Yarot

lis 162014
 

 

To już kolejny występ Combichrist, jaki miałem okazję zobaczyć i usłyszeć. Norwegowie znani są z tego, że dają takie impulsy energii dla fanów, że czasami trudno ją potem wydać w przytupywaniu, machaniu głową czy rękami. Schodzi ona jeszcze długo po koncercie a to jest naprawdę cenne. Tym razem też tak było, choć jeśli mam porównywać „razy” to ten koncert był ledwie przeciętny.

Zaczął jednak support czyli William Control. Gotycka scena pewnie go kojarzy bo dla mnie to jeden z wielu twórców na niej i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Charakterystyczne dźwięki synthpopu ubrane były w podobnie brzmiące słowa i melodie ocierające się miejscami o Depeche Mode. Gość jednak walczył i chwała mu za to, bo publika się rozgrzała i była gotowa na Combi. To, co było lekko denerwujące, choć niekoniecznie w występie Williama to opóźnienie. Choć może inaczej – nie same opóźnienie co późne rozpoczęcie koncertu. Podejrzewam że było to podyktowane późniejszym afterparty ale jeśli ktoś nim nie był zainteresowany to musiał poczekać co najmniej do 21 na Williama albo do 22 na Combi. Wiem, że sporo ludzi zrezygnowało właśnie dlatego, że to było tak późno.

Ale nic to, czas na Combi. Zagrali wszystko to, co trzeba. Fajne intro z nowej płyty to jedyny kawałek, który mi się podoba. Na szczęście potem już było to, co tygrysy lubią najbardziej czyli „Blut Royale”, „This is my rifle”, „Maggots at the party”, „Never surrender” i oczywiście „Get your body beat”. I dobrze, że było dużo starych kawałków bo przy nich najbardziej czuć energię. Szkoda tylko, że ta energia nie była tak, jak kiedyś. Teraz ten beat był jakiś taki płaski a „Blut Royale” niemal mi uciekł przez uszy – tak był mało wyrazisty. Za czasów trasy z Rammstein w zespole było dwóch perkusistów – wariatów ekstremalnych – którzy nie dość, że dawali show to jeszcze wznosili kawałki Combi na poziom niespotykany. To był niezapomniany koncert w Progresji te parę lat temu a potem przed występami R+. I to był artyzm i idealne wykonanie. Teraz to ledwie cień tych występów i tej energii. Czytałem, gdzieś na jakimś blogu, że jednak koncert się podobał i były zachwyty. Nie przeczę, że mógł się podobać – szczególnie jeśli ktoś nie znał ich wcześniejszych tras. Kawałki były odegrane poprawnie i brzmiały super ale pozbawione były tego klubowego nalotu szaleństwa i energii, której nie ma na płycie studyjnej i nie ma na wszystkich koncertach.

Norwegów zawsze warto posłuchać. Mają niesamowity sposób splatania dźwięków i jest to nie do podrobienia. Podobnie jak sposób poruszania się na scenie Andiego. Każdy znajdzie tu dla siebie masę energii i pozytywnych emocji. Tu nie ma nudy a muzyka atakuje z wściekłością karabinu maszynowego. Polecam każdemu!

A teraz porównanie. Combi z trasy w 2010 i Combi obecnie. Porównajcie sobie te dwa wykonania i sami oceńcie, czym się one różnią.

2010

2014

paź 262014
 

Nie wiem, czy jest jeszcze ktoś, kto nie kojarzy „Dragonborn comes” z gry Skyrim. Dobra, może faktycznie przesadziłem, ale motyw ten jest znany dużej rzeszy fanów nie tylko gier komputerowych. Wtedy w zasobach internetów znalazłem fenomenalne wykonanie tego kawałka przez Malukah. To było tak niesamowite, że słuchałem tego jako tło przy robocie przez kilka godzin. Przy tej okazji wpadło mi w oko inne wideo i inny wykonawca – niejaka Lindsey Stirling. Jej wspólny występ z Peterem Hollensem był równie niesamowity. I wtedy przejrzałem to, co drobna Stirling nagrała. A było na co. Niesamowite połączenie skrzypiec, tańca i niebanalnych dźwięków tworzy coś tak fajnego, że gdy była okazja usłyszenia jej na żywo to nie zastanawiałem się długo. I nie żałuję choć ten koncert przeniósł mnie do zupełnie innego świata.

Nie wgryzam się nigdy w biografie czy plotki o muzykach czy zespołach. Często z dość prozaicznego powodu – po co psuć sobie wizerunek muzyczny, który tkwi w głowie. Nie wiedziałem, że Lindsey brała udział w amerykańskim Mam Talent i to od niego zaczęła się jej przygoda z showbiznesem. Nie wiedziałem, że wydawała w sieci i to sama zanim ktoś się do niej zgłosił z solidnym kontraktem. To wszystko było nieważne w obliczu niezaprzeczalnego talentu i unikalnego miksu muzyki z ruchem. Nie jestem zbytnio roztańczony czy obdarzony gracją w ruchach ale potrafię docenić tą umiejętność u innych. W przypadku Stirling jest na co popatrzeć i co posłuchać. Przy takich wygibasach jeszcze potrafi sadzić pasaże na skrzypkach co zasługuje na najwyższy szacun z mojej strony. I wtedy człowiek zastanawia się ile energii może drzemać w ciele. Prosta zależność, że duży może więcej, w przypadku drobnej Amerykanki nie sprawdza się. Półtorej godziny akcji na scenie mogłoby posłać na deski niejednego zwykłego człowieka i to posturą nie wykraczającą poza normalność.

Pisałem wcześniej o innym świecie. Chodzi o ludzi i o support. Z tym bywa różnie, ale teraz czułem się prawdziwie nieswojo. Jak było widać główni odbiorcy tego typu muzyki to hipsterzy, ludzie ubrani w jaskrawe kolory lub nieprzystające do siebie części garderoby. Do tego miłośnicy komórek, kolorowych światełek, tańca z byle powodu i siadania niezależnie od tego, na czym się siedzi. Metalowiec w takim zestawieniu wyróżnia się jak panda na pustyni, ale cóż było robić. Dobrze, że miałem na sobie niebieską koszulkę Alestorm więc jakoś tam wtapiałem się w tłum. Mimo to atmosfera nieprzystawania do otoczenia była. Czekałem tylko na moment, kiedy pojawi się już Lindsey by zakończyć tą niezręczną sytuację. Do tego jeszcze ten support. Zespół podobno zasłużony, ale tak bardzo wpadający we współczesny trend indie rocka, wydumanego rocka granego dla picu i lansu o tym, jak fatalny jest ten świat lub złe są dziewczyny. Ten występ to chyba pierwszy od paru lat, którego czas odmierzałem co pięć minut patrząc na komórkę. Zwykle mówię: „może się podobać” zostawiając mi komfort powiedzenia, że coś jest beznadziejne, ale nie neguję gustu innych :)

Kiedy zaczął się czas dla Lindsey to już nic nie było ważne bo wszystko wypełniły skrzypki, skoczne wygibasy oraz rosnący kontakt z publiką. Nawet ciekawie mówiła, żartowała, opowiadała o sobie i pokazywała na filmie swoje dzieciństwo. Zrobiło się niemal rodzinnie i słodko. Na szczęście więcej było muzyki niż gadania choć dobrze się ją słuchało. To chyba jest jakaś amerykańska moda bo ostatnio na Manowarze było to samo choć w lekko innym wydaniu.

Jeśli ktoś chciałby się wybrać na taki koncert to szczerze polecam. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość wobec zupełnie innego środowiska, które ściąga do takiej muzyki. Najwidoczniej do dziwnej muzyki ściągają dziwni ludzie. Pewnie dlatego połączenie skrzypiec z nowoczesnymi kompozycjami tak niesamowicie brzmi dla mnie, że aż ciarki chodzą. I  choć sporo w tym dubstepu czy chamskiego popu to dobrze się to słucha. Dla metalowca, który ceni dobrą muzę, będzie to miła odskocznia od ryków przepitych gardeł, świdrujących dźwięków przesterowanych gitar oraz szarpiących nut perkusji.

