Lis 302014
 

Zrobiło się zimno, mroźno i coraz ciemniej każdego dnia. Znak to, że nadchodzi zima a jesień powoli ginie we mgle i mrozie. W mieście czuć rosnące oczekiwanie przed gwiazdką, kolorowe reklamy atakują z każdego kąta a supermarkety pękają w szwach od klientów i dostawców. W całej tej zawierusze jeden wieczór zda się niczym, ale wypełniony przednią muzyką musi wystarczyć na tyle by przetrwać zimę. I taki wieczór zapewniła Progresja organizując metalowy Folk Fest, który bardzo udatnie i bez zbędnych formalności doskonale zamyka tegoroczną jesień.

Festiwal zaczynał się od 16.00 ale przy korporacyjnym tempie pracy niemożliwością byłoby dostanie się o tak pogańskiej porze do Fortu Wola. Nie w piątek po południem, gdzie cała „warszawka” rusza do domów w odległych miejscach i wszystkie wylotówki są zatkane niemiłosiernie. Dlatego obecność koło godziny 18 była już naprawdę dużym osiągnięciem. Akurat na końcówkę Percivala Schuttenbacha, który mile wprowadził w klimat festiwalu.

Percival pokazał się z jak najlepszej strony – zgrabne stroje, instrumenty oraz przaśna muzyka w sam raz do przytupywania i rozgrzania się po chłodzie okolic klubu. Nie dość, że grali bardzo fajnie i niezłym wykopem to jeszcze z jajem (choć są tam też panie). Naprawdę duża klasa muzyków  i bardzo dobry kontakt z publicznością, która była z zespołem przez cały czas. Najwyraźniej wszyscy czekali na „Satanismus” bo kiedy na koniec pojawił się ten kawałek to ludzie ryknęli jak dzikie świnie. A sam kawałek polecam, szczególnie dla wszelkiej maści obrońców czci i wiary. Skoro padają tam takie słowa „A kiedy przyjdzie do mnie Jezus | Pokażemy mu tabliczkę | Z kierunkiem na Wieliczkę” to chyba jest oczywiste, że musi się tym zająć prokuratura :) Folk już dawno przestał być nudny i bezpłciowy. Teraz ma solidną perkę, ostre riffy, fajne babki z chrypą w głosie i sporym dystansem do siebie i muzyki. Kiedy trzeba jest słowiańsko, a kiedy nie, to jest słowiańsko i zabawnie.

 

Jeśli chodzi o rozgrzewkę to by było na tyle. Po Percivalu mają grać już zagraniczne gwiazdy, których zestaw był naprawdę przedni. Stawkę otworzył islandzki Skalmold. Na żywca słyszałem ich pierwszy raz i wrażenie pozostawili bardzo dobre. Pieśni z dalekiej północy, śpiewane ochrypłym od zimna głosem, z ostrym akcentem i w rytmice wioseł drakkarów wpadały w ucho bez specjalnej pomocy. Słuchając tego można sobie było wyobrazić morski trud wikingów oraz uwalnianą furię po dopłynięciu do celu. Opowieści o Baldurze, Odynie i innych znanych bogach popłynęły z głośników i na kilka chwil zawładnęły tłumem. Ni w ząb nie wiedziałem o czym śpiewają poza pojawiającymi się nazwami własnymi, ale mogłem sobie wyobrazić ten cały śnieg, walkę z wielorybami i lodowymi gigantami. Mogłem przytupywać do marszowych rytmów perkusji myśląc, że to maszerują wikingowie bogaci w łupy. W ustach czułem smak maskonura oraz kawałków rekina, którym się zajadają Islandczycy. Jedyne, co mi lekko zgrzytało, to liczne „kopnięcia” w rytmie. Jak się słucha Germanów, którzy pod względem powtarzalności i marszowości są nie do zdarcia, to tam taka dysharmonia jest nie do pomyślenia. A tutaj występuje dość często. Człowiek macha głową, tupie do rytmu lub klaszcze w takt, a tutaj po kilku sekundach wpada zmiana tempa i rozwala cały dotychczasowy rytm. W Skalmoldzie trzeba się do tego przyzwyczaić, bo wiadomo, że na Wikingów nikt nie jest gotowy.

