Lip 022011
 

Przewrotny tytuł bo i tekst będzie bardzo przewrotny. Pod koniec lutego Finowie przyjechali do Krakowa by dać koncert, który ominął to miasto na jesieni tego roku. Pisaliśmy o nim na blogu, jak i o innych koncertach Apoki w ostatnich miesiącach. Chłopaków już się tak naoglądaliśmy i nasłuchaliśmy, że czasami to aż za dużo. Dlatego na wyjazd do Kraka nie było za dużo chętnych i pojechałem ostatecznie sam licząc na towarzystwo znajomych z Krakowa. Jednak nie o Apoce chciałbym tutaj napisać, bo napisaliśmy ze Zbysiem już wszystko, co można o nich napisać. Koncert był zajebiaszczy – jak inne wcześniej. To, czym chciałbym się podzielić to nowe doznania muzyczne, które przypadły mi w udziale dość przypadkowo. Chodzi o festiwal szant, który odbywał się w tym samym czasie, co gra Finów. Trwał on trzy dni, więc można było się spokojnie wybrać i zobaczyć, co to jest i z czym się je. I to właśnie o szantach, czyli pieśniach pracy chciałbym napisać.

Wiem, że to nie metal. Wiem, że to nie mocne uderzenie. To wszystko wiem, ale jednak zakręcenie nasze jest tak wielkie, że bywamy na różnych innych spotkaniach z muzyką i potrafimy docenić jej zajebistość niezależnie od stylu. I muszę powiedzieć, że szanty dają radę. Nie znam tej sceny dobrze a i utworów też nie dlatego mogłem spojrzeć na całość jako człowiek ciekawy muzyki a nie fan tego czy innego zespołu. Podobało mi się to bardzo i choć tego nie słychać, to niektóre szanty są naprawdę w pytkę.

Przed wizytą na takim festiwalu moja znajomość szant ograniczała się do „Hiszpańskich Dziewczyn” (które są passe) i kilku kawałków w stylu „Branki” czy „Mazur”. Uboga to znajomość, ale to zawsze jakiś początek. Spotkanie z szantami w takim wydaniu poszerzyło moją wiedzę i dało wiele, ale to wiele do myślenia. Szczególnie, że mogłem przyjrzeć się zespołom i posłuchać ich. Nie sądziłem, że szanty można rozwijać w takich kierunkach, jakie zostały pokazane. Ocierające się o folk, muzykę celtycką, rock czy nawet…tak, tak…o metal. Przyjrzałem się również ludziom i samemu zachowaniu się publiki na takich imprezach. Wiadomo, że jest inaczej, ale podobieństwa są. Bo to przecież muzyka.

Z tego, co udało mi się ustalić, to na takim festiwalu jest cała śmietanka szantowa z Polski oraz zaproszeni goście z różnych stron świata. Każdy prezentuje swoje dokonania w ramach kategorii, które podlegają ocenie i są za to przyznawane nagrody. Całość odbyła się w klubie Rotunda w Krakowie więc kto był, ten wie, że tam nie ma za dużo miejsca. Wszędzie stoją krzesełka i przez to robi się go jeszcze mniej. Nie ma miejsca na pogowanie czy skakanie, choć ci, którym nie starczyło już miejsc i stali pod ścianami podrygiwali w takty muzyki. Zespoły są bardzo blisko słuchaczy i często korzystają z ich pomocy przy śpiewaniu lub wciągają w różne zabawy okołomuzyczne. Ot, taka piosenka biesiadna. Większości się to podoba, ale to już urok tego nurtu muzyki. W końcu szanty śpiewane są na statkach przez dużą liczbę ludzi i towarzyszą ciężkiej pracy. Nic dziwnego, że i na takich koncertach takie coś jest zachowane.

Fajną sprawą jest zaś to, że większość piosenek jest znana ludziom. I nie chodzi o to, że wszyscy znają wszystkich (czasami mam wrażenie, że tak jest), ale o piosenki, które są wykonywane przez większość zespołów. Są szlagiery, powstałe dawno temu, które są w repertuarze każdego niemal zespołu. To jak z „Hiszpańskimi…” które śpiewają niemal wszyscy. Takich tytułów jest bardzo, bardzo dużo i nic dziwnego. Śpiewana jest szanta tradycyjna i niektóre kawałki mają po 300 albo i więcej lat. Oczywiście współczesna aranżacja i podejście do nich zmieniają je nie do poznania i to jest to, co mnie bardzo kręci. Lubię covery i jeśli są ciekawie zrobione i z jajem, to wychodzą lepiej niż niejeden oryginalny kawałek. Słucham takich rzeczy i potrafię docenić robotę kogoś, kto ciekawie podszedł do tematu. Na szantach to niemal obowiązek by pokazać coś, co wszyscy słyszeli i zrobić to tak, by wydawało się jakby to się słyszało pierwszy raz. I tak kilka piosenek chwyciło mnie mocno i to bardzo. Macie ich poniżej na video – naprawdę warto posłuchać.