 

paź 232014
 

Koncert w Stodole, jak wiele wcześniejszych w tym miejscu, odbył się z ogniem, zniszczeniem i destrukcją. Behemoth przyjechał, podpalił ognie piekielne i zostawił po sobie smród siarki czyli to, do czego przyzwyczaja od prawie 20 lat na całym świecie. Dlatego wiele nie ma co tutaj rozwodzić się nad samym koncertem tylko przejrzeć któreś z poprzednich wpisów. Wrażenia są takie same, zadowolenie nawet większe a całość bardzo satysfakcjonująca. Jest jednak coś, co wyróżnia tą trasę od innych – otoczka „religijna”.

Celowo ująłem istotę zagadnienia w nawias bowiem to, co działo się w Poznaniu, a co można było zobaczyć pod Stodołą w postaci minifestynu to jest właśnie „religia”. Nie chcę tutaj umniejszać znaczenia wiary, Kościoła czy chrześcijaństwa tylko wskazać, że pod ich osłoną niektórzy robią co tylko chcą. I tym samym wracają do czasów, gdzie widzimisię Inkwizycji i księży skazywało na stos niewinnych, gdzie słowo kościoła (jako władzy świeckiej) zastępowało wolę, wiedzę i kulturę. Przeważnie nie wychodziło to na dobre a teraz wychodzi z tego wszystko to, co najgorsze.

Obecne czasy są wyjątkowe. Wolność, o którą tak walczono, zmienia się w wolność sterowaną. Możesz robić wszystko, ale tylko we wskazanym przez kogoś obszarze. Nie mówię tu o patologiach bo nie o to chodzi, ale o wolność sumienia i wyznania. Każdy może teraz lubić co tylko chce i mieć gust taki, jaki mu pasuje. Nie trzeba słuchać radia by wiedzieć co ma mi się podobać. Nie muszę oglądać telewizji by dowiedzieć się co ma mnie kręcić. Przy rozwalaniu muru berlińskiego i po okrągłym stole chyba nikt nie przypuszczał, że rola religii w państwie spadnie tak bardzo. Bo wcześniej była ona przeciwko władzy i dawała ludziom nadzieje. Jednak kiedy nie ma już wspólnego wroga, kościół nadal stara się być przewodnikiem w dziedzinach nie tylko związanych z wiarą. Dlatego coraz bardziej udziela się politycznie, zaznacza obecność w szkołach, w mediach i w codziennym życiu. Kiedyś nie musiał niczego udowadniać, a teraz walczy o to, co było kiedyś naturalne.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Zmiany, jakie nastąpiły, są już nieodwracalne. Także funkcjonowanie kościoła musiało się zmienić. Zmieniło się wszystko, ale niektórzy chcą by jednak niektóre rzeczy się nie zmieniły. Jest to trudne nawet w prostych sprawach, a co dopiero w sprawach wiary. I szkoda, że odbywa się to kosztem rzeczy, które zapewniają nam wolność myśli, sposób wyrażania siebie i czynienia z siebie osób unikalnych. Bo muzyka taka właśnie jest. Pozwala nam mieć coś, co jest tylko nasze. Miło jest, gdy coś dzielimy z innymi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nie jesteśmy sami. I lubimy to, co sami wybraliśmy a nie to, co zostało nam wtłoczone lub wbite do głowy innymi metodami.

Czy Behemoth może się podobać? Pewnie tak. Ma swoich fanów, ma swoich antyfanów – jak wiele kapel na świecie. I to nawet na scenie black i death metalowej. Nie jest niczym wyjątkowym i nie jest zjawiskiem, którego nikt nigdy na świecie nie widział. Nie jest też unikalny jeśli chodzi o treści i przekaz – można nawet powiedzieć, że wypada doskonale w korycie nurtu tego typu grania metalowego. Nie oczekujmy, że będą śpiewać o miłości czy pszczółkach bo to nie ta stylistyka. To takie samo podejście jak to, że zespół disco-polo nie będzie śpiewał o szatanie czy o wojnie. Trasa Behemotha też nie jest pierwszą i oby nie ostatnią. Jednak akurat teraz skumulowały się działania niektórych ludzi, którzy nie chcą by Behemoth grał w ich mieście. W Poznaniu się udało, w Warszawie odbył się wiec, koronka różańcowa oraz wieczorne czuwanie pod klubem. Czemu to ma służyć? Bo na pewno nie kościołowi, nie ludziom, którzy wolą iść do kościoła niż pod klub i nie metalowcom, którzy i tak pójdą na koncert swojego ulubionego zespołu.

To przykład na to, jak ktoś próbuje wmówić ludziom, że ten typ muzyki zniszczy naszą duszę, nasze postrzeganie świata i naszą moralność. Jest gorsze niż palenie papierosów, kupowanie noży w markecie i przemoc rodzinna. Piraci drogowi szaleją po Warszawie i nic się z tym nie robi. Przekręty na zbiórkach pieniędzy uchodzą bez echa a o politycznych indoktrynacjach nie ma nawet co wspominać. Behemotha łatwo jest atakować bo śpiewa o szatanie (celowo z małej, niech ludzie z drugiej strony barykady to docenią), gardzi religią jako elementem zniewolenia i muzycy wyglądają jak z najgorszego koszmaru. Trudno temu zaprzeczyć, a odbiór tego jest raczej jednoznaczny. I nie ważne jaka jest wymowa twórczości czy podejście muzyków do tego bo to zostaje przyćmione tym, co widać od razu. Nie wkłada się wysiłku by to zrozumieć. Bo tak łatwiej. Po co zagłębiać się w to skoro widać od razu, o co chodzi.

Nie chciałbym tutaj zaraz wbijać w fanowskie tony o tym, że słowa piosenek Behemotha to objawienie najwyższe. Sądzę nawet, że nie wyróżniają się specjalnie w całej masie black i death metalowych kompozycjach. Taktowanie ich jako nawoływanie do szatanizmu czy zabijania albo innych czynów równie spektakularnych to cofnięcie się co najmniej 20 lat wstecz w rozwoju ludzkości. Były co prawda takie przypadki w Norwegii ale nawet w światku metalowym jest to traktowane jako wybryk jednostki. I chyba tylko dlatego dostaje się Behemothowi, bo jest znany. Ma większą siłę rażenia, jest na świeczniku i wszyscy go widzą. Nie widać jednak wysypu metalowców w miastach, wzmożonych działań sekt czy spadku pogłowia czarnych kotów. Metalowcy to wiedzą, że to nie tak działa. Przypisywanie czegokolwiek komukolwiek tylko dlatego, że tak się wydaje, to jest już średniowiecze. Włączenie się w to kościoła to najgorsza forma indoktrynacji jaką można zrobić by niszczyć wolność. Metalowiec jak zabije to będzie siedzieć jak normalny człowiek i będzie sądzony jak każdy, kto się takiego czynu dopuści. Nie będzie zaś postrzegany jako zabójca bo jest metalowcem i szatan mu kazał. Psychiatra właściwie oceni tą postawę :)

Dobra, miałem już nic nie pisać w tej kwestii. I tak nikt tego nie przeczyta a już ci, których to dotyczy, będą ostatnimi do których to dotrze. Może. Niech przemówi Miciński czyli głos Młodej Polski przez usta Maleńczuka prosto z gardła bestii :)

 

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
Lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy –
Ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
Iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy
Jak pył pustyni w zwiewną piramidę —
Ja piorun burz — a od grobowca cichszy
Mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą
Jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach —
Jam błysk wulkanów — a w błotnych nizinach
Idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga —
I słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

paź 092014
 

Ta jesień zanim się na dobre zaczęła a już kolejny przedni koncert minął. Tym razem niemal z martwych powstał niesamowity „Żywiołak” który na dokładkę wspomagał przed koncertem Holendrów z fenomenalnej „Omni”. To wszystko w naszej warszawskiej Stodole, przy mdłym piwie oraz rzeszach fanów z całej Polski. Koncert był bardzo udany i choć nie byłem do końca przekonany czy będę na nim, to nie żałuję. Żywiołaka widziałem już na żywo parę razy ale Omnię jeszcze nigdy. To ich pierwszy występ na polskiej ziemi więc tym ciekawiej było zobaczyć ich reakcję i posłuchać jak grają.

