Wrz 062012
 

Ranek był zimny i wilgotny. Wizyta w kolonialu zaowocowała bułami, majką (pasztet) i dżemikiem. Akurat na rozruchowe śniadanie, które ma dać siły na początek brutalowego dnia. Potem wizyta w Dvur Kralowe po zapasy na resztę dni i szykowanie się na pierwszy koncert – Arkonę. Zakupiliśmy całą lodówę żarcia łącznie z jedenastokilowym arbuzem. Do tego piwo, kofola i kilka niezbędników życiowych w postaci pomidorów, chleba, parówek i kawy oraz mleka. Obróciliśmy sprawnie i ruszyliśmy na festiwal. Ludzi była już masa – tłok zrobił się już na drodze dochodzącej do scen a pod samymi scenami był już solidny. Arkona tego dnia dała radę i nie zawiodła. Babka w kożuchu i jej „Sława bratia!” zjednało sobie publikę. Skoczne, słowiańskie rytmy zmuszały do podrygiwania a niektórych wręcz kręciły do tańca. Piwo wchodziło jak woda, słoneczko świeciło w oczy a gwar wielonarodowych rozmów atakował z każdej strony. Nie oszukujmy się – polski dominował – choć słowo „kurwa” brzmi tak samo w większości słowiańskich języków. Po Rosjanach zostaliśmy na „General Surgery”. Chłopaki w lekarskich kitlach zachlapanych krwią uderzali w growl a nawet w lekką świńską muzę i zabawili wszystkich zebranych. „Daaaa da da, ta da da daaaaaaaaaaaaaaaaaaa!” świńska muza dla każdego.

Dłuższą chwilę po lekarzach zamieniliśmy na wizytę w Hospudce na obiedzie niedaleko Pensionu. Miejsce znalezione ostatnim razem (2 lata temu) znów ujęło nas smakiem, ceną i jakością wykonania. Znów byli z nami starzy znajomi w postaci forfitera, psa-pedała, węża, dinozaura z długą szyją i jego kompana – dinozaura na czterech łapach i krowią czaszką na ścianie. O żarciu lepiej nie będę się wypowiadać bo ślinka cieknie na samą myśl, a formę trzeba zachować. Ach ten kapuśniak… Nie, nie, nie. Nie będę o tym pisać. Wracajmy na festiwal.

Po powrocie na festiwal wieczorową porą na scenę wjechał Ministry oraz Dimmu Borgir. Ministry było słabe bo wokalista wyglądał jak potworek a śpiewał nie lepiej (i zapewne z puchy bo gość cały czas jarał szlugi i mieliśmy wrażenie że nie trafiał czasem w słowa, choć Marcin nie był tego do końca pewny). To co pokazali fajnego to mocne gitary i ciekawy rytm. Za to Dimmu to klasa sama w sobie i jak wjechali z materiałem z „Abrahadabry” to już było wiadome, kto z tej pary dziennych gwiazd jest lepszy. „Ritualist”, „Dimmu Borgir” i „Gateways” pozamiatały. Stare kawałki też dawały radę i brzmiały jak przystało na norweski black metal. Czytając na forach opinie o tych występach nie sposób pominąć klasycznych hejterów dla których Dimmu to odgrzewany burger i komercyjna bestia. Pisałem o tym już przy okazji innego koncertu Dimmu i nie chcę tego powtarzać. A jeśli ktoś uważa, że Ministry zagrało lepiej tego dnia to chyba był na innym koncercie albo się skopcił gandzią. Muzycznie jeszcze to się trzymało ale pod względem wokalu było płaskie.

Chwila przerwy na odpoczynek dla nóg wypadło na „Sick of it All”, którego przesłuchaliśmy siedząc niedaleko merczów. Hardcore w pełnym rozkwicie i pewnie dla znawców gatunku dobry (mieliśmy tego potwierdzenie). Ale… no właśnie. Znów czytałem co nieco o tym i ponownie pojawiło się dość autorytatywne stwierdzenie jakoby „Sick…” było lepsze niż Dimmu albo Amon. Osobiście mam co do tego wątpliwości, ale trzeba rozróżniać style, których porównanie ociera się bardziej o gust niż o obiektywne „podobanie się”. Taki Nile niszczy wszelki hardcore pod względem technicznego grania w zarodku, ale przecież nie można tego porównywać. Nie ma co dalej się nad tym rozwodzić ale przy czytaniu wszelkich relacji trzeba uważać bo można się naciąć. Na szczęście nasze spojrzenia są w pełni subiektywne i nie ma w nim nic z obiektywności.

