Sie 132012
 

Tegoroczna edycja obyła się bez specjalnych problemów związanych z pogodą czy organizacją. Na szczęście nie powtórzyło się zeszłoroczne odwoływanie koncertów czy innych dziwnych jazd związanych z biletami. Udało się przeprowadzić wszystko co trzeba i z powodzeniem zaliczyć do udanych kolejną odsłonę gotyckiej imprezy. Choć pogoda nie rozpieszczała, to zebrały się tłumy chcące zobaczyć gwiazdy, które ściągnęły do Bolkowa.

To, co mnie przyciągnęło, to oczywiście Combichrist oraz Hocico. Ciekaw byłem Deathcamp Project i At the Lake oraz nieodżałowanego Artuada w nowej odsłonie w postaci Merciful Nuns. Zespoły i muzyka to jedno, ale dodatkowym magnesem, jak zawsze z resztą, była magia miejsca oraz klimat uwięziony w uliczkach Bolkowa. Dla tego wszystkiego gotów byłem jechać pociągiem prawie osiem godzin, potem tłuc się jeszcze PKS-em kolejne 2 godziny by wreszcie ze szklanymi oczami stanąć na przystanku i zobaczyć wieżę bolkowskiego ratusza. Czy było warto? Zawsze…

Nocleg u pani Janiny to już niemal castlowa tradycja. Szybkie przebranie się, umycie oraz zjedzenie kilku pomidorów otworzyło drogę do zamku. Na rynku zebrały się już tłumy, które po piątkowych koncertach oraz imprezach w klubach, niemrawo przechadzały się pomiędzy ławkami. Część z nich zasiadła wokół fontanny a jeszcze inni uderzyli do Rekina by zacząć sobotę od czegoś mokrego i z procentami. Nabycie biletów nie sprawiło problemu. Oczywiście zakup karnetu na trzy dni znów był bardziej opłacalny niż pojedyncze bilety na sobotę i niedzielę. Choć to nadal wydatek rzędu 250 zeta to chyba warto wspomóc organizatorów. Niestety plastikowa opaska z napisem to nadal tylko plastik. Po festiwalu nadaje się co najwyżej na półkę, bo nosić tego nie można. Gdyby zrobić takie opaski z materiału, jak na innych, większych koncertach, to byłaby to naprawdę fajna pamiątka. Skoro płaci się tyle kasy to może dałoby się coś takiego wprowadzić. Kiedyś.

Sobota zapowiadała się dobrze i do 18 tak było. Potem lunęło i w zasadzie do 1 w nocy nie dało się chodzić bez peleryny lub parasola. Snuliśmy się wzdłuż murów i po placu koncertowym patrząc, słuchając i rozmawiając o pierdołach. Na scenie szalał The Cuts, Bloody Dead and Sexy a potem Pink Turns Blue. Podobno dobrze zagrali, choć osobiście słyszałem tylko troszkę. Zamiast tego i stania na deszczu wybraliśmy udanie się do byłego kościoła ewangelickiego na występ akustyczny Ordo Rosarium Equilibrio. Grali na dużej scenie w piątek, więc teraz można było odbić naszą nieobecność. W kościele byłem po raz pierwszy mimo, że na poprzednich Castlach wiele się tu działo. W środku czuć było wilgoć przemieszaną z kosmetykami. Pośród tego rozstawiło się ORE ale już na starcie mieli prawie godzinę opóźnienia. Niebezpiecznie graniczyło to z udaniem się na Hocico, ale postanowiliśmy wytrwać. W tak zwanym międzyczasie ogłoszono, że występ ORE będzie wzbogacony o live performance. Zawieszono solidne, stalowe koło na belce i zostawiono wszystkich w niepewności. Obawiałem się, że będzie pokaz ludzi, którzy przebijają sobie skórę hakami i wieszają się. Na szczęście odbyło się coś dużo bardziej przyjemniejszego.