Zaczęło się wszystko od lekko speszonego Roberta, który zapowiadał kolejne utwory i który rozkręcał się coraz bardziej. Publika nie dała zapomnieć chłopakom i dziewczynom, że Żywiołak to jednak jest wulkan energii i każdy dzielnie przytupywał lub klaskał. Dzięki jakie się wydobywały od nich to poezja. Dodatkowo wzmocniony lirą korbową i skrzypkami dźwięk to niemal miód na uszy. Znów można było usłyszeć słynnych Wandali, których już chyba z 7 lat nie słyszałem. Nowe wokalistki, nowi ludzie, ale Robert ten sam i ta sama pasja grania ludowych kawałków. Pamiętam ich występ gdzieś w domu kultury, gdzie na kółka chawciarskiego dawali koncert. Wszyscy rozsiedli się i słuchali, ale dla młodych takie dźwięki to nie do siedzenia. Dlatego w kilkanaście osób ruszyliśmy pod scenę i waliliśmy rękami w podest by wtórować Żywiołakowi. Było przednio i ten klimat został. Stodoła tupała, deski trzeszczały a stare słowa Roberta o folku stały się aktualne (patrz tytuł wpisu) – teraz już folk jest wyznacznikiem nowej jakości grania, która nie może usypiać.

Potem nadszedł czas na Omnię. Wcześniej znałem ich z kilku piosenek, które klimat folkowy trzymały ale jakoś bardzo mi zalatywały Indianami. Na żywo się okazało, że nie myliłem się. Zespół jest rdzenny i folkowy, ale to nie Celtowie czy Germanie ale Ameryka Północna widzie prym. I choć mają na scenie harfę oraz ogromną trąbę to jednak dźwięki, aranżacje oraz klimat składają się na coś pomiędzy Tańcem Kojota oraz Machu Piccu. Jednak nie stronią od klasycznych metalowych czy rockowych zagrywek a także tematyk. Dobrze się w tym wszystkim czują a na scenie i poza nią kipi energia wzbudzana ich muzyką. Widać było też że dobrze się czują u nas a publika zgotowała im niezłe przyjęcie. Choć słyszałem ich po raz pierwszy to podobali mi się. Mimo że nastawiałem się na celtyckie rytmy to nie zawiodłem się, gdy ich nie usłyszałem. Wszystko inne było bajeczne. Jeśli Omnia pojawi się gdzieś w Polsce lub gdzieś, gdzie będziecie mieli okazję ją posłuchać to polecam. Ma swoich zagorzałych fanów, pląsające dziewczęta oraz wszystko znających chłopaków – od nich można uczyć się uwielbienia dla zespołu.

 

wrz 252014
 

Ar! Ar!

Nie będzie dziś dużo pisania bo i nie ma za bardzo nad czym. Piraci przypłynęli, wypili nasze piwo, zatopili przy okazji kilku Norwegów a niedo(p)bitki przeciągnęli pod kilem i tyle. Dzielnie wtórowali im chłopaki z Brainstrom, którzy pokazali całą moc jaką mieli. Na festiwalach pokazują się z dobrej strony, ale to mała scena i klub jest ich mocną stroną. Na żadnym MORze nie prezentowali się tak dobrze jak wczoraj w Proximie. I chwała im za to. Super kontakt z publiką, nakręcanie młynów i chwytliwe kawałki. Czego chcieć więcej.

Kilka zapamiętanych żartów wokalisty Brainstorm:

– oczywiście szczere powiedzenie o kawałku, który ma być zaśpiewany by potem wszyscy chórem powiedzieli, że to jego chcą usłyszeć. Oczywiście byli szczerze zdziwieni i zadowoleni :)

– zejście do publiki i odśpiewanie jednego kawałka z tłumem ludzi – naprawdę jest moc

– „I am your father!!!!!!!”

– udawanie dziewczęcego głosu udającego ekscytację

Naprawdę było to urzekające.

Co do Alestormu to całość jak zawsze zabawna, skoczna i dynamiczna. Liczne ściany śmierci tylko potęgowały zamieszanie pod sceną, gdzie ciągle się coś kotłowało. Na końcu część zespołu z wokalistą na czele skoczyła na ręce i była unoszona kilka minut jak na falach oceanu. Nie tylko publika się bawiła ale i sam zespół. Żarciki z najniższego Daniego to już kanon żartów ale zawsze śmieszy. Miny jakie strzela Chris podczas śpiewania i grania na swoich odpustowych organkach są nie do powtórzenia czy opisania – to trzeba zobaczyć.

So come take a drink and drown your sorrows
And all of our fears will be gone till tomorrow
We’ll have no regrets and live for the day
In Nancy’s Harbour Cafe

sie 272014
 

Tym razem „tylko” fotorelacja gdyż o tym festiwalu już tak często pisałem, że powtarzać się nie będę a niech zdjęcia same przemówią. Tegoroczny był super i pogoda dopisała wymazując wszelkie uchybienia organizacyjne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

sie 262014
 

Czechy to takie miejsce na muzycznej scenie metalowej, które musi być odwiedzone przynajmniej raz w życiu przez szanującego się miłośnika tego rodzaju muzy. Od dobrych kilkunastu lat można tu przyjechać na Brutal Assault by nacieszyć ucho ostrzejszymi odmianami metalu. Podobną tradycję ma Masters Of Rock dla lubiących rockowe klimaty podlane metalowym sosem. Jest też Obscene Extreme dla fanów świńskiego rzężenia oraz objazdowy Metalfest goszczący gwiazdy metalu i hard rocka. Przy takim bogactwie imprez kolejna wydaje się niepotrzebna a jej ewentualne pojawienie się byłoby mocno niepewne. A jednak się udało. Made Of Metal (czyli MOM) pojawiło się, odbyło i można powiedzieć, że zakończyło się sukcesem.

Byłem ogromnie ciekaw, jak to wszystko wyjdzie. W przeciągu kilku lat zdarzało się, że ktoś organizował takie coś i nic z tego nie wyszło. Pal licho pieniądze, ale jechać taki kawał drogi tylko po to by zobaczyć kawałek pola to nie jest nic przyjemnego. Początkowo w sieci informacje na temat MOMa nie były bogate. Właśnie kawałek pola ze zdjęciem i namiarami GPS, plakat z niezłym lineupem, szeroko zakrojona sprzedaż biletów przez własną stronę – dawało to namiastkę realności, ale niepewność została. Im bliżej terminu festiwalu tym więcej rzeczy zaczęło układać się w całkiem przyzwoitą całość. Skończyło się dobrze i wszelkie obawy na miejscu rozwiał ogromy plakat Made Of Metal przed wjazdem na festiwalowe błonia.

Na początek kilka informacji podstawowych. Festiwal odbył się w Hodoninie, które leży jeszcze około 60 km od Zlina na południe, niemal przy granicy ze Słowacją. Trzydniową imprezę odwiedziło ponad 40 kapel obsłużonych przez dwie sceny w profesjonalnej oprawie. Miejsce festiwalowe to łąki, pola oraz jakieś magazyny, które przypominały pegeerowskie garaże dla traktorów. Wejście na miejsce nie było specjalnie drogie bo od 1000 do 1500 koron, co jak na taki skład zespołów jest ceną bardzo dobrą. Piwo na miejscu kosztowało od 25 do 35 koron czyli festiwalowy standard. Koszulki imprezowe za 250 koron to też standard.