Przekonałem się też, że polska publika jest doceniana nie tylko na scenie metalowej, ale również na szantowej. Same zespoły zdają się to odwzajemniać i przyjeżdżają do Krakowa właśnie po to by pobyć choć troszkę tutaj i poczuć klimat prawdziwej muzycznej uczty. Trafiłem akurat najlepiej jak mogłem bo tego dnia gościem byli Norwedzy z zespołu „Groms Plass” z dalekiego Narwiku. Nazwa pochodzi od naszego okrętu „Grom”, który bronił Narwiku i tam zatonął. Zatem polskość chłopaki mają we krwi i ich pojawienie się na szantach to tylko formalność. Mają nawet jeden kawałek – „Krigeren Grom” – gdzie śpiewają po norwesku ale i po polsku! Każdy może zatem śpiewać norweską piosenkę i to po polsku. Przyjęcie ich było żywiołowe i prawdziwie polskie. Po koncercie oczywiście mieli afterek po którym już nikt trzeźwy nie chodził.

Ciężko jest opisać taki natłok wrażeń po jednym i dość krótkim spotkaniem z szantami. Jednak było warto tam być o doznać czegoś nowego. Nie ma darcia ryja, nie ma ostrych gitar i karabinów maszynowych z perkusji. Nie znaczy to, że wyszło źle – każdy coś znajdzie dla siebie. Sam się zdziwiłem, że chociażby taki zespół jak „Samantha” zagrał naprawdę ostro. Mają gitarki, perkusję i nie wahają się tego użyć. Wyszło fajnie i chwała im za to. Oby więcej takich crossoverów.

Szanty to nie jest muza dla każdego. Nie w takim natężeniu jak na krakowskim festiwalu. Piszę, że nie dla każdego, gdyż taki zryty metalowy łeb jak ja widzi w tym coś fajnego, ale wiele zrytych metalowych łbów będzie się pukać w czoło. Ja to rozumiem, bo przecież skoro jest tyle odmian muzyki to nie ma obowiązku słuchać każdego i jeszcze ma się podobać. Jednak dla każdego, kto chce spróbować czegoś innego to bardzo dobra odskocznia i próba. Można się dobrze bawić, pobawić się muzyką i popatrzeć morze pełne statków a nie morze czarnych koszulek i spoconych henków. Dlatego polecam bo mi się podobało. Arrr…arr…

A na koniec trzy kawałki, które swoim ładunkiem muzycznym zmiotły mnie z pokładu. Naprawdę.
Pierwszy to prosty kawałek o bitwie morskiej, ale zaśpiewany zajebiście prze EKT Gdynia. Do tego wideo przez fana zrobione i gotowy hit. Delektujcie się:

Drugi kawałek to stara irlandzka piosenka o wojnie i śmierci. Jest…brak słów. Wciągnęła mnie jak wir. Tu są dwa wykonania – jedno to „Sąsiedzi” czy Polak potrafi. Drugie to już irlandzkiego zespołu z takim wykopem w kosmos, że aż zęby bolą. Każde metalowe serce powinno zadrżeć ze szczęścia. Posłuchajcie i porównajcie. Polska szanty jest wykonana tradycyjnie więc nie ma gitarek czy perki, ale to perełka.

I na koniec tradycyjna pieśń żeglarska wykonana przez Polaków bardzo nietradycyjnie, ale za to bijąca na głowę wykonania francuskie czy inne takie. Po prostu ta wersja jest nie do pobicia i pewnie jeszcze sporo ławic śledzi przepłynie niż ktoś pobije to wykonanie. To również miód na serce metalowca bo wykonanie jest z jajem. Tu jeszcze jedna drobna ciekawostka. Ten kawałek czyli „Tri matrolod” to stara bretońska pieśń i sporo zespołów ją śpiewa. Wziął się za nią folkowo-metalowy Eluveitie w kawałku „Inis Mona”. „Wziął” to za mocne określenie – tylko linia muzyczna jest wzięta, słowa już własne. Jednak nie ma nigdzie informacji o tym fakcie – chociażby z przyzwoitości. Na różnych forach fani rozpoznają „Tri martolod” jako oryginalny kawałek Eluveitie! Czasami takie ignoranckie wpisy się czyta, że aż głowa boli. Ja jednak i tak wolę kawałek Ryczących Dwudziestek i Shannon. Dobre bo polskie i w fajnej aranżacji. Tutaj macie okazję sami ocenić ten fakt. Zapraszam!

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)