Paź 262014
 

Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś, kto nie kojarzy „Dragonborn comes” z gry Skyrim. Dobra, może faktycznie przesadziłem, ale motyw ten jest znany dużej rzeszy fanów nie tylko gier komputerowych. Wtedy w zasobach internetów znalazłem fenomenalne wykonanie tego kawałka przez Malukah. To było tak niesamowite, że słuchałem tego jako tło przy robocie przez kilka godzin. Przy tej okazji wpadło mi w oko inne wideo i inny wykonawca – niejaka Lindsey Stirling. Jej wspólny występ z Peterem Hollensem był równie niesamowity. I wtedy przejrzałem to, co drobna Stirling nagrała. A było na co. Niesamowite połączenie skrzypiec, tańca i niebanalnych dźwięków tworzy coś tak fajnego, że gdy była okazja usłyszenia jej na żywo to nie zastanawiałem się długo. I nie żałuję choć ten koncert przeniósł mnie do zupełnie innego świata.

Nie wgryzam się nigdy w biografie czy plotki o muzykach czy zespołach. Często z dość prozaicznego powodu – po co psuć sobie wizerunek muzyczny, który tkwi w głowie. Nie wiedziałem, że Lindsey brała udział w amerykańskim Mam Talent i to od niego zaczęła się jej przygoda z showbiznesem. Nie wiedziałem, że wydawała w sieci i to sama zanim ktoś się do niej zgłosił z solidnym kontraktem. To wszystko było nieważne w obliczu niezaprzeczalnego talentu i unikalnego miksu muzyki z ruchem. Nie jestem zbytnio roztańczony czy obdarzony gracją w ruchach ale potrafię docenić tą umiejętność u innych. W przypadku Stirling jest na co popatrzeć i co posłuchać. Przy takich wygibasach jeszcze potrafi sadzić pasaże na skrzypkach co zasługuje na najwyższy szacun z mojej strony. I wtedy człowiek zastanawia się ile energii może drzemać w ciele. Prosta zależność, że duży może więcej, w przypadku drobnej Amerykanki nie sprawdza się. Półtorej godziny akcji na scenie mogłoby posłać na deski niejednego zwykłego człowieka i to posturą nie wykraczającą poza normalność.

Pisałem wcześniej o innym świecie. Chodzi o ludzi i o support. Z tym bywa różnie, ale teraz czułem się prawdziwie nieswojo. Jak było widać główni odbiorcy tego typu muzyki to hipsterzy, ludzie ubrani w jaskrawe kolory lub nieprzystające do siebie części garderoby. Do tego miłośnicy komórek, kolorowych światełek, tańca z byle powodu i siadania niezależnie od tego, na czym się siedzi. Metalowiec w takim zestawieniu wyróżnia się jak panda na pustyni, ale cóż było robić. Dobrze, że miałem na sobie niebieską koszulkę Alestorm więc jakoś tam wtapiałem się w tłum. Mimo to atmosfera nieprzystawania do otoczenia była. Czekałem tylko na moment, kiedy pojawi się już Lindsey by zakończyć tą niezręczną sytuację. Do tego jeszcze ten support. Zespół podobno zasłużony, ale tak bardzo wpadający we współczesny trend indie rocka, wydumanego rocka granego dla picu i lansu o tym, jak fatalny jest ten świat lub złe są dziewczyny. Ten występ to chyba pierwszy od paru lat, którego czas odmierzałem co pięć minut patrząc na komórkę. Zwykle mówię: „może się podobać” zostawiając mi komfort powiedzenia, że coś jest beznadziejne, ale nie neguję gustu innych :)

Kiedy zaczął się czas dla Lindsey to już nic nie było ważne bo wszystko wypełniły skrzypki, skoczne wygibasy oraz rosnący kontakt z publiką. Nawet ciekawie mówiła, żartowała, opowiadała o sobie i pokazywała na filmie swoje dzieciństwo. Zrobiło się niemal rodzinnie i słodko. Na szczęście więcej było muzyki niż gadania choć dobrze się ją słuchało. To chyba jest jakaś amerykańska moda bo ostatnio na Manowarze było to samo choć w lekko innym wydaniu.