Made of Metal muszę zacząć od końca czyli od organizacji a muzykę zostawię sobie na deser. W końcu jest ona zawsze taka sama a przygotowanie takiej imprezy już niekoniecznie. A zacznę od plusów. Od razu zaznaczę, że plusy są bardzo ogólne i w zasadzie nie ma już tu miejsca na minusy. Jedyne minusy to kilka szczegółów, które również wymienię. Ogólne wrażenie było bardzo, bardzo pozytywne. I czasami człowieka tylko zazdrość brała, że Czesi potrafią coś takiego zorganizować a my, Polacy, już niekoniecznie. I mówię tu o festiwalu metalowym jako takim, bo takich w Polsce nie ma. Jarocin czy Woodstock się nie liczą bo to masówka popowo-rockowa przeplatana niu rockiem i odgrzewanymi kawałkami z czasów wielkości polskiego rocka. Brak jest metalu a imprezy w stylu Hunterfestu czy Metalfestu że o Metalmanii nie wspomnę odeszły w przeszłość już chyba bezpowrotnie. Dlatego pierwszy plus MOM zdobywa za odwagę – że powstał mając takich świetnych krajowych konkurentów. Drugi plus to organizacja imprezy – zadbano o miejsce dla ludzi i zespołów, gastronomię oraz pole namiotowe. Duży szacunek należy się za autobus linii 666, który kursował pomiędzy miastem a festiwalem niemal co 20 minut od południa do wczesnych godzin rannych. Jeśli ktoś miał hotel w mieście to nie musiał się obawiać, że nie dostanie się, ze na taksę go nie stać czy spóźni się na ostatni autobus liniowy. Tego brakowało chociażby w Jaworznie i do dziś tego nie zapomnę, że od PKP trzeba było drałować jeszcze 4 czy 5 kilosów szosą przez las. W glanach. I słońcu.

Trzeci plus to lineup i sama koncepcja festiwalu. Bowiem wreszcie jest miejsce dla melodyjnego metalu, power metalu, female fronted metalu i folk metalu. Nie trzeba chodzić na kilka jednodniowych imprez dedykowanych właśnie takim gatunkom tylko wybrać się raz a porządnie na MOMa. Gwiazdy tego festiwalu bywają na innych tego typu imprezach i dobrze się mają, ale tutaj błyszczały naprawdę jasno. Organizatorzy postarali się i ściągnęli naprawdę niezły skład zespołów. Bo obok Luki Turillego była Sirenia, był Haggard, Therion, Ensiferum, Alestorm oraz Desdemona, Pathfinder i Orden Ogan. To zwykle drugi skład na MoRze czy Wacken ale naprawdę solidny i godny posłuchania. Jeśli dla kogoś te pozytywy wystarczają to śmiało może uderzać w przyszłym roku na kolejną edycję festiwalu. Jeśli zaś ktoś jest dociekliwy, to niech czyta dalej by dowiedzieć się, gdzie zgrzytało.

A zgrzytało w paru miejscach. Jednak jak na to patrzę teraz to widzę, że brało się to z racji braku dotarcia kilku elementów. Jak zawsze przy czymś nowym jest miejsce na niedociągnięcia bo zwyczajnie nie przewidzi się wszystkiego i nie da się zapanować nad wszystkim. Skoro pierwszym plusem było samo zaistnienie, to jako minus w tym niewątpliwie pozytywie będzie brak odpowiedniej reklamy. MOM słabo się reklamował. Poza oficjalną stroną niewiele się działo a i na niej było pusto. Facebookowa odsłona była uboga a informacja na portalach muzycznych niemal żadna. Gdy przyjechałem do Hodonina, to nie widziałem żadnego plakatu, nawet skrawka kartki. Dopiero drugiego dnia, na słupie ogłoszeniowym przy Kauflandzie, zobaczyłem plakat. Jeśli MOM miałby być czymś więcej to dobrze by było gdyby miasto jakoś się w to włączyło. A tak nie wiem nawet, czy mieszkańcy wiedzieli o tym, co dzieje się parę kilometrów od nich. Jedynie po czarnych chodzących po ulicy mogli podejrzewać, że coś się dzieje. Możliwe, że to celowe działanie. Gdyby festiwal nie wyszedł, to nic się nie dzieje. Jeśli by wszystko wypaliło, to następnym razem będzie tylko lepiej. Oby.

Kolejnym organizacyjnym minusem był dobór stoisk z żarciem i piciem. To raczej minusik i to z mojej strony, ale odczuwałem go bardzo, szczególnie w zimne noce. Do piwa nie mogę się przyczepić. Było do dużo, było go wszędzie i, co najważniejsze, w kilku gatunkach, co jest niespotykane. Brakowało za to… herbaty. Gdyby nie jedna Słowaczka ze swoim samochodem-orkiestrą to byłoby słabo. Trzeciego dnia widziałem gdzieś jeszcze gorącą herbatę, ale mogłem się przewidzieć. Wieczorami i nocami było już chłodno i ciepła herbata byłaby na miejscu. A nie było jej w takiej ilości by wystarczyło dla wszystkich. To jest do poprawy na przyszłość tym bardziej, że piwa nie zabrakło J Aha, nie było tyrdla. Skandal. Za to obecny był langosz, bramborak oraz wszelkiej maści burgery a nawet pizza. To była kwestia jednej budki na każdy rodzaj żarcia, ale chyba wystarczyło dla wszystkich. Tutaj dało się wyczuć, że organizatorzy panowali nad liczbą ludzi na festiwalu. Wiedziano ile biletów sprzedano i pod tym względem dostosowano wiele rzeczy. Liczba tojek czy żarcia była akurat. Kolejki były, ale szybko się rozładowywały. Do tojek zaś nie trzeba było czekać. Mydło do wykorzystania bez wody czekało na zewnątrz, w środku zaś lusterko, woda i całkiem znośne zapachy. Znów zadziałało prawo ilości – mniej ludzi na festiwalu to i warunki sanitarne lepsze. Nie wiem, jak było na wymiotowym, ale ludzie nie narzekali więc chyba było jak wszędzie.

Jeśli jeszcze jestem przy organizacji to jeden minus trzeba przyznać dla ochrony. To taki problematyczny minus bo w zasadzie wykonywali swoją robotę. Szkoda tylko, że bez specjalnej wyobraźni. Pierwszy zgrzyt był przy parasolu. Padało tego dnia i lepiej stać pod parasolem niż w pelerynie. Jednak ochroniarz nie wpuścił mnie na teren festiwalu. Bo takim parasolem można zabić przecież (parasol w wersji krótkiej, bez szpikulca czy coś takiego). Drugi zgrzyt był już na koncercie. W momencie, gdy wokalista „Atrocity” zaprosił na scenę dwie dziewczyny by zatańczyły razem z nim, ochrona nie chciała ich wpuścić. I nawet interwencja Alexandra na nic się zdała. Dopiero pojawienie się szefa ochrony zmieniło ten stan rzeczy. Ja rozumiem, że bezpieczeństwo to podstawa, ale przy takich festiwalach powinna być jakaś większa tolerancja. Tym bardziej, że ludzie wchodzili z ćwiekowanymi pasami czy butami, które więcej narobią krzywdy niż parasolka. Ale ochrona okazała się stalowa do końca – na bramce sprawdzali dokładnie, patrolowali teren i czujnie patrzyli na wszystko, co dzieje się wokół.

Jeszcze jeden zgrzyt. Tym razem tradycji stało się zadość i musiało trafić na dźwiękowców. Mała scena, gdzie grała alternatywa, była super – nagłośnienie czy światła śmigały. Duża miała problemy z dźwiękiem. Czasami było wszystko tak rozbujane, że trzeba było zatykać uszy. Zwykle się mówi, że nie ważne jak, byleby napierdalać. To nie jest tak i podkręcona głośność bardziej szkodzi odbiorowi niż pomaga. I tak się zdarzało, szczególnie za dnia. W nocnych koncertach, a szczególnie gwiazdach, już było lepiej. Nie wiem tylko czy to uszy się przyzwyczaiły, czy faktycznie zmieniono ustawienia. Odbiór był już lepszy. Inna sprawa, że obie sceny mają zupełnie inne otoczenie, które może wpływać na rozchodzenie się dźwięku. Duża scena była ustawiona pomiędzy blaszanymi pawilonami i tworzy się tunel, który może wywoływać dudnienie lub pogłos oraz wzmacniać dźwięki. Mała scena miała otwartą strukturę i wychodziła głośnikami „na pole” więc dźwięk miał gdzie uciekać i całkiem miło się słuchało nawet największego napierdalania. Widocznie już taka praca dźwiękowca, że zawsze dostaje po tyłku J