Druga w kolejności była Arkona. O niej pisałem już nie raz i nie dwa. Pojawienie się Rosjan jest zawsze żywiołowe, zawsze dobrze przyjęte i zawsze z uwielbieniem. Ich reklamować nie trzeba za bardzo, bo bronią się swoją muzyką. Słowiańskie nuty i ostry śpiew Maszy to wizytówka zespołu. Zagrali sporo z nowej płyty oraz kilka nieśmiertelnych kawałków na czele ze „Stenka na stenku”. Harmonia, dudy i przaśne granie od razu wprowadzają w niemal weselno-zabawowy klimat. Niektórym się to udzielało bo brali się pod boki i tańcowali (a nie tańczyli bo Słowianie tańcują). Obowiązkowy wall of death też był i wyszedł bardzo zacnie. Przy niemal pełnej sali udało się zrobić coś naprawdę fajnego. Ludziska bawili się przednio i o to chodzi w tym całym zamieszaniu spowodowanym muzyką. Bo ma być dla ludzi i jeśli ktoś przychodzi na koncert to dostaje to, co najlepsze. Na Arkonie nikt się nie zawiedzie, choć teraz było już krucho. Początek był bardzo słaby – nastrojenie instrumentów padło przez co śpiew i muzyka rozjechały się koszmarnie. W dodatku wypadło to na nowych kawałkach więc nawet nie było wiadomo, czy to tak ma być i publika milczała. Na szczęście potem było już lepiej. Mimo tego całego ognia i temperamentu Maszy koncert w ich wykonaniu był przeciętny. Słyszałem już lepsze i bardziej ogniste. Może to złe wrażenie tym nastrojeniem a może akurat faktycznie w ten piątek byli w gorszej formie. Mimo to, jeśli ktoś był pierwszy raz to zapamięta go bardzo dobrze i będzie przytupywał nogą jeszcze długo po koncercie. „Slawa bratia!” brzmiało co jakiś czas ze sceny i słowiańska dusza odzywała się we wszystkich zebranych przed sceną. Pogo, młyny, crowd surfing i nasz prosty, warszawski ogień było widać i … czuć. Klimatyzacja nie dawała rady i choć było ciepło i przytulnie, to jednak waliło jak z arki noego. Jakoś ta cała energia musiała wyjść z ludzi i wychodziła wszelkimi możliwymi porami :)

 I na koniec gwiazda czyli szwajcarski Eluveitie. To jest maszyna równie precyzyjna co piękna. Profesjonalizm z jakim został przeprowadzony koncert było czuć w każdej nutce i geście. Chęć grania, kontakt z publicznością i wspaniałe, celtycko-germańskie melodie, idealnie komponowały się z całością festiwalu. Prawdziwy Folk Fest było czuć właśnie wtedy, kiedy po dwóch wielkich blokach – nordyckim i słowiańskim – wjechali Celci i Germanie. A Eluveitie potrafi zagrać, zaśpiewać i wymęczyć wszystkich machaniem głową, skakaniem i porządnym poobijaniem się. O nich też już pisałem nie raz i powtarzać się nie będę. Ten koncert tylko potwierdza ich wielką formę i zawsze wyśmienite przygotowanie. Zagrali wszystko to, czego się należało spodziewać i choć „Inis Mona” była ledwie, ledwie na końcu, to jednak się pojawiła. A ten kawałek niezmiennie gra w mojej głowie, jest pamiętany i chwyta.

Wszystko skończyło się po północy zatem po ponad 6 godzinach słuchania muzyki. Zleciało naprawdę szybko i w bardzo dobrym towarzystwie. Nie wszyscy wytrzymali trudy stania i siadali gdzie popadnie choć głównie na podłodze. Niektórzy zaczęli to robić już koło 18 jakby już brakowało im sił. To ciekawe co by powiedzieli, gdyby mieli wytrzymać 10 lub 12 godzin na festiwalu, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek. Słaba ta młodzież dzisiejsza, o słaba. A najgorsze jest to, że jak się wszyscy rozsiedli to zablokowali przechodzących. To powodowało, że ludzie przeciskali się, popychali i szturchali. Wylało się niejedno piwo i dostało się nie raz z kolana przez przechodzących. Ale są sobie sami winni – skoro jest się na koncercie to nie ma siedzenia tylko stanie w oczekiwaniu na muzyków. Tak było zawsze  i pewnie młode pokolenie tego nie pojmuje, ale po staremu tak właśnie się robiło. „Wystanie” czegoś było normą i oznaką szacunku dla obu stron.

