Sty 102011
 

Apocalyptica to nietuzinkowy zespół. Byliśmy na nim już tyle razy, że nie możemy się doliczyć. Za każdym razem dają niezłe show i udowadniają, że od czasów, gdy grali tylko na cztery wiolonczele, zrobili duży krok naprzód. Tym razem przyjechali do Warszawy by promować swoje najnowsze wydawnictwo – „7 symfonię”. W niej kontynuują to, co zaczęli już od albumu „Apocalytica”. Pojawiają się normalne piosenki z wokalistami zaproszonymi na gościnne występy. Są nadal covery, ale ich udział jest już naprawdę minimalny. W dodatku zmienia się ich jakość. Teraz nie wystarczy zagrać na wiolonczelach „Enter Sandman” by być kimś. Dlatego covery w ich wykonaniu przechodzą metamorfozę i jest to zrobione po mistrzowsku. (Marcin: Jak dla mnie najlepszymi kawałkami tak przedstawionymi jest „Seeman” z Niną Hagen (cover Rammstein) oraz „Helden” wyśpiewany przez Tilla Lindemanna z Rammstein (cover „Hero” Davida Bowe)). Apocalyptica nawiązuje kontakty i kolejne swoje płyty okrasza zaproszonymi gwiazdami. Na „7 symfonii” jest też ktoś wyjatkowy – Dave Lombardo ze Slayera w kawałku „2010” i wokalista świeżo odkrytej francuskiej kapeli Gojira z mocarnym głosem – Joe Duplantier. Na koncercie nie ma mowy o takich zestawach, choć nie jest gorzej pod tym względem. Zatem czas przejść do szalonych Finów i ich płonących wiolonczel.

Stodoła zapełniła się szybko. Ludzi była masa, więc o dobiciu się do szatni w krótkim czasie można było pomarzyć. Supportem był „Livingstone” – zespół zbieranka z różnych krajów. Przepiliśmy ich zdrowie przy barze (standardowy kącik) rozmawiając o wszystkim i o niczym w gronie przyjaciół, których trochę się zebrało (Zbych: Apocalyptica zawsze cieszy się sporym zainteresowaniem naszych znajomych). Poza nimi dało się dostrzec też stałych bywalców metalowych koncertów. (Marcin: Ze Zbyszkiem już namierzamy ich bezbłędnie – szczególnie, że widuje się ich także na festiwalach zagranicznych). Popijając piwko czekaliśmy na Apokę. Po pół godzince mogliśmy już wejść i zająć nasze stałe miejsce po prawej stronie przy scenie. Trzy krzesła już czekały. Perkusja za nimi też. Od czasu gdy grają na trzy wiolonczele zmienił się zespół. Rozwija się i prze do przodu ciągle szukając i eksperymentując. Nie wiem, co by było z nimi, gdyby ciągle nagrywali covery. Z czasem ambicja każdego artysty pragnie zrobienia czegoś swojego. Nawet najlepszy cover będzie tylko inspiracją i imitacją, a własny kawałek to już coś (Zbych: choć fakt jest taki, że to właśnie trasa z Metallicą, która usłyszała ich rovery dała im potężnego kopa w popularności). Można tak powiedzieć o kilku utworach Apoki – „Im not Jesus”, „Bitter Sweet” czy „Inquisitor Symphony”. To udowadnia, że Finowie umieją, potrafią i im się chce. Na koncercie pokazali jak bardzo, bo jak zwykle byli bardzo żywiołowi, energetyczni i roznegliżowani. Bez Metallicy nie byłoby koncertu więc „Master of Puppets” i „Enter Sandman” wymiotły, łącznie ze śpiewem publiki. Odśpiewane przez Tipe Johnsona (występuje z Apoką podczas tras koncertowych) były „End of Me” oraz „Im not Jesus” które wypadły dobrze, bo dziewczyny krzyczały przeraźliwie. Wszyscy szaleli na scenie, wywijali wiolonczelami i rzucali włosami jak należy. Publika szalała razem z nimi. Znów Apoka pokazała, że ma świetny kontakt ze swoimi fanami, bo można było się pośmiać, pokrzyczeć i pokiwać głową z politowania. I znów wjechały klasyki – „”Refuse/Resist” i „Seek’N’Destroy”, kilka kawałków z nowej płyty oraz nawet jeden performance perkusisty, który spróbował swoich sił na wiolonczeli. Udało się! (Zbych: pan Tipe Johnson jest z Apocą praktycznie zawsze, ale tym razem nie dał rady dorównać oryginalnemu nagraniu z głosem Duplantiera z Gojiry, chłopak walczył dzielnie ale … skrzeczał i się na tym kawałku połamał)

Co by nie mówić to wiolonczele brzmią naprawdę fajnie. Czuć, że chłopaki dobrze się bawią, grając dla ludzi, którzy szaleją przy każdym pociągnięciu smyczka. Nawet znane kawałki brzmią wykurwiście i nogi same rwą się do tupania. Koncert zakończył najbardziej metalowy kawałek wszechczasów promowany przez Apokę – „Hall of The Mountain King”. Ultra szybkie tempo w końcówce zabija największych twardzieli metalowych :) W uszach został szum a w środku zadowolenie. Szkoda tylko, że trzeba czekać na kolejny koncert parę miesięcy (Zbych: właśnie !! parę miesięcy, ale nie lat !!! i za to ich lubimy).

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)