Wrz 212012
 

Pozostał ostatni dzień batalii na Brutalu. Dziś zagrają ostatnie gwiazdy i już jutro czas zbierać się do domu. Jednak to nadal jeszcze jeden dzień, który przyniósł naprawdę sporo wrażeń. Zaczęło się skromnie bo od mleka, które kupiliśmy a które okazało się kefirem. Mleko, które wcześniej kupiliśmy, zmroziła nasza lodówka na kamień. Jednakże śniadanko przy takich zasobach, jakie mieliśmy było ucztą. Co prawda arbuz zamienił się w lodową bryłę, reszta jedzonka przetrwała lodowy atak lodówki i można było dokończyć paprykowe kiełbaski, parówki z serem czy serek i dżemik. Nawet przemykający Terror coś mało się odzywał i nie był już taki ochoczy do rozmów. Niemiecka para oczywiście wcześnie z rana zwinęła się i umknęła. Wyglądali na niewyspanych ale to niemożliwe, gdyż od 2 w nocy już była cisza i można było przespać całe 7 godzin. Na nas też przyszedł czas bo na dziś zaplanowaliśmy spacer do lasu. A tam…

Grupka młodych ludzi weszła do starego lasu. Świerkowe gałęzie zwisały nad piaszczystą drogą tworząc nad nią zielony dach. Im głębiej wchodziło się w las tym stawał się on rzadszy. Nikogo nie zastanowiło, dlaczego las młodnieje im bardziej się w niego wchodzi. Naturalna, przypadkowa architektura drzew gdzieniegdzie była zastępowana przez regularne rzędy drzew. Wyraźna ingerencja ludzka w naturalny porządek natury z każdym krokiem stawała się dostrzegalna. Jednego z chłopaków to spostrzeżenie niepokoiło, ale zostało przygłuszone przez radosny nastrój pozostałej dwójki. Dziewczyna rozkoszowała się przechadzką, zielenią i powietrzem a drugi z chłopaków co i rusz opowiadał o jakimś zdarzeniu z przeszłości, czym wzbudzał ogólną wesołość. Pierwszym znakiem, że coś jest nie tak z tym miejscem były kartki papieru na drzewie.

Przybite zostały zszywaczem i zapisane w niezrozumiałym języku lub jakimś jego wycinku. Niektóre z kartek, szczególnie te w głębi lasu, miały zdjęcia ptaków, jeleni i lisów. Wiatr i deszcz podniszczyły wizerunki, ale nie na tyle, by nie dało się ich zidentyfikować. Szczególnie dużo wisiało ich na granicy między „nowym” a „starym” lasem. Trójka podróżnych zastanawiała się chwilę nad nimi, ale stwierdziła, że to musi być jakiś lokalny folklor. Ciekawostka z obcego kraju. Takich ciekawostek było znacznie więcej, ale dobra pogoda, miła atmosfera i ogólne rozprężenie zamaskowało to, co powinno być widoczne od samego początku.

A zaczęło się od samotnego rowerzysty. Pierwszy zobaczył go chłopak, który najbardziej czuł dziwność miejsca. Mężczyzna nadjeżdżał z naprzeciwka na rozklekotanym rowerze z ramą. W ręku, owinięta wokół nadgarstka, wisiała reklamówka z „Alberta”, która kołysała się w rytm pedałowania. Dziewczyna przystanęła na chwilę i spojrzała na drogę przed sobą. Wskazała palcem jadącego tak by i faceci mogli go zobaczyć. Nie trzeba było, bo oni już tam patrzyli, żartując w najlepsze. Bo to pewnie zabójca, który robi objazd po okolicy w poszukiwaniu samotnych ofiar. W miarę jak się zbliżał, widać było coraz więcej szczegółów. Obciążona czymś ciężkim reklamówka, zielony strój podobny do munduru i ciemny zarost na twarzy. Skrzypiąc i podskakując na wybojach, rowerzysta dojechał wreszcie do trójki spacerujących i wyminął ją powoli. Jego spojrzenie otaksowało przy okazji dziewczynę prześlizgując się wilgotnym wzrokiem po krągłościach jej figury. Dla facetów było to zauważalne od razu a dziewczyna przyzwyczaiła się do tego, że w męskiej części populacji wzbudza takie spojrzenia. Zadowolona ruszyła dalej. Reszta podążyła za nią.