I jeszcze łyżka dziegciu w tym wszystkim. Pisałem poprzednio, ale teraz muszę to zrobić jeszcze raz i bardziej dosadnie. Progresjo – zrób coś do cholery z tymi szatniami!!!! Ja wiem, że jest tak jak jest i nie bardzo można coś przestawić, ale to, co dzieje się po koncercie to najgorsze standardy znane mi dotychczas tylko z Krakowa, z hali Wisły. Ja z szatni nie korzystam, bo przyjeżdżam autem, ale i tak muszę odstać swoje bo JEDYNE schody do wyjścia dzielone są z szatnią przez co stoją tam i „szatniarze” i zwykli przechodzący. O ścisku, przeciskaniu się i rozpaczliwych nawoływaniach nie wspomnę. Człowieka krew zalewa, że musi stać choć nie ma już po co, a ci, co stoją po kurtki wkurwiają się, że im ludzie z boku dochodzą i biorą rzeczy bez kolejki. Rozwiązanie wydaje się być proste – podzielić schody, postawić ochroniarzy i zaprowadzić porządek. Trzeba sprawdzić czy to działa bo inaczej taka sytuacja będzie się powtarzać zawsze. Zwykle ludzie brali kurtki wcześniej by po koncercie można było od razu wyjść. Teraz nic z tego. Wszystko jest tak zablokowane, że niepotrzebnie się bierze wcześniej rzeczy skoro i tak się czeka. W lato to nie przeszkadza, bo wszyscy idą do wyjścia i nikt nie zostaje przy szatni, ale w jesienno-zimową porę to staje się dramatem. Jedyna alternatywa to wyjście wcześniej – na bisach lub mniej więcej pod koniec – ale kto chce wychodzić wcześniej z koncertu??? Prezesie, proszę poczytać i wziąć do serca. Naprawdę.

Folk fest zakończony. Muza odeszła z ostatnimi jesiennymi liśćmi, a w powietrzu czuć mróz. Nachodzi zima. Muzyka cichnie, dudy milkną a na fujarkach nikt nie zagra będąc w rękawiczkach. Pozostaje tylko miłe wspomnienie w głowie i szum w uszach. Słowa i melodia, szmery i wspomnienia.

I close my eyes, Inis Mona
And reminisce of those palmy days
I moon o’er you, Inis Mona
As long as I breathe
I’ll call you my home

 

Lis 272014
 

Death metalem obrodziło tej jesieni w Wawie jak nigdy. Krótko po Cannibalach zagrali chłopaki z Morbid Angel rozwalając wszystko i wszystkich. Trasa koncertowa, którą zahaczyli o Polskę, pod lupę bierze jubileusz płyty „Covenant” zatem wszystko z niej można było usłyszeć. To nie lada gradka dla każdego szanującego się czarnucha co było widać po ilości osób zebranych w klubie.

Na Morbidów zawsze chciałem iść, ale nigdy się nie składało. Teraz, przy takiej okazji, wreszcie się udało i wreszcie mogłem poczuć ich muzę w uszach. Brzmiało świetnie. Całość oprawy też była niezła – ustawione standy symbolizujące ryciny ze średniowiecznych ksiąg oraz oświetlone pentagramy i oczywiście olbrzymi banner z nazwą zespołu. Gra świateł była cudna i pełna. Nie oszczędzano na niczym, a dym buchał jak z rozgrzanej lokomotywy. I do tego muza. Świetne solówki i dwa kawałki z Covenanta, które chciałem usłyszeć – Rupture i God of Emptiness. Zabrzmiały naprawdę dobrze, tłum szalał a powietrze wypełniały skandowania fanów i wspólne śpiewy z zespołem.

