że tak krótko grali bo nocka się dopiero rozwijała. W listopadową noc nie ma to jak posłuchać sobie czegoś czarnego, poczuć na skórze gorący podmuch ogni piekielnych i pokrzyczeć na całe gardło „Slaaaaaveeee shal seeeeeerveeee!!!!”