Tymczasem facet na rowerze zjechał w las. Odstawił rower i odwinął z reklamówki starą siekierę. Następnie ruszył na przełaj przez las, sobie tylko znanymi ścieżkami, mając tylko jeden cel – grupkę młodych. Dopadł ich kilkaset metrów dalej, wśród młodych brzózek. W pełnej ciszy wyskoczył na drogę tuż przed nimi. Zardzewiałe ostrze wbiło się w czaszkę chłopaka, który resztką świadomości w lewym oku patrzył jak na brodatej twarzy zabójcy gości uśmiech. Krew bryznęła czerwoną strugą ochlapując twarz wesołka i znacząc kilkoma kropelkami śliczną twarz dziewczyny. Bezwładne i martwe ciało osunęło się na ziemię z głuchym odgłosem. Zabójca zaczął szarpać się by wyciągnąć narzędzie z głowy zabitego, przeklinając po czesku co wykorzystała pozostała dwójka by pobiec w las. Ze zduszonym krzykiem, ciężko oddychając, młodzi pędzili między drzewami. Przeskakiwali przez wykroty, mijali wcześniej widziane kartki na drzewach. Gdyby mieli czas to pewnie na niektórych z nich dostrzegliby zdjęcia ludzi. Kobiet i mężczyzn. Swoje twarze.

Wypadli na asfaltową drogę przecinającą las z północy na południe. Za nimi nie było słychać odgłosów pościgu. Nie było z nimi trzeciego towarzysza, którego parujące zwłoki zostały gdzieś na leśnej ścieżce. Pozwolili sobie na odrobinę odpoczynku. Wesołek był zlany potem. Kilka kilo więcej, które dźwiga na sobie, nie poprawiało sytuacji. Jednak nóż bezpiecznie spoczywający w plecaku skutecznie poprawiał samopoczucie chłopaka. Dziewczyna podparła się rękami na kolanach i uspokajała oddech. Przygotowanie w postaci porannego biegania przydało się choć nie sądziła, że okaże się to przydatne w takich warunkach. Las milczał a zielona ściana ukrywała wszystko to, co siedziało w głębi. Stali teraz w starym lesie, gdzie nie było już równych rzędów drzew tylko grube pnie i porastający wszystko mech. Zrobiło się zimno. Asfalt na brzegach popękał a w szczelinach uwijały się mrówki i żuki. Aby uspokoić trochę nerwy nerwowymi ruchami odszukali paczki papierosów. Chwilę później powietrze wypełnił specyficzny zapach palonego tytoniu. Wtem z północy dobiegł ich odgłos silnika. Narastał z każdą chwilą budząc las ze snu. Uciekinierzy popatrzyli na siebie niepewnie co mają robić. Czyżby to jechał samochód? Może im pomoże? Zeszli z drogi i postanowili poczekać. Z nadzieją patrzyli na najbliższy zakręt patrząc co stamtąd wyjedzie.