Koncert był udany a Progresja naprawdę daje radę. Jedna rzecz tylko zgrzyta. Zauważyłem to już przy innym koncercie, ale brałem za wypadek przy pracy. Skoro się to powtórzyło, to znaczy, że chyba nie jest to przypadek tylko stały proces. Chodzi o szatnię. Wiadomo, w klubie być powinna, szczególnie teraz, gdy robi się zimno. Jednak jej obecne rozwiązanie jest problematyczne. Kiedy cały tłum ruszy do wyjścia to zablokowane jest dokładnie wszystko – nie tylko ci, którzy czekają na szatnie, ale również ci, którzy nic nie zostawiają a chcą tylko wyjść na zewnątrz. Wąskie schody i brak podzielenia ludzi na szatniarzy i wychodzących robi zamęt i wszystko trwa dużo dłużej niż gdyby wprowadzić coś na kształt porządku przy szatni. Podział schodów byłby jak najbardziej wskazany. Tylko trzeba by to przestrzegać i oznaczyć by każdy wiedział, gdzie stoi. Klub się rozwija i może w przyszłości będzie lepiej. Życzę Prezesowi tego z całego serca.

Morbid Angel zagrał bardzo dobrze. Widać było, że chłopakom podoba się na scenie i podoba się im granie dla polskiej publiczności. Dobrze, że grają starą szkołę death metalu, gdzie jest miejsce na melodyjność i dźwięki oraz solówki i perkusyjne zabawy talerzami. Covenant jako album i tak jest lekko inny niż wcześniejsze dokonania, ale za to wyróżnia się na tle innych. Aż dziwne, że Rysio Nowak nie zareagował w żaden sposób, bo mógłby się obruszyć na teksty i wystrój sceny. I dobrze, bo oszołomstwa już nam więcej nie potrzeba.

 

Lis 252014
 

Jest coraz mniej kapel zasłużonych dla metalu, które jedną nogą były w czasach, gdy metal się formował i są teraz, tworząc go razem z innymi. Smutne to, ale niestety prawdziwe. Dlatego występ każdego z takich gigantów jest niezwykle cenny i niemal obowiązkowy. Tak ma się sprawa z Kanibalami, którzy napieprzają w struny i bębny już prawie 30 lat i nie zamierzają poprzestać na tym. Ich koncert w Progresji to na pewno mocny punkt tej dogorywającej jesieni.

Cannibal Corpse znałem z kilku kawałków, raz otarłem się na Wacken o ich koncert a najbardziej pamiętam okładki ich płyt. Na żywo w pełnym wymiarze słyszałem ich dopiero teraz i nie żałuję. Amerykańce dają radę mimo upływu lat a wokalista wymiata grzywą jak niejeden młodzik. Sam to nawet przyznał, że w tym to nikt go nie pokona a on bardzo nie lubi przegrywać. Ostre granie, łomot w bębny i dość charakterystyczny wokal sprawił, że lekko przygłuchłem. To świadczy, że było dobrze. Całości dopełniała oprawa, szczególnie światła. Nie było strobo i tylko kolorowe światła i główne od czasu do czasu. Całkiem to wyszło przyjemnie choć dla aparatu była to katorga. Każdy amator przy takim oświetleniu będzie zgrzytał zębami. I całe szczęście że muzyka była bo zdjęcia to i tak robią lepiej zawodowcy.

Specjalnie nie będę się rozwodzić na tym koncertem. Był bardzo dobry a dla fanów znakomity. Wiem, że obecnie jest wiele zespołów grających ostrzej niż CC, ale oni dopiero się wybijają a Kanibale mają się dobrze od tylu lat. A muzyka mile brzęczy w uszach. Co prawda powoduje potem efekt waty ale warto było. Tak tylko miałem po odsłuchaniu koncertu Lamb of God, gdzie uszy nie wytrzymały i po nim jeszcze dwa dni mi w nich dzwoniło.  Na Kanibalach nie było takiego odczucia, ale napierdalanka i tak była niezła.

Ponieważ ostatnio statystyki stały się bardzo ważne w Polsce i niektórzy podnoszą je do rangi wyroczni to i tutaj kilka ciekawych statystyk odnośnie Cannibal Corpse (kto chce szukać po necie to niech szuka – tutaj jest gotowizna)

»» Najbardziej pracowitym rokiem koncertowym był 2012 – CC dali 122 koncerty. Setkę koncertów w roku przekroczyli jeszcze w 2009 (118 koncertów) i w 1998 (101 koncertów).