Jeśli ktoś chciałby się wybrać na taki koncert to szczerze polecam. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość wobec zupełnie innego środowiska, które ściąga do takiej muzyki. Najwidoczniej do dziwnej muzyki ściągają dziwni ludzie. Pewnie dlatego połączenie skrzypiec z nowoczesnymi kompozycjami tak niesamowicie brzmi dla mnie, że aż ciarki chodzą. I  choć sporo w tym dubstepu czy chamskiego popu to dobrze się to słucha. Dla metalowca, który ceni dobrą muzę, będzie to miła odskocznia od ryków przepitych gardeł, świdrujących dźwięków przesterowanych gitar oraz szarpiących nut perkusji.

 

Paź 232014
 

Koncert w Stodole, jak wiele wcześniejszych w tym miejscu, odbył się z ogniem, zniszczeniem i destrukcją. Behemoth przyjechał, podpalił ognie piekielne i zostawił po sobie smród siarki czyli to, do czego przyzwyczaja od prawie 20 lat na całym świecie. Dlatego wiele nie ma co tutaj rozwodzić się nad samym koncertem tylko przejrzeć któreś z poprzednich wpisów. Wrażenia są takie same, zadowolenie nawet większe a całość bardzo satysfakcjonująca. Jest jednak coś, co wyróżnia tą trasę od innych – otoczka „religijna”.

Celowo ująłem istotę zagadnienia w nawias bowiem to, co działo się w Poznaniu, a co można było zobaczyć pod Stodołą w postaci minifestynu to jest właśnie „religia”. Nie chcę tutaj umniejszać znaczenia wiary, Kościoła czy chrześcijaństwa tylko wskazać, że pod ich osłoną niektórzy robią co tylko chcą. I tym samym wracają do czasów, gdzie widzimisię Inkwizycji i księży skazywało na stos niewinnych, gdzie słowo kościoła (jako władzy świeckiej) zastępowało wolę, wiedzę i kulturę. Przeważnie nie wychodziło to na dobre a teraz wychodzi z tego wszystko to, co najgorsze.

Obecne czasy są wyjątkowe. Wolność, o którą tak walczono, zmienia się w wolność sterowaną. Możesz robić wszystko, ale tylko we wskazanym przez kogoś obszarze. Nie mówię tu o patologiach bo nie o to chodzi, ale o wolność sumienia i wyznania. Każdy może teraz lubić co tylko chce i mieć gust taki, jaki mu pasuje. Nie trzeba słuchać radia by wiedzieć co ma mi się podobać. Nie muszę oglądać telewizji by dowiedzieć się co ma mnie kręcić. Przy rozwalaniu muru berlińskiego i po okrągłym stole chyba nikt nie przypuszczał, że rola religii w państwie spadnie tak bardzo. Bo wcześniej była ona przeciwko władzy i dawała ludziom nadzieje. Jednak kiedy nie ma już wspólnego wroga, kościół nadal stara się być przewodnikiem w dziedzinach nie tylko związanych z wiarą. Dlatego coraz bardziej udziela się politycznie, zaznacza obecność w szkołach, w mediach i w codziennym życiu. Kiedyś nie musiał niczego udowadniać, a teraz walczy o to, co było kiedyś naturalne.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Zmiany, jakie nastąpiły, są już nieodwracalne. Także funkcjonowanie kościoła musiało się zmienić. Zmieniło się wszystko, ale niektórzy chcą by jednak niektóre rzeczy się nie zmieniły. Jest to trudne nawet w prostych sprawach, a co dopiero w sprawach wiary. I szkoda, że odbywa się to kosztem rzeczy, które zapewniają nam wolność myśli, sposób wyrażania siebie i czynienia z siebie osób unikalnych. Bo muzyka taka właśnie jest. Pozwala nam mieć coś, co jest tylko nasze. Miło jest, gdy coś dzielimy z innymi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nie jesteśmy sami. I lubimy to, co sami wybraliśmy a nie to, co zostało nam wtłoczone lub wbite do głowy innymi metodami.