W polu widzenia pojawił się quad. Jadący na nim mężczyzna miał na plecach maczetę, której rączka wystawała nad lewym ramieniem. Za nim wyjechał drugi quad z człowiekiem w charakterystycznym zielonym mundurze. W ręku trzymał siekierę i stało się jasne, że nie mają pokojowych zamiarów. Chłopak i dziewczyna z jękiem ruszyli kłusem wzdłuż drogi. Pchało nimi przerażenie i chęć oddalenia się od zabójców. Jednakże quady zbliżały się nieubłaganie. Nawet najszybszy bieg nic tu nie da. Chłopak zrozumiał to pierwszy i obejrzał się. Człowiek z maczetą był już kilka metrów za nim. Tym razem jednak ostrze miał już w rękach i najwyraźniej chciał to załatwić nawet nie zwalniając. Zadziałał instynktownie i całkowicie poza własną kontrolą. Przesunął plecak przed siebie i wyciągnął z niego nóż. Po czym jednym ruchem odrzucił plecak i rzucił nożem w kierującego pierwszym pojazdem. Nóż gładko przebył krótką drogę robiąc po drodze dwa obroty i wbił się mlaśnięciem w pierś kierowcy. Pojazdem rzuciło w bok a gwałtowny skręt wyrzucił w powietrze zarówno jadącego jak i maszynę. To dało czas by skręcić do lasu i znów oddalić się od pościgu. Za nimi słychać było donośne łupnięcie gdy maszyna roztrzaskała się o drzewo i odgłos odbijającego się o asfalt kierowcy.

Dziewczyna kręciła głową ze zmęczenia. Pot wsiąkał w bandankę owiniętą wokół głowy. Mięśnie lekko drżały i domagały się odrobiny spokoju. Wreszcie odmówiły posłuszeństwa i same się wyłączyły. Jasnowłosa padła na darń i przez parę chwil nie mogła się ruszyć. Ból mięśni powoli zanikał a błogość nie pozwalała oderwać się od ziemi. Chłopak upadł na kolana obok niej. Ciężko dyszał. Rozerwana koszulka i ślady krwi upodobniły go do bezdomnego jaki wiele na ulicach. Uciekać trzeba było choć okolica wyglądała na spokojną. Po mężczyźnie z toporem nie było śladu. Rozejrzeli się wokół. Ogromna sterta naciętych gałęzi tworzyła hałdę przekraczającą trzykrotnie wzrost człowieka. Nieopodal tkwił wbity w ziemię kamienny krzyż z wybitą datą 1661. Jeszcze dalej, stojący pod drzewem jelonek, śledził uciekających czarnymi paciorkami oczu. Nie było czasu na podziwianie widoków, tylko na ucieczkę. Szczególnie, że znów, gdzieś z boku między drzewami zagrzmiał odgłos silnika.

Pobiegli przez las. Mijali drzewa, krzaki i omszałe głazy. Wpadli pomiędzy równe rzędy drzew, potem w wykopany okop przykryty ściętymi gałęziami świerków. Przerwali jakąś plastikową taśmę i wypadli na łąkę. Pachniała ziołami, których zapach unosił się w ciepłym powietrzu. W oddali widać było zabudowania i odległą wieżę kościoła. Byli prawie w domu. Prawie. Zabójca wypadł zza drzew i rzucił siekierą w chłopaka. Ta z chrzęstem wbiła się w plecy. Krwawa piana bluznęła z ust wesołka a w jego oczach pojawiło się przerażenie. Dziewczyna nie czekała na dalszy rozwój wypadków. Zebrała w sobie resztki sił i ruszyła pędem w stronę zabudowań. Nie oglądała się choć ją kusiło. Nie przystawała choć ból w mięśniach promieniował na całe ciało.

I udało się. Dopadła do zabudowań i ruszyła na kwaterę. Jak najszybciej zabrać plecak i ruszyć na policję. Wpadła na podwórze i otworzyła drzwi. Wiedziała, że plecak leży pod łóżkiem więc od razu skierowała się w stronę łóżka. Nagle w drzwiach za jej plecami pojawił się cień i w pół kroku zatrzymała ją siekiera wbita w plecy. Czerwona kałuża krwi zalała całą podłogę…….

 

A tak naprawdę, to poszwędalismy się po lasie i wróciliśmy do Pensiona by pojechać na finałowy secik koncertowy na Brutala.