To teraz już przejdźmy do muzyki. Made of Metal miał podtytuł „melodic festiwal” zatem wszystko co prezentował na głównej scenie to pochodnie wszelkiej maści melodyjnego metalu, symfonicznego, gotyckiego czy power metalu lub folk metalu. Na małej scenie już było trochę ostrzej i różnorodniej – od trashu po speed i black choć grindu nie słyszałem. Było to zatem wydarzenie nie lada, szczególnie że dobór zespołów był bardzo dobry. Pierwszego dnia gwiazdą był teoretycznie właściwy odłam Rhapsody. Dowodzony przez Lukę Turillego stanowił naturalną odskocznię do Rhapsody of Fire. Byłem ciekaw jak wypadnie bo RoF jest super i przebić go byłoby trudno. Poza nimi wystąpili Edenbridge z niezłym żeńskim wokalem, przebojowi jak zawsze Atrocity, węgierscy wojownicy z Wisdom, piraci z Alestorm i późno w nocy zjawiskowa Sirenia. Na małej scenie przewijało się mieszane towarzystwo z czego zapamiętałem czeski „Cast of Mind”, folkowy Cruadalach oraz dziadka Roota. Te zespoły potrafią pokazać na co ich stać i nie było inaczej tym razem. Duża różnorodność pokazała siłę takiego festiwalu bo człowiek nie miał czasu zanudzić się przy jednym stylu. Oczywiście największe oczekiwania były w stosunku do Rhapsody i muszę przyznać, że wyszli słabo. Spodziewałem się poweru, emerald sword i ognia. Tymczasem było pełno patosu z filmików z youtuba wyświetlanych na telebimach, dużo gadania o „true and Orly Rhapsody” i temu podobne klimaty. Dużo osób przyszło właśnie dla nich i pewnie dobrze się bawili, ale dla mnie pozostał pewien niesmak. Na ostatniej tego dnia Sirenii mogłem odpocząć i skupić się na muzyce, którą znam i lubię.

Drugi dzień był trochę lżejszy, ale deszczowy. Jednak pod względem muzycznym dużo ważniejszy bo zagrać miał Haggard. Poza nim grał polski Pathfinder, Orden Ogan, babki z Crucified Barbara, gotycki Stream of Passion oraz druga odnoga Atrocity czyli Leaves Eyes z eteryczną Liv. Na małej niezłym kontaktem z publiką błysnęli … Polacy z Titanium oraz srodzy Rosjanie z Welicoruss. Wszystko słuchało się bardzo dobrze. A sam Haggard to mistrz nad mistrze – kto nie słuchał ten koniecznie musi to nadrobić. Najweselej wyszedł koncert Leaves Eyes bo występował tam Alexander z kilkoma gościami od siebie z zespołu, którzy zamiatali grzywami jak trzeba. W zestawieniu do drobniutkiej Liv wyglądali jak niedźwiedzie. Gość z Atrocity to też niezły showmen i nakręcał publikę co i rusz. Tego dnia wieczorem niezbędna okazała się herbata bo po deszczu było zimno. Wiele osób odpuściło ale wytrwałem twardo na posterunku. Warto było bo wieczorne koncerty były super.

Ostatni dzień to już w zasadzie podsumowanie ale i dwie największe gwiazdy – Therion oraz Ensiferum. W zasadzie poza nimi to niewiele innych kapel się liczyło. Bardzo przyzwoicie oraz wizualnie zaprezentował się Amaranthe – z trzema wokalistami w tym z piękną Elize. Nieźle też brzmiał Dark Moor choć do Wisdom się nie umywał. Na małej zaś była polska Desdemona, ostrzy Irlandczycy z Dead Label oraz zupełnie zakręceni Hiszpanie z Far`n`Hate. Gość był tak nakręcony że wbiegał pod scenę gdzie trochę zakręcił włosami, odśpiewał kilka fraz i zaczął wspinać się na stelaż sceny. A na głównej przybił drakkar z wikingami i Enisferum zaczęło niszczyć wszystko i wszystkich. Takiego kopa nie czułem już dawno. Szybko zagrane kawałki, melodie z dalekiej północy i ostre riffy. Do tego światła, nagie torsy grajków i walkiria za konsolą. To była idealna przeciwwaga do grającego po nich Theriona, który zrobił to, co zawsze. Od pierwszych taktów „Rise of Sodom” po „Megatherion” była moc na scenie. Ostro zagrane kawałki miażdżyły a sam zespół jakby zapomniał, że wydał francuskojęzyczną płytę.

Przy okazji zespołów o jeszcze jednym zgrzycie muszę wspomnieć. Ustawienia zespołów były takie, że pod koniec były nawet 50 minutowe dziury. Przy niesprzyjającej aurze i zimnie, czekanie tyle czasu na kolejny zespół, rozprasza całą energię zebraną do tej pory. Dobrze, że było gdzie przeczekać, ale i tak to za długo. Tak było z Therionem, na którego trzeba było czekać bardzo długo. To samo wcześniej z Haggardem i Rhapsody. Wyglądało jakby ramówka zespołów – szczególnie na małej scenie – coraz bardziej się rozjeżdżała i zostawiała coraz większe luki. To jest do naprawy więc nie jest to nic poważnego.

I tyle jeśli chodzi o Made Of Metal. Festiwal się skończył i okazał się bardzo udanym przedsięwzięciem. Teraz tylko czekać na przyszły rok, czy pojawi się po raz kolejny i potwierdzi swoją obecność na muzycznej mapie. A jak będzie trzeci raz to pewnie wejdzie na stałe do zbiorku miejsc, które trzeba koniecznie odwiedzić w każdy sierpień. Oby tak było i zapał organizatorów nie osłabł. Obecnie na stronie fejsbukowej kolejne zespoły i obserwatorzy wrzucają info o festiwalu i o tym, jak się dobrze bawili. I nie kłamią. Zabawa była przednia. Muzy jeszcze więcej a do tego wszystko w przyjaznej atmosferze. Dla wszystkich był przygotowany nawet specjalnie ważne piwo z okolicznego browaru o nazwie „MOM`s Beer”. Wszelkie konotacje tej nazwy są wskazane i całkiem trafne. Festiwal przeżyłem choć było dużo muzyki i spędziłem na nim bardzo dużo czasu. Nie otępiał monotonią, nie zagłuszał ścianami dźwięku i nie męczył krzykami. Na miejscu było najwięcej Czechów i Austriaków. Sporo było Węgrów i Słowaków a Polaków wyjątkowo mało. Podejrzewam, że za rok będzie już nas dużo więcej. Czesi będą kolejny festiwal narzekać, że wszędzie pełno Polaków :) Ale niech nikt się nie zraża. Przyjechać trzeba, spróbować langosza i bawić się łagodniejszą stroną metalu.

 