Czy Behemoth może się podobać? Pewnie tak. Ma swoich fanów, ma swoich antyfanów – jak wiele kapel na świecie. I to nawet na scenie black i death metalowej. Nie jest niczym wyjątkowym i nie jest zjawiskiem, którego nikt nigdy na świecie nie widział. Nie jest też unikalny jeśli chodzi o treści i przekaz – można nawet powiedzieć, że wypada doskonale w korycie nurtu tego typu grania metalowego. Nie oczekujmy, że będą śpiewać o miłości czy pszczółkach bo to nie ta stylistyka. To takie samo podejście jak to, że zespół disco-polo nie będzie śpiewał o szatanie czy o wojnie. Trasa Behemotha też nie jest pierwszą i oby nie ostatnią. Jednak akurat teraz skumulowały się działania niektórych ludzi, którzy nie chcą by Behemoth grał w ich mieście. W Poznaniu się udało, w Warszawie odbył się wiec, koronka różańcowa oraz wieczorne czuwanie pod klubem. Czemu to ma służyć? Bo na pewno nie kościołowi, nie ludziom, którzy wolą iść do kościoła niż pod klub i nie metalowcom, którzy i tak pójdą na koncert swojego ulubionego zespołu.

To przykład na to, jak ktoś próbuje wmówić ludziom, że ten typ muzyki zniszczy naszą duszę, nasze postrzeganie świata i naszą moralność. Jest gorsze niż palenie papierosów, kupowanie noży w markecie i przemoc rodzinna. Piraci drogowi szaleją po Warszawie i nic się z tym nie robi. Przekręty na zbiórkach pieniędzy uchodzą bez echa a o politycznych indoktrynacjach nie ma nawet co wspominać. Behemotha łatwo jest atakować bo śpiewa o szatanie (celowo z małej, niech ludzie z drugiej strony barykady to docenią), gardzi religią jako elementem zniewolenia i muzycy wyglądają jak z najgorszego koszmaru. Trudno temu zaprzeczyć, a odbiór tego jest raczej jednoznaczny. I nie ważne jaka jest wymowa twórczości czy podejście muzyków do tego bo to zostaje przyćmione tym, co widać od razu. Nie wkłada się wysiłku by to zrozumieć. Bo tak łatwiej. Po co zagłębiać się w to skoro widać od razu, o co chodzi.

Nie chciałbym tutaj zaraz wbijać w fanowskie tony o tym, że słowa piosenek Behemotha to objawienie najwyższe. Sądzę nawet, że nie wyróżniają się specjalnie w całej masie black i death metalowych kompozycjach. Taktowanie ich jako nawoływanie do szatanizmu czy zabijania albo innych czynów równie spektakularnych to cofnięcie się co najmniej 20 lat wstecz w rozwoju ludzkości. Były co prawda takie przypadki w Norwegii ale nawet w światku metalowym jest to traktowane jako wybryk jednostki. I chyba tylko dlatego dostaje się Behemothowi, bo jest znany. Ma większą siłę rażenia, jest na świeczniku i wszyscy go widzą. Nie widać jednak wysypu metalowców w miastach, wzmożonych działań sekt czy spadku pogłowia czarnych kotów. Metalowcy to wiedzą, że to nie tak działa. Przypisywanie czegokolwiek komukolwiek tylko dlatego, że tak się wydaje, to jest już średniowiecze. Włączenie się w to kościoła to najgorsza forma indoktrynacji jaką można zrobić by niszczyć wolność. Metalowiec jak zabije to będzie siedzieć jak normalny człowiek i będzie sądzony jak każdy, kto się takiego czynu dopuści. Nie będzie zaś postrzegany jako zabójca bo jest metalowcem i szatan mu kazał. Psychiatra właściwie oceni tą postawę :)