Kylesa – to pierwsza kapela tego dnia, którą usłyszeliśmy. Babka na wokalu walczyła strasznie z głosem i opanowaniem melodii. Wtórował jej gość, który śpiewał wszystko zgodnie z własną manierą. Jest ona dość charakterystyczna i może się podobać, ale nie w każdej piosence. Jęczał i krzyczał i tak przez wszystkie kawałki. Męczące to było – i dla nich i dla nas. Całe szczęście, że popołudniowe sety nie są za długie bo byśmy nie wytrwali za długo. Odpoczynek się zatem należał a z racji tego, że Sodom wypadło na koniec kolejki więc do Finntrolla o 19:00 mieliśmy sjestę. Obchód merczów, wizyta w tojkach (coraz gorszych pod względem estetyki i zawartości) i wreszcie wylądowaliśmy pod sceną by posłuchać ekipy Vretha. Skocznie i prężnie zagrali stary, fiński folk metal. Zrobili co trzeba i zabawa była przednia. Okrzyki niezadowolenia polskiej części publiki w postaci „Trollhammeren kurwa!” tylko pokazały niedosyt, że zabrakło hitu. Trudno. A my już zmienialiśmy scenę by zobaczyć Amerykańców w postaci Immolation.

I zaczęło się naprawdę ostre łojenie. Nawet Beata przyznała, że to już było dla nie za ostre i mega mocne. Faktycznie, wytrzymaliśmy do „What they bring” i poszliśmy coś zjeść bo dziś nie stołowaliśmy się u Forfitera i spółki. Sprawdzony dzień wcześniej Donerek smakował jak zawsze czyli po Brutalowemu. Na szczęście nie palił dwa razy i dało się go przełknąć. Usiedliśmy sobie za trybuną polną na górze i słuchaliśmy rozmawiając o wszystkim i niczym. Immolation skończyły i zaczął Six Feet Under z prawie świńskim growlem. Pewnie pod sceną było ostro bo dźwięki jakie do nas dolatywały świadczyły o chlewni w pełnym rozkwicie. Po drodze zrobiliśmy jeszcze bramboraki i podlaliśmy je brutalowym trunkiem nr 1 czyli piwem. Żarcie się skończyło, tematy póki co też więc podeszliśmy by usłyszeć to, co terror przeżywał za każdym razem, gdy zaczynał obchód TESCO ze słuchawkami od plejaka w uszach czyli Agnostic Front.

Hardcorowa kapela z Nju Jorku dawała czadu jak na deskach bruklińskich densflorów. „Ewłybady on the dens floooo” krzyczał gość z chustką na głowie związaną na modłę Tupaca. Fani zgodnie zrobili „everybody” i wszyscy się cieszyli. Od czasu do czasu na scenę był zapraszany ktoś z innej hardcorowej kapeli by zaśpiewać. Bo przecież wszyscy muszą być razem – w końcu tworzą błodełhuud i fakują w pupę wszystkich innych. Jak przystało na szanującą się kapelę terror metal dance wokalista seplenił. „Sierkle of def” – krzyczał. – „leć fak it Ol!” – kontynuował. Cóż… pośmialiśmy się i z cierpliwością czekaliśmy na weteranów czyli „At the Gates”.

Ze sceny popłynęły „Under a serpent Sun”, „Windows” czy „The Swarm”. Na sam koniec zostawili „Kingdom Gone” by zakończyć z przytupem. Wokalista zaczynał śpiewać w bluzie z kapturem ale z każdym kolejnym kawałkiem coraz bardziej się odsłaniał by wreszcie zostać w samym t-shircie. Kawałek solidnego grania i śpiewania – od spokojnego po niezły growl. Jednak co klasyka to klasyka. Bardzo dobrze nastroiło to nas przed kolejnym zespołem, który ostatecznie przyciągnął nas na Brutal. Oto oni – Immortal.