lip 122014
 

Metallica znana jest z tego, że potrafi zaskakiwać fanów i ma dla nich zawsze coś nowego w zanadrzu. Tym razem trasa koncertowa opierała się na formule „Request” czyli fani mogli głosować na piosenki, które chcieliby usłyszeć. Piękne, prawda? Wreszcie skończyły by się narzekania, że zespół przyjeżdża i gra zawsze to samo. Że już wszyscy znają setlistę koncertową na wylot i nie jest potrzebna po raz dziesiąty kolejna taka sama. Szczytne idee to jedno a rzeczywistość to drugie. Okazało się bowiem, że w głosowaniu wygrały piosenki, które wytarły setki festiwalowych głośników a każdy szanujący się fan Mety pozna je po trzech nutkach. Czy się głosowało czy nie, to i tak chłopaki zagrali to, co zawsze. I nie jest to kwestia Polski, ale każdego innego kraju. Zawsze w czołówce jest stała setlista koncertowa i tego najwyraźniej nic nie zmieni. Zastanawiałem się trochę nad tym i doszedłem do dwóch budujących wniosków oraz jednego natury refleksyjnej. Zacznę od tego drugiego – refleksja nad tym, że pewna prawda znana od lat potwierdza się z okrutną regularnością. Lubimy to, co już raz usłyszeliśmy. Lubimy podśpiewywać ze z zespołem i lubimy jak inni to lubią. To takie ludzkie, bo możemy się czymś dzielić. Dlatego nie ma miejsca na koncertach na kawałki, które są znane przez nielicznych. Jeśli ktoś ma ochotę na „Invisible Kid” to włącza w domu albumik z pięścią i słucha. Na koncercie będzie to nie do rozpoznania i nikt przy tym nie porwie 50 tysięcy luda. Metallica dobrze wiedziała, że pozorne szaleństwo czyli puszczenie na żywioł fanów i danie im nieograniczonego wyboru skończy się tak naprawdę na tym samym. Ale zawsze wtedy można powiedzieć – „przecież sami tego chcieliście”. Fanowska akcja „olej szlagiera wybierz fixera” nie przyniosła należytego odzewu i tylko Call of Ktulu przemyciło się do setlisty w Warszawie (mój i Zbycha sms załatwiły sprawę). Ludzie organizujący tą trasę wygrali z nawiązką bo nie dość, że zagrano to, co zwykle, to jeszcze zrobiono to na wyraźne życzenie fanów. Metallica wchodząc na scenę i zapowiadając wszystko wyraźnie podkreślała, że to jest nasz wybór. I trzeba się z nim zgodzić. Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu choć bym to wszystko inaczej zorganizował. Ale jestem na to za mały i jako zwykły fan biorę to, co dają.

Wracając do dwóch pozytywnych rzeczy odnośnie „Requesta” to popularność oraz nowi fani. Popularność jest bezdyskusyjna. Można mówić, że Meta skończyła się na „Kill Them All”, że to już stare dziadki albo że zawsze grają to samo. Można, ale i tak, niezmiennie od 20 lat, miejsca , gdzie są grane koncerty wypełniają się do ostatniego ludka. Zawsze jest to wielkie przeżycie dla fanów danego kraju a lokalne media opowiadają o tym w narodowych albo wojewódzkich mediach. To motor napędowy imprezy i tętniący energią wir. Jak spojrzałem wczoraj na zatkany Most Łazienkowski i rzeszę fanów szczelnie wypełniającą każdy centymetr jezdni to dobitnie uświadomiłem sobie, że Metallica jest w stanie zrobić z fanami wszystko. Potrafi zgromadzić ich w dowolnym miejscu na ziemi i dać im masę pozytywnej energii. Potrafi zmienić bieg życia miasta – jak na Euro a przecież to tylko koncert. Potrafi też obnażyć wszelkie słabości organizacyjne bo nikt, kto tego nie przeżył wcześniej nie jest w stanie uświadomić sobie, co potrafi 50 tysięczna tłuszcza fanów metalu. Popularność wynosi na szczyty to, co jest lubiane. A Meta jest lubiana za to, że na koncercie jest „Nothing Else Matters” i można drzeć ryja razem z innymi. Wszyscy czekają na „One” z pokazami ognia lub laserami. Zakończenie w postaci „Seek & Destroy” to niemal żelazna pozycja tysięcy koncertów i wszyscy wiedzą, co nastąpi po niej. To jest właśnie popularność.

Drugi budujący wniosek to nowi fani. Skoro można było głosować na co się chciało, to niektórzy tak robili. Bo nie byli na koncercie Metallicy i dużo słyszeli o tym, co się tam dzieje. Słuchają na co dzień najlepszych kawałków i takie też chcą usłyszeć. To, że „Master of Puppets” jest wysoko to nie tylko kwestia popularności wśród fanów ale również chęć usłyszenia tego przez tych, którzy na koncercie Amerykanów jeszcze nigdy nie byli. To prowadzi zaś do konkluzji, że Meta nie zamyka się w obrębie ludzi, którzy chcą ją słuchać i będą zawsze. Oni zdobywają kolejnych fanów i mimo ponad 30 lat grania na scenie ciągle nowi fani pojawiają się i chcą usłyszeć swoich idoli. Pamiętam swój pierwszy świadomy koncert Mety w Chorzowie i pamiętam, jak wszystko chłonąłem niczym gąbka. Nie liczyło się to, że to już wtedy były zgrane kawałki ale że grają, że słyszę to, co brząkało mi w słuchawkach i może to teraz zaśpiewać razem z nimi. Pamiętam to uczucie i rozumiem wszystkich tych, którzy je dzielą po dziś dzień. Co by nie wymyślić nowego, to w obecnej formule koncertowej NEM czy MoP będzie zawsze. Gdyby zmienić reguły „Request” tak, że Meta ogłasza, że zagra 12 kawałków jak zawsze ale na 5 innych można głosować oddzielnie, to już dałoby to znacznie lepsze rezultaty. Wtedy byłaby szansa usłyszenia „King Nothing”, „Until its sleeps”, „Thing That Should Not Be” czy „Anestesia” na żywo. Ale może za kilka lat tak będzie. Jak przy okazji trasy z Czarnym Albumem, gdzie zagrali z niego wszystko czyli również kawałki, których nigdy nie grano.

Tak nietypowo rozwinęła mi się ta relacja, ale chciałem trochę inaczej pokazać koncert niż zazwyczaj. W końcu ile można pisać o koncertach zespołu, na którym było się już piąty raz. Ile nowego można napisać i jak bardzo być odkrywczym. Na szczęście Meta dba by nie było nudno więc i moja relacja nie jest taka jak zwykle. Jednak jest w tym wszystkim jeden zgrzyt. Dlaczego wybrano datę koncertu tak by pokrywała się z Masters of Rock w Vizovicach? Wiele osób musiało wybrać a to nie były łatwe wybory. Szkoda, że tak się w tym roku złożyło i mam nadzieję, że to ostatni raz, gdy trzeba takich wyborów dokonywać. Nie wiem tylko, czy którakolwiek ze stron będzie zadowolona z tego, że nie była na konkurencyjnym koncercie, ale na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Pozostaje tylko muza i nią należy się cieszyć.

Wreszcie można powiedzieć, że Metallica trafiła na polskiej ziemi na Stadion z prawdziwego zdarzenia. Był oczywiście Chorzów, ale to co innego. Otwarty stadion to coraz bardziej przeżytek a wszystkie zachodnie koncerty pokazywane zazwyczaj były na halach i stadionach zadaszonych i nowoczesnych. Narodowy w niczym nie ustępuje i z tego, co widziałem, to ludzie byli pod wrażeniem. Przynajmniej na początku. Jeśli ktoś nie był do tej pory na tym obiekcie to mógł się nacieszyć jego wielkością i kilkoma rozwiązaniami. Ludziska robili zdjęcia, patrzyli na wszystko z zadowoleniem i strzelali foty gdzie i komu tylko się dało. Faktycznie miejsce było bardzo dobre i tylko pogratulować, że stolica ma coś takiego do zaoferowania. Całość zorganizowano tak, że na zewnątrz stadionu umieszczono jedzenie, picie i merche zaś na samym stadionie już została tylko muza. I tutaj kwestia jedzenia i picia. Bemowo wygrało pod jednym względem – piwa. Ja rozumiem, że podczas meczu nie ma piwa, że na koncercie Madonny nie ma piwa i że podczas zwiedzania przez liczne wycieczki też nie ma piwa. Ale jak przyjeżdża banda czarnuchów z całego kraju to piwo musi być! Okazało się, że owszem – Carlsberg dumnie stoi na niemal każdym kroku, ale co z tego jak bezalkoholowy. Można to jeszcze przeboleć, trudno. Ale że nie było o tym informacji nigdzie poza napisem drobnym druczkiem na namiocie i przy kasie, kiedy było widać, co pani leje do kubka z butelki. Ludzie ustawiali się w kolejce i czekali nie wiedząc, że stoją po oranżadę. I nie było nigdzie o tym informacji. Tego już wybaczyć nie można. Stare Bemowo : Nowy Stadion Narodowy 1:0. Z żarciem sprawa była prostsza, ale chyba nie przewidziano takiego naporu ludzi. I żeby na hamburgera trzeba było czekać ponad pół godziny? Na Bemowie było tego więcej i bardziej różnorodniej dlatego wynik wynosi już 2:0. Ale żeby nie było – Bemowo przegrywa pod względem samego obiektu. Na głowę nic nie pada, nie jest zimno w nocy i brak jest duchoty. To są cenne rzeczy, szczególnie że rok temu byłem już dwa razy mokry od skarpetek po majtki i nie można było się nigdzie schować. Dlatego wynik zmienia się na 2:1. Ostatnie porównanie już to oczywiście to, co w muzyce najważniejsze to nagłośnienie. Tutaj muszę przyznać była zacięta rywalizacja o to, kto ma gorsze. I mogę powiedzieć, że Narodowy wybronił się na karnych zatem wynik jest 2:2 ale nie ma się z czego cieszyć. Bemowo to pastwisko i dźwięk tam jest trudniej ułożyć. Narodowy to zamknięta przestrzeń i o to jest łatwiej ale jakość dźwięku jest trudniej utrzymać. I nie zawsze się to udawało na tym koncercie. Dlatego może teraz o istocie czyli o tym, jak się to muzycznie układało.