Zagrało Ordo a na boczną scenkę pomiędzy stołami wyszła dziewczyna w płaszczu i niepozorny gość. Przy dźwiękach muzyki chłopak zarzucił na stalową obręcz linę i patrzył się jak laska zdejmuje płaszcz. Pod spodem miała tylko majtki oraz taśmę zaklejającą sutki. Nie muszę chyba mówić, że wzbudziło to aplauz ze strony męskiej części publiczności. Jednak sama laska to nie wszystko. Po chwili gość zaczął ją sprawnie oplątywać linkami i robił to przez następne pół godziny wyczyniając z nią (linką i dziewczyną) niesamowite rzeczy. Bez dotykania podłogi przez laskę, zdołał on obrócić ją w powietrzu o 360 stopni, okręcać w każdą stronę, zamiatać włosami podłogę i układać ją w wyszukanych pozach tylko za pomocą linek. I to wszystko w powietrzu. Naprawdę niesamowita sprawa. Jego ręce śmigały ściągając powróz, zakładając węzły i tworząc obejmy i zaciski. Uciekła gdzieś muza Ordo, ale przynajmniej komponowała się na tyle, że nie przeszkadzała ani nie dominowała. I oczywiście tak wszystko się poopóźniało, że Hocico zaczęło na zamku, gdy w deszczu zmierzaliśmy w tamtą stronę.

Chłopaków z Meksyku słyszałem parę razy przy okazji przeglądania sieci i zrobili na mnie dobre wrażenie. Na żywo są równie dobrzy i ekspresyjni aż nawet na parę chwil przestało padać. Ściana dźwięku, jaką postawili robiła wrażenie. Z tego, co rozpoznałem to było „Bite Me!” i na bis „Forgotten Tears”. Reszty aż tak bardzo nie znam, ale kapela umocniła moje dobre zdanie o nich. Ciekawe czy kiedyś przyjadą z osobnymi koncertami do nas. Mi bardzo przypominają Combichrist, choć mają trochę inną ekspresję. Po nich zagrało Alien Sex Fiend ale nie miałem ochoty patrzeć na staruszka, który chce by mu ubyło lat. Ja rozumiem, że to gwiazda i w ogóle, ale spóźniania mam dość od czasu Gunsów a ujaranych ludzi na scenie jakoś nie przyswajam. Pewnie Nick zaśpiewał jak zawsze, bo ludziska byli zachwyceni, ale dałem pas. I tak było późno a po ostatniej nocce w pociągu chciałem się wyciągnąć i zasnąć. Co też uczyniłem, gdyż już było grubo po północy.

Niedziela zaczęła się słonecznie, co skutecznie przespałem. Gdy już ogarnąłem się to zaczęło padać. Co pech to pech. I tak miałem iść dopiero na Deathcampa więc trochę czasu jeszcze miałem. Deszcz przestał padać i można było przejść się uliczkami miasteczka i popatrzeć czy coś się nie zmieniło. Na szczęście wszystko było na swoim miejscu. Tutaj czas przestał płynąć i chyba tylko Castle Party napędza okolicę dostarczając coraz to nowych doznań. Coś trzeba było zjeść a potem na zamek. Tam już oczekiwanie przy piwie na Deathcamp nie było już takie upierdliwe. O dziwo nie słyszałem ich jeszcze na żywo, choć w Bolkowie grają regularnie i od dawien dawna. Żałuję, bo muza była przednia. Solidna dawka instrumentalizmu w najczystszej formie. Człowiek mógł stać i słuchać do woli.