Zostawmy hardcore, jeszcze do niego wrócimy. Lepiej zająć się kolejnymi dwoma zespołami, które zobaczyliśmy i wysłuchaliśmy czyli Samael i Nile. No właśnie…oba to niebo i ziemia metalowego grania. Samael to elektronika i pełnia melodyjnego grania, zaś Nile to ciężkie gitarowe riffy, wirtuozeria strunowo-gryfowa i dwa groble (w tym jeden to mega prosiak). Naprawdę miło się tego słuchało. Samael wjechał ze swoim standardowym setem z nieśmiertelnym „Slavocrasy” i „Throne of Baphomet” zaś Nile zaprezentował egipski secik o mega ciężkim brzmieniu. Mieszanka, jaka się wytworzyła, dała się przełknąć bez popitki i smakowała wybornie. Można wieszać psy na Szwajcarach, że nie grają już jak kiedyś, ale co z tego, skoro teraz brzmią dobrze? A Nile gra swoje i od czasów celebracji w warszawskiej Stodole istnienia Vadera parę lat temu, gdy ich usłyszeliśmy on live po raz pierwszy, grają tak samo dobrze, szybko i ekspresyjnie.

Na Arcturusa już nie starczyło sił. Przeszliśmy do Wilka i wróciliśmy na kwaterę do pensiona. Usiedliśmy jeszcze w ogródku by dopić piwo i chwilę pogadać. Szczególnie o naszych sąsiadach. Jednym z nich był „big gay” z napisem „New York Terror Crew”. Terror pojawiał się też na innych jego koszulkach więc już na starcie był on dla nas Hardcorem o ksywie Terror. Przebywał w domku razem z dwoma kumplami i swoją dziewczyną gdzie tworzyli małą, hardcorową gromadkę. Żartowaliśmy sobie z tego non-stop, co Terror robił lub nie robił, lub co by zrobił. Nie da się oddać tego w opisie, więc musicie uwierzyć nam na słowo, że było bardzo śmiesznie. Gdy tak siedzieliśmy śmiejąc się i pobekując, mrok rozświetliły światła samochodu i przyjechał Terror z gromadką. Przysiadł się z rumem i browarkiem i rozpoczęły się rozmowy Czecha z Polakiem. Jak się okazało, to nie Czech tylko Morawiak i niekoniecznie lubi zarówno Czechów jak i Polaków, tak po prawdzie to nikogo nie lubi. Potem poszło już po całości na historię i niesnaski, na picie piwa, wódki, podejścia do muzyki, historii koncertów i trudnych dziewczyn. Zeszło się to wszystko do 4 nad ranem i każdy już patrzył na domek i łóżko. A Hardkor-Terror częstował rumem i został jeszcze by dokończyć go w samotności.  Przy okazji stwierdził że my nie prawdziwe Polaki bo nie chcemy pić jego rumu z Biedronki. Zegarek nastawiony na 9 rano boleśnie wskazywał, że czasu do jutra/dziś zostało koszmarnie mało.

Piątek rano zaczął się pobudką i bieganiem. Marcin i Beata odbyli krótka przebieżka do ruin i z powrotem która przywróciła krążenie w żyłach. Zbych dogorywał w wyrku do 11:00. Terror już był na nogach i rześko przechadzał się przed domkiem. Byliśmy pod dużym wrażeniem ale nasz podziw topniał wraz z mijającym czasem. Animuszu Terrorowi nie starczyło na wiele, bo potem widzieliśmy jak przysypia i leży w wyrku co najmniej do 17, nie ruszając się by uderzyć na Brutala. A my sposobiliśmy się dziś na skandynawskie uderzenie w postaci Amon Amarth oraz sentymentalną podróż w przeszłość czyli Paradise Lost. Terror z całą pewnością chciał obejrzeć Suicidal Angels, Hatebreed i Municipal Waste bo to dla fanów pozycje obowiązkowe. Z pory przed-obiadowej wybraliśmy Incantation i Insomium. Pierwsi wchodzili na bardzo głęboki growl i zgrabnie stawiali ścianę dźwięku. Akurat przebyliśmy dużą część ich koncertu na oficjalnych merczach. Dopiero Finów z Insomnium poznaliśmy w pełni i dawali sobie radę bardzo dobrze. Melodyjny doom metal na taką porę nadawał się wyśmienicie. Połączenie muzyki i dźwięków było idealne. Trzeba się będzie przyjrzeć chłopakom bliżej bo naprawdę warto.