Pierwsza zaczęła „Chemia”. Nie słyszałem dobrze, bo akurat szliśmy Poniatówką ale i tak co nieco było słychać. Jak na rozgrzewkę to na pewno dobrze, choć więcej pożytku z tego dla zespołu niż dla fanów. Pokazanie się na takiej imprezie jest zawsze jakimś rodzajem nobilitacji więc skoro się tam dostali to znaczy, że coś chcą robić i działali w tym kierunku. Nie chcę się wymądrzać, że ich znam lub wiem dlaczego oni więc zostawię to dla tych, którzy to znają. Dla mnie, zwykłego zjadacza metalowego i to tego bardziej popularnego, jest to rodzaj promocji i oby wyszła ona z pożytkiem dla zespołu. Może kiedyś go usłyszę normalnie w klubie i wtedy pokażą, co potrafią. Przynajmniej dobrze się szło na stadion i na nim samym można było ogarnąć to, co jest dostępne czyli picie, żarcie i merche. Pisałem o tym wyżej, więc nie wspomnę już o tym. Jednak została sprawa merchy. Standard, i to wysoki, cen za gadżety został utrzymany. 100 zeta za koszulkę festiwalową to spora cena. Tym bardziej, że wzory nie powalały. Bardziej zatwardziali fani mogli kupić czapeczki z logo Sonisphere, talerze frisby z Metą albo czarne, dmuchane piłki Mety za 40 zeta. Chcący się wyróżnić mogli kupić koszulki z kogutem francuskim na klacie za … jedyną 100. Pozytywem było to, że stoisk z mechami było dużo i dostęp do nich był o niebo lepszy niż na Bemowie.

Wypiłem lemoniadę metalową (waliła kranówką ale smakowała) i ruszyłem na Kvelertaka z Norwegii. Na scenie pojawił się człowiek z sową na głowie i w zasadzie to tyle co mógłbym powiedzieć ciekawego. Metalowe granie co najmniej przeciętne i w dodatku zabite przez nagłośnienie. Jedna kakofonia dźwięków, gdzie nie było słychać perkusji ani basów. Na płycie, w dalszej części, zlewało się to wszystko w twór dźwiękopodobny w którym nawet słów nie można było rozróżnić. Pogłos był naprawdę nie do przebicia przez nasze uszy. Zebrało się nas już tam trochę ludzi ale nie wytrzymaliśmy do końca. Obchód merczy, picia i jedzenia niczego nie zmienił – nadal kolejki za „piwem” oraz za jedzeniem. Jak za PRL. Na szczęście potem przyszła zaraza … znaczy Anthrax.

Anthrax grzeje się w cieniu sławy Metallicy choć swój udział w trashowej legendzie ma i to niemały. Chyba jako jedyny gra to, co zawsze i fani to doceniają. Nie brak u nich naleciałości typowo nowojorskich, co było widać w postawie Beladonny albo wtedy, gdy założył na głowę czapkę baseballową i założył kaptur. Jako mierny fan zespołu rozpoznałem tylko „I am the law” oraz cover AC/DC w postaci „T.N.T.”. Myślałem, że może już chłopaki od nagłośnienia skalibrowali dźwięk, ale niestety nie. Tym razem podbili basy, ale dudnienie zostało podobnie jak odsłuch z mikrofonu. Szkoda, bo choć lata lecą to chłopaki (znaczy już niemal dziadki) nadal wymiatają. Płyta zaczynała się napełniać. Coraz więcej osób wchodziło, coraz dłuższa kolejka po opaski i coraz dłuższe kolejki po inne rzeczy. Głód zmusił do skuszenia się na burgera co przypłaciliśmy spóźnieniem na Alice in Chains, ale przynajmniej konkretną porcję mięsa się wciągnęło. Oczywiście można to było popchnąć piwem… gdyby było. Ale nic to, czas na grunge.

Alice in Chains poznałem dawno temu za czasów MTV gdy zobaczyłem „Roostera”. To była podaj najmocniej osadzona w metalowych klimatach kapela grungowa. Potem to się zmieniło za sprawą Soundgarden, ale początki były ewidentnie po stronie Alicji. To, co zagrali na koncercie to przegląd wojska dla fanów, którzy chcieliby usłyszeć to, z czego jest znany zespół. Nie zabrakło „Would?”, „Man in the box” i oczywiście „Roostera”. To wszystko w nowych aranżacjach (jakoś oryginalny Rooster mi bardziej podchodził) i solówkach (i tu było zacnie – fani solówek mogli się rozpłynąć). Zagrali wszystko zgodnie z planem i o czasie. Jednak i tak dało się wyczuć, że zbierające się zastępy ludzi w czarnych koszulkach przyszły tu dla kogoś innego. Szczególnie, że słyszało się wiele głosów z pytaniem „Kto to jest?” patrząc na Alice na scenie. Całość występu oczywiście okraszona nagłośnieniem, które znowu zaczęło walić w twarz. Gitarki wpadały w takie wibracje, że nie dało się tego miejscami słuchać. Alice jednak powinien zagrać w klubie, gdzie nagłośnienie jest lepsze i lepiej to słychać. Może w „Progresji”? :)

I tak, po 21, zaczęło się show, które było kulminacją wieczoru. A działo się wiele. Życzenia fanów spełniły się co do joty – znów było NEM, MoP, ES, CD, O i O (pod skrótami wiadomo co jest – jeśli ktoś nie wie, to znajdzie na necie wszystko co trzeba). Darcie ryja na całego, śpiewanie na całe gardło i szczęście, że można w takiej chwili zanurzyć się muzie. Na „One” nie było pirotechniki bo pewnie BHP stadionowe nie pozwalało, ale za to były lasery. I to nie tylko na scenie, ale jak się człowiek z płyty obrócił do tyłu to widział jak światła tworzą fajne wzory na trybunach. W zamkniętym pomieszczeniu niektóre okrzyki nabierały naprawdę dużej mocy. Wykrzyczane „Master!!!!” aż dudniło w uszach (i to nie przez nagłośnienie tylko ryk tysięcy fanów). Przed samym występem można było zagłosować na jedną z trzech piosenek – „Fuel”, „The Day That Never Comes” i „Call of Ktulu”. Eski poszły i oczywistym było, że Cthulhu wygra. Ach, co to było za wykonanie. Kto nie słyszał niech żałuje. Taka kompozycja marnuje się na zwykłym CD-ku i ma moc większą nawet niż Orion. Jak zespół skończył to James odetchnął, uśmiechnął się i przyznał, że to było coś. To miły akcent dowodzący, że jednak nie wszyscy chcą usłyszeć to, co popularne. 