Dobra, miałem już nic nie pisać w tej kwestii. I tak nikt tego nie przeczyta a już ci, których to dotyczy, będą ostatnimi do których to dotrze. Może. Niech przemówi Miciński czyli głos Młodej Polski przez usta Maleńczuka prosto z gardła bestii :)

 

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
Lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy —
Ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
Iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy
Jak pył pustyni w zwiewną piramidę —
Ja piorun burz — a od grobowca cichszy
Mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą
Jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach —
Jam błysk wulkanów — a w błotnych nizinach
Idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga —
I słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

Paź 092014
 

Ta jesień zanim się na dobre zaczęła a już kolejny przedni koncert minął. Tym razem niemal z martwych powstał niesamowity „Żywiołak” który na dokładkę wspomagał przed koncertem Holendrów z fenomenalnej „Omni”. To wszystko w naszej warszawskiej Stodole, przy mdłym piwie oraz rzeszach fanów z całej Polski. Koncert był bardzo udany i choć nie byłem do końca przekonany czy będę na nim, to nie żałuję. Żywiołaka widziałem już na żywo parę razy ale Omnię jeszcze nigdy. To ich pierwszy występ na polskiej ziemi więc tym ciekawiej było zobaczyć ich reakcję i posłuchać jak grają.

Zaczęło się wszystko od lekko speszonego Roberta, który zapowiadał kolejne utwory i który rozkręcał się coraz bardziej. Publika nie dała zapomnieć chłopakom i dziewczynom, że Żywiołak to jednak jest wulkan energii i każdy dzielnie przytupywał lub klaskał. Dzięki jakie się wydobywały od nich to poezja. Dodatkowo wzmocniony lirą korbową i skrzypkami dźwięk to niemal miód na uszy. Znów można było usłyszeć słynnych Wandali, których już chyba z 7 lat nie słyszałem. Nowe wokalistki, nowi ludzie, ale Robert ten sam i ta sama pasja grania ludowych kawałków. Pamiętam ich występ gdzieś w domu kultury, gdzie na kółka chawciarskiego dawali koncert. Wszyscy rozsiedli się i słuchali, ale dla młodych takie dźwięki to nie do siedzenia. Dlatego w kilkanaście osób ruszyliśmy pod scenę i waliliśmy rękami w podest by wtórować Żywiołakowi. Było przednio i ten klimat został. Stodoła tupała, deski trzeszczały a stare słowa Roberta o folku stały się aktualne (patrz tytuł wpisu) – teraz już folk jest wyznacznikiem nowej jakości grania, która nie może usypiać.

Potem nadszedł czas na Omnię. Wcześniej znałem ich z kilku piosenek, które klimat folkowy trzymały ale jakoś bardzo mi zalatywały Indianami. Na żywo się okazało, że nie myliłem się. Zespół jest rdzenny i folkowy, ale to nie Celtowie czy Germanie ale Ameryka Północna widzie prym. I choć mają na scenie harfę oraz ogromną trąbę to jednak dźwięki, aranżacje oraz klimat składają się na coś pomiędzy Tańcem Kojota oraz Machu Piccu. Jednak nie stronią od klasycznych metalowych czy rockowych zagrywek a także tematyk. Dobrze się w tym wszystkim czują a na scenie i poza nią kipi energia wzbudzana ich muzyką. Widać było też że dobrze się czują u nas a publika zgotowała im niezłe przyjęcie. Choć słyszałem ich po raz pierwszy to podobali mi się. Mimo że nastawiałem się na celtyckie rytmy to nie zawiodłem się, gdy ich nie usłyszałem. Wszystko inne było bajeczne. Jeśli Omnia pojawi się gdzieś w Polsce lub gdzieś, gdzie będziecie mieli okazję ją posłuchać to polecam. Ma swoich zagorzałych fanów, pląsające dziewczęta oraz wszystko znających chłopaków – od nich można uczyć się uwielbienia dla zespołu.