Potem obiadek i sesja z bramborakiem oraz forfiterem. Powrót na Brutalowe pola nastąpił w najbardziej odpowiedniej chwili – gdy publikę rozgrzewał Napalm Death. Liczne drobne circle pity pojawiały się jak grzyby po deszczu. Obok nas taki się kręcił aż kurz szedł wokół i suszył gardło na popiół. Twardziele szaleli aż miło i zabawa trwała w najlepsze. To był tylko przedsmak tego, co było głównym daniem dla nas czyli wiking metal w wykonaniu Amon Amarth. Norwedzy wjechali z wielkim banerem w tle przedstawiającym atakującego wojownika z młotem bitewnym. Później w połowie koncertu ukazał się w jego miejscu fragment bitwy. To już odpowiednio nastroiło wszystkich, więc jak tylko zabrzmiały pierwsze takty wiking-metalu wiadome było, że drakkary przybiły do brzegu i zacznie się rzeź. Ze sceny snuły się opowieści o gigantach i bogach Walhalli. „Destroyer of the Universe” przypłynął wśród piorunów, które zwiastowały także bis. Amon dał z siebie wszystko i w pełni zasługuje na łyk ale z rogu wikinga.

To, co do tej pory usłyszeliśmy, miała być przygrywka do gwiazdy wieczoru i zarazem całego Brutala czyli Machine Head. Możliwe, że tak jest i fani się z tym zgodzą, ale jakoś nijak to wychodzi, gdy są samodzielnym grajkiem a nie supportują chociażby Metallicę. Grają poprawnie, ale nie ma w tym magii, którą ma chociażby Meta. Dlatego ich posłuchaliśmy podczas przechadzki po terenie popijając piwko. Trochę nam zeszło na rozmowach, kiedy na scenę wszedł Converge. Na końcówkę hardkoru zdążyliśmy i dobrze bo byśmy tam pękli ze śmiechu. Nie dość, że strzeliliśmy sobie foty w raperskim stylu to jeszcze słuchaliśmy jak wokalista sepleni, miota się po scenie, i wypruwa sobie żyły osiągając ekstrema swojego głosu. Brzmiało to koszmarnie, bo nie można go było zrozumieć, ale dało to nam do myślenia odnośnie kondycji hardokoru. Najwyraźniej trzeba mieć wadę wymowy by działać w tej branży bo nie oni pierwsi wyskoczyli z „Ciech ziepablik”. W dodatku śpiewali na krzyku by zamaskować wady wymowy a i tak co drugie słowo to „fuck”. Pewnie fanów rajcuje takie pokrzykiwanie „fuck, fuck, (nie wiadomo co), fuck” ale dla reszty to fatal error. Jacyś gościowie obok nas też śmieli się z tego „fuck”, które było w każdej piosence i każdym wersie. Dzięki temu udało się doczekać do Paradise Lost.

Ja (Marcin) z Beatą czekaliśmy na nich ciekawi co pokażą. Zbych – był dzielny. Od mojego spotkania z nimi minęło grubo ponad 10 lat i miło wspominam koncert na Warszawiance w ramach Juwenaliów. Teraz legenda powróciła i … się przewróciła. Muzycznie było dobrze, ale wokal nie dał rady. Gość piszczał, nie wyciągał i zmieniał lekko melodię. Może na nowych kawałkach było to dobre, ale na reszcie wyszło tak sobie a nawet gorzej. O ile „One Second” wyszło poprawnie, to „Widow” brzmiało słabo. Jak na taki zespół to oczekiwania są większe i poprzeczka jest znacznie wyżej postawiona niż na zwykłych wymiataczy. Paradise przepadł i październikowy koncert w Warszawie zapowiada się mało ciekawie. Zrezygnowani nie doczekaliśmy końca i ruszyliśmy do domku. Tam już przy świecach i smacznym czerwonym winie czekaliśmy na powrót Terrora i jego crew. Dziś nie mieliśmy już sił na długie siedzenie więc jeszcze przed 2 w nocy zwinęliśmy się do spania. Tym razem opowiadaliśmy o naszych drugich sąsiadach, z Niemiec, którzy wcześnie wychodzili i późno wracali. Do tego przemykali się tak szybko i bezszelestnie, że ciężko było ich zauważyć. Pewnie liczyli na wyspanie się, ale u nas zawsze leciała muza i gadki mieszane ze śmiechem więc nie wiem, czy dali radę zasnąć. Leżąc w wyrkach, wyobrażaliśmy sobie jak gość podbiega pod nasze okna, w samych gaciach, zagląda do środka i solidnie sprzedaje nam setkę faków źle nam życząc. Wreszcie zapadła cisza i nawet psy poszły spać.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)