 Dwa utwory zostały zapowiedziane przez oddanych fanów Metallicy – wokalisty z Alkoholicy (zespołu ze Śląska) oraz Piotra Kowieskiego – od lata fana zespołu jeżdżącego wszędzie tam, gdzie oni. A ten ostatni zapowiedział „Whiskey in the Jar” czyli polską premierę kawałka. I dobrze, że to się pojawiło, bo utwór poderwał wszystkich. Nowością było też zaprezentowanie nowego kawałka – „Lords od summer”. Dobre, trashowe wykonanie z szybkimi gitarkami i okraszone fajnymi riffami. Tylko czekać na nowy album. Na zupełny koniec wypadły na wszystkich czarne piłki Mety oraz trzy olbrzymie piłki plażowe. Oczywiście Polacy nie byliby sobą gdyby czarne piłki doczekały się podskakiwania nad głowami – momentalnie zniknęły zabrani przez ludzi. Duże przetrwały tylko dlatego, że nikt nie był na tyle pojemny by ją zabrać lub schować. Pazerność ludzka nie zna granic i wyszło teraz, że jak coś dają to brać i uciekać. A na kilku nagraniach w necie widać jak czarne piłki podskakują, ludzie się nimi przerzucają i jest zabawa. U nas, tylko duże piłki dostarczyły radości, bo czarne nie dotrwały.

Koncert udany i to bardzo. Kto nie był niech żałuje bo było zajebiście. Metallica po raz 10 pokazała, że jest zespołem, który nie bierze jeńców. Wszystko jest na swoim miejscu i rozpalony ogień od pierwszych fraz „Esctasy of Gold” aż po „Seek & Destroy” płonie ogniem nieugaszonym. I po raz kolejny trzeba brać na poważnie słowa Larsa, który mówi to zawsze, ale ostatnie lata pokazują, że jest to prawda, że „we`ll see you very fuckin soon!!!!”

„Calling, calling all that’s won
Lords of summer bring of sun
Coming, coming winter’s sure
Lords of summer have returned
Eternal falling has begun”

 

maj 252014
 

Kolejna odsłona Grin Them All w Fonobarze przyniosła jakże fajny zespół z dalekich Czech o wdzięcznej nazwie Gutalax. Jeśli ktoś siedzi w świńskiej muzie i grind nie jest mu obcy to ten zespół powinien znać. Wielokrotnie występował na Obscene Festiwal, był na Brutalu i na Fekal Party. Jednym słowem gwiazda fekalnej sceny. I to w Warszawie. Na wyciągnięcie ręki. Nie można było nie skorzystać z okazji i zobaczyć młodych Czechów w akcji.

Impreza zaczyna się wcześnie ale grać zaczynają późno. To już chyba standard fonobarowego świniobicia. Mimo istnienia godzinowej rozpiski już na początku zrobiło się pół godziny opóźnienia. Złośliwy Pomruk Odbytnicy wjechał na scenę i zaczął radosne pomrukiwania oraz grindowanie. Piosenki o wojnie miksowały się z piosenkami o miłości a nieliczna publika miała ubaw po pachy. Złośliwy to niemal stały bywalec Grindu i etatowy rozgrzewacz. Akurat na tyle by po nich napić się piwka, zakupić koszulkę Gutalaxu i czekać na kolejnych grajków.

Dead Goats i Bowel Fuck różniły się tak bardzo, że nie sposób tego było nie zauważyć. Chłopaki z Białegostoku napierdalali aż miło. Ostre gitarki, wokal na wkurwie i energia w łupaniu porwała ludzi. Co prawda nie było w tym grindu ale miło umiliło całą stawkę. Bowel Fuck to równie ostre granie ale wokal to taki demon voice przemieszany z growlem i czasami żyganiem :) Przyjechali razem z Gutalaxem z Czech i dzielnie zapewnili gładkie wejście gwiazdy wieczoru.

Akurat o kondycję Gutalaxu się nie obawiałem. Siedzieli obok, zjedli coś, napili, sprzedali parę gadżetów i ruszyli. Oczywiście przebranie w białe kostiumiki czyścicieli kibli było konieczne, gogle na ryj i akcja na całego. Dali prawie godzinny koncert, który wymiata. Charakterystyczny wokal żabno-świński jest nie do pomylenia. Reszta zespołu napina na gitarkach i na perce aż miło. Wszystko oczywiście w rytm skocznej melodii, weselnego rytmu i serpentyn papieru toaletowego latającego wszędzie. I nawet burza za oknem nie przeszkodziła niczemu. W słowach to trudno opisać jeśli ktoś nie miał do czynienia z tego typu muzyką. Obejrzyjcie wideo to będziecie mieli pojęcie. A jeśli ktoś już złapie bakcyla to koniecznie musi wybrać się na Obscene Festiwal w Trutnowie, gdzie takich freaków jest cała masa. Trwa to trzy dni i daje kopa w tyłek niesamowitego. Dobrze, że Grind Them All jest w Wawie bo imprez hardcorowych i grindowych jest jak na lekarstwo a sympatyków całe mnóstwo.

maj 182014
 

Od zmiany siedziby przez Progresję nie miałem okazji by tam być. Sploty wydarzeń od końca zeszłego roku aż do wiosny spowodowały, nie dane mi było podziwiać nowej siedziby przy Forcie Wola ani cieszyć się muzyką tak, jak bym chciał. Dlatego okazja do bycia po raz pierwszy w nowej Progresji i usłyszenia po raz kolejny dobrej kapeli nadarzyła się właśnie w kwietniu. I to nie była byle jaka okazja tylko wizytacja wikingów z Amon Amarth w Warszawie. Lepszej okazji do rozpoczęcia sezonu muzycznego w Progresji nie mogłem sobie wybrać.

Moje pierwsze wrażenie z wizyty to zadowolenie. Bo nie zmieniło się wiele – sala ze sceną, bar w sali, merche po bokach i bramka. Jednak zmieniła się jakość i rozmiar. Sala jest większa i już sobie wyobrażam, że część koncertów, które zwyczajowo odbywają się w stodole z powodzeniem może być w Progesji bo jest większa. Może mi się tak wydawać, ale na moje oko sala jest większa i scena również. W barze wreszcie na stałe czeskie piwa a merche mają swój kącik. Wejście przez bramkę jest, ale trzeba przejść przez schody, ominąć stolik i dopiero dostać się na teren bezpośrednio przed salą. Na dole jest drugi bar i zabawa nawet w czasie, gdy nikt nie gra. Fajnie urządzone, z pomysłem i mam nadzieję, że na dłużej. Prezes może być dumny ze swojego dzieła i jak zawsze ma u mnie ogromny szacunek za to, co robi i do czego doszedł. Nie znam go osobiście, ale często mijałem się w klubie, widziałem na festiwalach i koncertach. I on mnie nie zna, podobnie jak tysięcy ludzi, którzy zjawiają się w jego klubie. Ale szacunek mu się należy i basta.

A wracając do koncertu to zaczął się on dla mnie od Hypnosa. Na Polski support nie zdążyłem, a Czesi dawali nieźle czadu. Klasyczna trashowo punkowa rąbanka z czeskimi wstawkami niemal jak za czasów Krabatora. Mówił po polsku i czesku co zawsze i niezmiennie wzbudza w Polakach wesołość. I tak pobawiliśmy się do występu Szwedów. A jak tylko ich drakar przybił do Progresji to nikt nie brał jeńców.

Ponieważ to trasa promująca ich najnowszą płytkę – „Deceiver of the Gods” – to nie mogło zabraknąć kawałków właśnie z tego albumu. Zabrzmiało „Father of the Wolf” oraz tytułowy „Deceicer of the Gods”. I potem to już czysty Amon w metalowych rytmach rodem z dalekiej północy. Publika szalała i śpiewała zachęcana przez Johana, który niezmiennie na każdym koncercie powtarza, że to pieprzony death metal i nie trzeba znać słów by móc śpiewać. Hity jak „Destroyer of the Uniwerse” czy „Warriors of the North” a na zakończenie „The Pursuit of Vikings” trzęsły posadami klubu (tak jak olbrzymi młot Thora w rękach Johana). Naprawdę dobrze zagrany koncert i Szwedzi mogą być z niego zadowoleni. W moim odczuciu był on gorszy niż rok temu na Brutalu, ale wiadomo, że to inna sceneria, inna publika i inne przyjęcie. Jednak koncert był naprawdę dobrym i ciekawym przeżyciem. Oby takich więcej i oby w Progresji.