Maj 142015
 

Faceci w lateksie. Tak określili to kumple w pracy. I cóż ja poradzę że mam słabość do potworów? Lordi widywałem wcześniej tylko na festiwalach a dopiero teraz usłyszałem ich w wydaniu klubowym. I wyszło naprawdę dobrze choć nadal uważam, że bez lateksów to chłopaki nie przebiliby się do nawet do drugiej ligi metalowego grania. Bez tej otoczki potworności i inscenizacji na scenie byliby kolejną kapelą śpiewającą o metalu, rockndrollu, kobietach, mroku i szatanie. Ale ubrani w lateksowe stroje ważące dobre 10 kg sprawiają wrażenie prawdziwie szatańskiej kapeli grającej ku uciesze publiki. Tym kupili ludzi w Europie wygrywając Eurowizję i tym zdobywają kolejnych dając koncerty na festiwalach. Warto ich chociaż raz zobaczyć by samemu wyrobić o tym zdanie.

Koncert zacznę od … merchów. Koszulka za 120 zeta to już jest przegięcie. Za połowę tego można mieć jakąkolwiek festiwalową koszulkę i jeszcze starczy na coś ekstra. Najwidoczniej zysk z biletów to za mało i kasę ciągnie się jeszcze z tego miejsca. Inna sprawa, że takich koszulek się nie kupi nigdzie indziej. Nie widziałem takich wcześniej a są niezłe bo można kupić oddzielnie koszulkę z demoniczną facjatą każdego typa z zespołu. Fajne, ale nie za taką cenę. Dlatego rogatki Progresji opuściłem szybko i zająłem miejsce przed sceną.

Gdy zabrzmiała muzyka, na scenę wypadł cały chaos pack z rogami, kopytami, łańcuchami oraz bliznami po bliżej nie sprecyzowanych obrażeniach zwykle mających śmiertelne skutki. Zabrzmiało „Hard rock alleluja!”, „Who’syourdaddy?” oraz „Sincerely Love” i kilka nowych kawałków z ostatniej płyty. Wszystko to przetykane przerywnikami z rozpruwaniem flaków, jedzeniem noworodków, zabawami ze szkieletem oraz tańcem Freddiego z Jasonem. Całość uzupełniał mikrofon z topora, świecąca i dymiąca czaszka, dymny karabin (który chyba się popsuł), zombiaczy Air Force One oraz konfetti. Show było niezłe, dużo się działo i grała muzyka. Czegóż można chcieć więcej? Chyba tylko bardziej ambitniejszych kawałków, ale to wtedy nie byłby Lordi :)

Maj 142015
 

O szwedzkim Sabatonie pisałem już nie raz – zarówno w kontekście muzycznym jak i okołopolskim. Tym razem nie było inaczej czego chyba najbardziej się obawiałem. Zespół po przebudowie to już nie ten sam skład, który tworzył „Panzerbattalion” czy „Primo Victoria”. Wszystko się zmienia i na Sabaton też przyszła pora. Obecny skład udowadnia, że nie jest gorzej a momentami nawet lepiej.

Do Warszawy Szwedzi przyjechali z dwoma supportami i zagrali na Torwarze. Data mega fatalna z uwagi na to, ze równolegle odbywał się koncert Epicy w Progresji co znacząco wpłynęło na frekwencje obu koncertów. Nie będę się wypowiadać, który byłby lepszy. To są różne style i nie są do porównania choć wielu usilnie próbuje porównywać Sabaton do wszystkiego wykazując jaki to słaby i beznadziejny zespół. Wracając już do samego Sabatonu to Torwar dał dla nich rozmach i sporo miejsca. Dzięki temu mogli ustawić tam swoje najnowsze dziecko czyli czołg z dwoma obrotowymi działami i perkusją ustawioną na jego wieżyczce. Godne przygotowanie pod wojenne metalowanie.

Jeszcze tylko słówko o supportach. Na Frontside nie zdążyłem, ale i nie chciałem się specjalnie spieszyć. Na „Battle Beast” zdążyłem o tyle by usłyszeć jeden kawałek. I tyle wystarczy. Pudel metal pełną gębą, który może gdzieś jeszcze się pojawi w sezonie festiwalowym bo źli nie byli. I wreszcie ostatni, który wystąpił to holenderski „Delain”. Wypadł dobrze i poprawnie, ale bez rewelacji. Charlotte wypadła dobrze, ale nie umywa się to do koncertu sprzed roku czy dwóch w Progresji, gdzie zagrali naprawdę dobrze. Teraz miejscami uderzała sztuczność brzmienia jakby wspomagali się playbackiem. Nie złapałem ich na tym więc nie wiem do końca, ale brzmienie było dziwne. Możliwe też że coś dźwiękowcy spaprali bo wszystkie gitary były walnięte. Jak na jeden kawałek Delain przyszedł zaproszony gitarzysta z „Battle Beast” to było go słychać dopiero w połowie kawałka choć machał wiosłem do samego początku.

Po przedskoczkach przyszedł wreszcie czas na Sabaton i żelazna pozycja otwierająca czyli „GhostDivision”. Bałem się, że Joakim słabnie i nie rozmawia z publiką, ale potem tak się rozkręcił, że jego dokonania na scenie są wyśmienite. Udowadnia tym samym, że nie jest frontmanem  przez przypadek i publika zawsze będzie jego. Nawet jak początkowo wydaje się być obcy. To, co zauważyłem, to poprawiła mu się polszczyzna. Nie dość, że dobrze wymawia szeleszczące wyrazy to jeszcze je rozumie, jak ktoś krzyczy w tłumie. Najwyraźniej kontakty z Polską przyczyniły się do tego czego nie ukrywał parokrotnie wypowiadając się pozytywnie o Polsce i Polakach. Powiedział też jedną ważną rzecz, która bardzo mi pasuje do Sabatonu i do nas, Polaków. Otóż powiedział, że grają dla w wielu krajach i o historii wielu krajów. Wszyscy się cieszą jak to słyszą i są bardzo zadowoleni, jednak Polacy są trochę inni od tych wszystkich. Bo im jeszcze zależy na tym. I to dobre słowa, bo żaden kraj nie przyjmował Sabatonu jako gościa honorowego swojego miasta i nigdzie nie zapraszano go w innym charakterze niż koncertowym. A u nas było inaczej. I to jest mocne. Dlatego nie rozumiem dlaczego taka niechęć do zespołu u wielu metalowców. Bo są znani, bo śpiewają proste, żołnierskie słowa czy dlatego, że są popularni wśród młodych? Lubię ich od roku 2007, gdy usłyszałem ich jako suport dla Theriona i od tego czasu są dla mnie marką nie do podrobienia.

Koncert odbył się według standardów do jakich przyzwyczaili nas Szwedzi – obowiązkowe „Uprising”, „40:1” czy „Primo Victoria” wywoływały szaleństwo wśród publiki. Przerywniki muzyczne pomiędzy kawałkami nie ustępowały w niczym samym utworom, a ich zabawność była kapitalna. Joakim próbujący grać na gitarze, przymierzanie stanika na gitarzyście, picie piwa („jeszcze jedno piwo”) i salut dla nas, Warszawiaków przed „Uprising”. Czołg na scenie prezentował się przednio i choć był bardziej futurystyczny niż historyczny to i tak był równie groźny. Dobrze się tego wszystkiego słuchało, oglądało i syciło oczy. Jeśli jeszcze Sabaton będzie w Warszawie to z całą pewnością pójdę usłyszeć go po raz kolejny. Bo warto.

„Warszawo walcz!”