»» Jak wygląda pierwsza trójka koncertowych hitów? „Hammer Smashed Face” grany 420 razy a potem „Stripped, Raped and Strangled” z 405 wykonaniami a na końcu „Make Them Suffer” z 356 odtworzeniami.

»» Najczęściej ogrywany album? Oczywiście „Tomb of the Mutilated”

»» Kraj, gdzie najczęściej koncertowali? To też nie jest zdziwieniem, bo USA z 560 koncertami. Potem są, o dziwo, Niemcy ze 132 koncertami i dopiero potem Kanada. Oj, nie lubią sąsiadów, nie lubią.

Lis 162014
 

 

To już kolejny występ Combichrist, jaki miałem okazję zobaczyć i usłyszeć. Norwegowie znani są z tego, że dają takie impulsy energii dla fanów, że czasami trudno ją potem wydać w przytupywaniu, machaniu głową czy rękami. Schodzi ona jeszcze długo po koncercie a to jest naprawdę cenne. Tym razem też tak było, choć jeśli mam porównywać „razy” to ten koncert był ledwie przeciętny.

Zaczął jednak support czyli William Control. Gotycka scena pewnie go kojarzy bo dla mnie to jeden z wielu twórców na niej i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Charakterystyczne dźwięki synthpopu ubrane były w podobnie brzmiące słowa i melodie ocierające się miejscami o Depeche Mode. Gość jednak walczył i chwała mu za to, bo publika się rozgrzała i była gotowa na Combi. To, co było lekko denerwujące, choć niekoniecznie w występie Williama to opóźnienie. Choć może inaczej – nie same opóźnienie co późne rozpoczęcie koncertu. Podejrzewam że było to podyktowane późniejszym afterparty ale jeśli ktoś nim nie był zainteresowany to musiał poczekać co najmniej do 21 na Williama albo do 22 na Combi. Wiem, że sporo ludzi zrezygnowało właśnie dlatego, że to było tak późno.

Ale nic to, czas na Combi. Zagrali wszystko to, co trzeba. Fajne intro z nowej płyty to jedyny kawałek, który mi się podoba. Na szczęście potem już było to, co tygrysy lubią najbardziej czyli „Blut Royale”, „This is my rifle”, „Maggots at the party”, „Never surrender” i oczywiście „Get your body beat”. I dobrze, że było dużo starych kawałków bo przy nich najbardziej czuć energię. Szkoda tylko, że ta energia nie była tak, jak kiedyś. Teraz ten beat był jakiś taki płaski a „Blut Royale” niemal mi uciekł przez uszy – tak był mało wyrazisty. Za czasów trasy z Rammstein w zespole było dwóch perkusistów – wariatów ekstremalnych – którzy nie dość, że dawali show to jeszcze wznosili kawałki Combi na poziom niespotykany. To był niezapomniany koncert w Progresji te parę lat temu a potem przed występami R+. I to był artyzm i idealne wykonanie. Teraz to ledwie cień tych występów i tej energii. Czytałem, gdzieś na jakimś blogu, że jednak koncert się podobał i były zachwyty. Nie przeczę, że mógł się podobać – szczególnie jeśli ktoś nie znał ich wcześniejszych tras. Kawałki były odegrane poprawnie i brzmiały super ale pozbawione były tego klubowego nalotu szaleństwa i energii, której nie ma na płycie studyjnej i nie ma na wszystkich koncertach.

Norwegów zawsze warto posłuchać. Mają niesamowity sposób splatania dźwięków i jest to nie do podrobienia. Podobnie jak sposób poruszania się na scenie Andiego. Każdy znajdzie tu dla siebie masę energii i pozytywnych emocji. Tu nie ma nudy a muzyka atakuje z wściekłością karabinu maszynowego. Polecam każdemu!

A teraz porównanie. Combi z trasy w 2010 i Combi obecnie. Porównajcie sobie te dwa wykonania i sami oceńcie, czym się one różnią.

2010

2014