Chłopaki grają od 1990 roku a narodzili się, jak każdy szanujący się zespół Black metalowy, w Bergen. Przeszli sporo przez te ponad dwadzieścia lat łącznie z zawieszeniem działalności zespołu oraz zmianami składu osobowego. Jednak nadal grali to, do czego nas przyzwyczaili – ściana dźwięku w oparach mgły i ogni. Jednym może się to nie podobać, ale taki pomysł na granie mieli i nie zmieniają raz obranego kursu. Morderczo jednostajne granie gitarowe czasami przechodzi w zgrabną uwerturę i skrzeczący głos Abbatha. Do tego znak rozpoznawczy Norwegów czyli czarno-biały makijaż, długie czarne czerepy i obcisłe skórzane gacie. Do tego stopy obute w mega glany z ćwiekami i mroczne skurzane kurtki. I tak mamy oto kompletny image Immortala. Ostatnio coraz mniej plują ogniem i teraz tego zabrakło. Zabrakło też pluszowego misia pandy, który czasami przytarga ktoś z publiki. Blackmetalowe serce musiało być zadowolone z tego, co można było usłyszeć. „Withstand the Fall of Time”, „Sons of Northern Darkness”, „Damned In Black” czy „Triumph” zagrały w oparach sztucznej mgły a reszta drużyny w crab-walku przemierzała scenę i teren pod sceną. Nie mogło też zabraknąć naszego ulubionego „One by one” – bez tego oni nie grają.

Ostatnim koncertem tego dnia i zarazem zakończeniem tegorocznego Brutala był wielki Moonspell, który potwierdził klasę grając jak zawsze – świetnie i rozpalając wszystkich mimo późnej pory i zmęczenia. Tak jak na metalfeście tak i tutaj zagrali wszystko to, czego się po nich należy spodziewać. Nie mogło zabraknąć kawałków z nowej płyty, ale to starocie tworzą prawdziwy klimat – „Opium”, „Alma Mater” czy „Full Moon Madness”. Piękne, naprawdę piękne. Portugalczycy to najwyższa liga metalu a frontmen to gość, który nie zapomina o nikim. Rozmawia z publiką, zapowiada i dziękuje po każdym kawałku – „You are too kind for us!” Godne zakończenie godnego festiwalu. Bez dwóch zdań.

Powrót do ogródka w kompletnych ciemnościach zajął nam kwadrans. Wyjeżdżając z Jaromerza odkręciliśmy na full świniarzy i przejeżdżając przez miasteczko żegnaliśmy się z festiwalem. Warto było tu być – w takim składzie muzycznym i osobowym. Dużo cennego doświadczenia się nabyło, dużo muzyki się wchłonęło i dużo pozytywnej energii udało się zasymilować. Takie wydarzenia, jak mało które, działają na nas mega pozytywnie i nastrajają odpowiednio. A mając jeszcze u boku wariata Zbycha i crazy Marcina to już miodzio. Beata dała radę choć widać było, że jest ciężko i czasami nieznośnie. Wydawało się, że dobrze się bawiła i jej pierwsze zetknięcie z Brutalem można zaliczyć jako udane. Skoro na pierwszą deklarację o Brutalu w przyszłym roku mówiła: „Mnie liczcie na 100%” to znaczy, że wszystko było dobrze.

Powrót do domu zajął całą niedzielę. Nie jechaliśmy katowicką tylko przemknęliśmy przez Wrocław (a w zasadzie jego obwodnicę bo Wrocław chciał zaliczyć Krzysiek Hołowczyc jako swojego aczika), wastelands Wielkopolski, Konin i potem autostrada. Zajęło to może trochę dłużej niż zwykle ale jechało się dobrym tempem i nie musieliśmy (znaczy Zibi nie musiał) walczyć zbytnio z TIRami. Wreszcie stanęliśmy w Wawie i pożegnaliśmy się. Teraz można było powiedzieć, że wyjazd się zakończył. Pozostają zdjęcia, filmy, wspomnienia, szalony leśniczy i pamięć. I trzeba przetrzymać cały rok. Ale to w sumie tylko 12 miesięcy.

Vale!
Horror story :)

Krótkie wspominki z tego dnia

Sorry, the comment form is closed at this time.