Coś mi się obiło o uszy, że na wcześniejszym koncercie Devilish Impression poszły jakieś kurwy w stronę tych, którzy wychodzili podczas ich kawałków. Nie wiem, nie byłem, ale jakoś trudno mi uwierzyć by było to zamierzone. To, że typowo metalowy zespół przyszedł i zaczął napierdalać („napierdalać!” jako okrzyk podczas koncertów stał się już polską wizytówką) nie oznacza, że jest przeciwko gotykowi czy innym łagodniejszym formom metalu. Jeśli faktycznie tak było, to chłopaków trzeba olać i mieć nadzieję, że się ogarną. Nie ma co wydziwiać i dawać się podpuszczać tym, którzy widzą wszędzie atak na kulturę gothów i są gotowi do świętej wojny ze wszystkimi wrogami.

Potem przyszedł czas na Merciful Nuns. Ich byłem ciekaw, bo osobiście bardzo lubię nieistniejący już Garden of Delight (który dawał na Castlu jeden ze swoich ostatnich koncertów). Nowa kapela Artauda brzmi dobrze, wygląda też niczego sobie, tylko… No właśnie. To wszystko jest jak w GoD. Po co zmieniać coś, co potem wygląda i brzmi tak samo? Ja wiem, że wokal i charyzma jest nie do podrobienia i jeśli ktoś zaczyna robić coś nowego to będzie tam zawsze jego część. Nie rozumiem, więc dlaczego GoD nie istnieje a są Zakonnice. To nie jest zarzut tylko głośne przemyślenia, które mnie naszły po udanym koncercie Merciful. Pewnie skoro nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę. Niech i tak będzie. Jeśli muzyka nie będzie na tym tracić (a nie straciła) to jest w porządku.

Kolejnym występującym był Blutengel. Widziałem ich na youtube, słyszałem kilka kawałków i miałem w głowie wizję dance gothu podawanego z iście niemiecką precyzją. I nie zawiodłem się. Proste rytmy, ciekawe aranżacje z półnagimi panienkami oraz marszowe, niemieckie rytmy. Brzmiało to fajnie i mile rozgrzewało, bo noc zapadała zimna, choć bezdeszczowa.

I na koniec wyszli chłopaki z Combichrista. Jak zawsze energia, „What the fuck is wrong!” oraz “Blut Royale”. Muszę przyznać, że ich występ teraz był gorszy niż sprzed niespełna dwóch lat w Progresji. Tam zagrali na pełnej kurwie, w innym lekko zestawie i naprawdę napieprzali się resztkami perkusji po całej scenie. Tutaj było to za bardzo sztuczne i udawane. Nie przeszkadzało to jednak w tym, że dawali nieźle czadu i rytmiczne kawałki wgniatały w ziemię (rozmiękłą po deszczach, ale jednak ziemię). Na nich warto chodzić, bo ładują człowieka mega pozytywną energią na wiele tygodni.

Tradycyjnie po klubach się nie szlajam, nie uczęszczam na afterki i nie szukam rozrób. Wiem, że niektórzy przyjeżdżają tylko dla klubów i dobrze, że mają ku temu możliwość. Nie lubię jednak uogólniania, które wbija w myślenie o CP jako miejscu, gdzie do klubów się CHODZI. Cóż, jeśli tak, to jestem jakiś dziwny. Wolę już obalić piwko na ławce ze znajomymi i pogadać o tym, co się usłyszało. Jakoś pląsy po całym dniu stania pod sceną średnio mi się uśmiechają. Jednak doceniam tych, którzy zażywają takiej rozrywki i czasami zazdroszczę sił :)

Castle Party w tym roku był poprawny, choć bez specjalnego zadęcia. Niektórzy jarają się wspaniałym składem, ale dla mnie nie był jakiś rewelacyjny. Atmosfera została, klimacik był i nawet pogoda wpisywała się w nieprzewidywalność aury. Dziewczyn i facetów przebranych zgodnie z pomysłem i charakterem nie brakowało. Stoisko z zegarkami cieszyło się powodzeniem a koszulki tegoroczne wreszcie są naprawdę fajne. Pozostaje czekać cały rok na kolejną edycję festiwalu i liczyć po cichutku na obecność XIII Stoleti.

 

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)