Wrz 092010
 

Słoneczny dzień, niewielki miejski ryneczek zalany słońcem i knajpka na rogu, gdzie można zjeść dobrą jajecznicę. Do lokalu zaczynają schodzić się osoby, dla których czerń to podstawa życia. Czerń smutna, owiana mgiełką tajemnicy i rozdzierającego bólu. Ich twarze zdradzające wieczorne przejścia muzyczno-alkoholowe zaś drżący głos, który szeptem prosi o kawę, świadczy o zdarciu gardła. Ranek w Bolkowie zawsze jest taki sam. A że odbywa się właśnie Castle Party to wszystko jest możliwe.
Tegoroczny CP zacząłem jak zawsze od śniadania w knajpce na rogu i szybkiej oceny tego, co działo się dnia poprzedniego. Z racji odległości od Wawy i terminu rozpoczęcia się festiwalu nie udało mi się nigdy trafić na wszystkie dni. Od czwartku do niedzieli zjeżdża tu co roku cała śmietanka gotyckiego grania wszelkiej maści. Od klasycznego gotyku po dark wave, industrial, rave, goth techno, ambient, metal czy sync pop. Dla każdego coś miłego. I do tego zwykle kilka gwiazd, dla których ściągają tu ludzie z całej Europy a nawet dalej. Poza Lipskiem, gdzie taki festiwal jest naprawdę ogromny, to nie ma niczego innego na terenach na wschód od Łaby. I dobrze, bo Bolków to dobre miejsce geograficznie, klimatycznie i społecznie. Gdyby tak nie było to nikt by tutaj nie przyjeżdżał już od prawie dwudziestu latek.


Po 8 godzinach w pociągu i 2 w PKS-ie udało dostać się do Bolkowa i rzeczonej knajpy z jajecznicą. Potem kwatera, krótkie odświeżenie się i spotkanie z towarzystwem, które bawiło tu od wczoraj czyli od piątku. Pogoda była ładna, słoneczko przygrzewało i z każdą minutą robiło się upalniej. Czarni jeszcze nieśmiało wypełzali ze swoich nor – ich słońce też raziło i wielu wolało poczekać na zmrok. Przysiedliśmy w cieniu, przy knajpie, gdzie dawali najlepsze skrzydełka w mieście. A jak! Potem zakup biletów (z tym nigdy nie było problemów) i pierwsze ruszenie na teren samego CP. Odbywa się on bowiem na dziedzińcu zamku w Bolkowie, pośród ruin, zmurszałych blanków i kamiennych bram. Lepszej oprawy nie można było oczekiwać.
Miasteczko cały rok szykuje się na przyjęcie gości. Działają bary, kluby, kwater jest bez liku i z transportem jako takim też nie ma problemu. Jedynym kłopotem dla kogoś z Warszawy jest dojazd. Jednak jest warto tu być, spróbować atmosfery, posmakować muzyki i nacieszyć oko ludźmi, którzy tu zjeżdżają. Bowiem na te kilka dni ci, którzy na codzień siedzą w bankach czy urzędach, zakładają czarne trykoty albo gorsety, malują twarz lub spiłowują zęby. Tutaj dopiero pokazują swoją prawdziwe oblicze i to, co w nich siedzi. Przeważnie jest to fajne, ale są przypadki, gdzie ewidentnie zabrało lustra oraz sporej dawki samokrytyki. Na szczęście takie widoki należą już do rzadkości i można bez wstrętu nacieszyć oko niesamowitymi kreacjami.


Castle Party to przede wszystkim muzyka. Nie może jej zabraknąć na festiwalu – a na CP jest czego słuchać. Obecne wydanie z tego roku nie ma może wielkich gwiazd (pamiętny występ XIII Stoleti i Garden of Delight) ale nie ma co narzekać. W piątek, kiedy mnie nie było, grał „Żywiołak” (widziałem już ich dwa razy na żywo i są niesamowici) a w niedzielę (kiedy wracałem do domu) „Behemoth” i „Clan of Xymox”. W sobotę zaś gwiazdą był „And One” – zespół grający muzykę elektroniczną inspirowaną Depeche Mode. W międzyczasie zagrali „Alec Empire”, „The Eden House” i „Kirlian Camera”. Miło było posłuchać czegoś innego niż tylko ryku metalowej bestii. Dla niektórych nawet to, co było w Bolkowie było za głośne, ale jakoś wytrzymali. Na Behemocie nie byłem, ale moi szpiedzy donieśli, że wymietli wszystko co żyło. Zatem bestia dobrze się poczuła w tym przybytku zgnilizny i rozruszała stare, zleżałe śmieci. „And One” zaś grali tak, jak trzeba. Fajerwerków nie było, ale solidna dawka elektroniki i melodyjnego śpiewu. Pod wieczór robiło się zimno, choć nie tak, jak w zeszłym roku. To zimno nie przeszkadzało w niczym i było nawet pomocne, by nie zasnąć. Po całej zeszłej nocy w pociągu organizm domagał się swojej dawki snu. Czasami więc oczy same się zamykały, ale zaraz uszy nie pozwoliły na odpłynięcie i chłonęły dźwięki płynące ze sceny.
Niewątpliwe CP to spore wydarzenie kulturalne. I nie chodzi tu tylko o muzykę ale o całokształt tego, co się tam dzieje. Kultura gotycka to coś tak nietuzinkowego, że chyba jej pełne zrozumienie może nastąpić tylko w Bolkowie. Sposób zachowania, ubiór, ekshibicjonizm w bardzo kulturalnej formie – to wszystko znajdzie się właśnie na CP. Inna jest też forma i sposób zachowania ludzi – o ile porówna się to z czysto metalową imprezą. Może sprawia to większa liczba przedstawicielek płci pięknej, które zdecydowanie łagodzą obyczaje. Nie ma chlania na umór, a przynajmniej mniej jest widocznych tak napranych ludzi. Ubrania przeważnie są lepsze i bardziej wyszukane. Nie wiem, czy jest łagodniej, ale chyba tak. Jednak obecność kobiet w takim stężeniu działa zdecydowanie na plus. To jest zupełnie inna atmosfera i warto ją poczuć by zobaczyć różnicę.
Co będzie za rok? Już widzę na stronie, że odwiedzi nas „Suicide Commando” i „Diorama” – klasyki muzyki elektro. W ciągu roku lista będzie uzupełniana i lipiec przyszłego roku będzie gorący… Polecam każdemu.


 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)