Gru 012012
 

Jesień tego roku rozwija się w pełni – nie tylko kalendarzowo, ale również muzycznie. I nic dziwnego, że w taki czas wstają z mroku i cmentarzy istoty, które mroczną muzykę mają wygrawerowaną krwawymi zgłoskami w sercu. Dzięki Progresji znów można było usłyszeć piszczącego Daniego, zobaczyć powstałego z grobu Gaahla i potupać przy skocznych Grekach. A to wszystko na trasie Cradle of Filth zwanej uroczo „Creatures from the Abyss” promującej ich najnowsze dziecko z kołyski, czyli „Manticore and other Horrors”.

Zapowiadał się długi wieczór w klubie. Zestaw jak na taką trasę był super złożony i dość poukładany, bo można było posłuchać prawdziwego black metalu i tego, co niektórzy wiedzą, tego farbowanego. Sporo ludzi przyszło właśnie nie dla Daniego i jego kapeli ale Gaahla czy na Rottingów – to tylko świadczy o jakości suportu i całej trasy.

Zaczął Darkend. Powiało szatanem i kadzidłem – na scenie zapalono świeczki, przyniesiono plastikowe czaszki i kielich. Sam wokalista ubrany na czarno zapalił kadzidło i kadzielnicą odymił wszystkie strony sceny. Prawdziwe przebieranki black metalowe przeżywały właśnie swoje najlepsze chwile. Po którymś z kawałków gość założył rękawice z przyczepionymi gałęziami, co miało udawać demonie possession. Udało się bo fotografowie rzucili się do przodu jak harty i cykali aż miło. Muzycznie Darkend to takie wczesne Kredki, gdzie dużo bluźnierczych tekstów, patos w słowie i pietyzm w muzie. Surowe, blackowe brzmienie mają trochę stępione, bo jednak muszą być choć troszkę medialni i się sprzedać. Może dlatego dobrze się ich słuchało.

Po nich weszli Grecy czyli Sakis z całą ekipą Rotting Christ. Dźwięki greckiego blacka popłynęły z głośników i zrobiło się całkiem miło. Oni nie potrzebują malowania się czy specjalnej oprawy – ważne by było słychać gitarki oraz śmiesznie brzmiący po angielsku głos Sakisa. I choć nie było „In domine…” to zaczęli świetnym „Sign of Evil Existance” a potem nie zabrakło „Enuma Elish”, „The Sign Of Prime Creation”, “Noctis Era” i „Phobos Synagogue”. Jak zawsze mają super brzmienie i choć black powinien być tru i mroczny o w ogóle to Grecy mile ubarwiają tą czerń własną domieszką szarości. A że dla Polaków lubią grać to było słychać w podziękowaniach – także po polsku.

Jako trzeci w kolejności wystąpił God Seed. Miałem z tym lekkie zamieszanie, bo myślałem, że Rottingi zagrają przed samymi Kredkami a nie miało być Darkneda, a tu nie dość, że jest ktoś dodatkowy to jeszcze Sakis nie jest głównym suportem. Nie sądziłem, że Gaahl i jego nowa kapela tak wysoko jest w rankingach, ale najwyraźniej ktoś stara się wrzucić starego króla na tron. Nowego Gorgorotha słyszałem dwa latka temu na Brutalu i nie powalił. To już nie jest tru iwil tylko jeden zespół z całego tła blackowego planktonu. Najwyraźniej zabrakło charyzmy wodza, który opuścił chłopaków i zaczął grać z nowym zespołem. Już nie było krwawych baranich głów, ogni i nagich lasek skąpanych we krwi. God Seed też nie ma tego, co było znakiem ponurych Norwegów, ale ma Gaahla. Był od początku do końca mroczny – mówił szeptem i nie było słychać zapowiedzi, wyławiał osobę z tłumu i wskazywał metalowymi rogami utworzonymi z palców. Znikał czasami za kotarą i pojawiał się – jak duch albo sam szatan. Ostatecznie zniknął na koniec i już się nie pojawił. Moc i mrok zostało a muzycznie było niemal jak za Gorgoroth – technicznie perfekcyjnie postawiona ściana dźwięku. W morzu dźwięków dało się wychwycić (ja nie tylko z czytania wiem) teksty z płytek „Twilight of the Idols” oraz „Ad Majorem Sathanas Gloriam”. Za cienki jestem by znać wszystko, ale muzyka wchodziła do uszu i całkiem miło się jej słuchało, więc nie było tak źle.

I na koniec Cradle of Filth. Ostatni raz widziałem ich w Stodole (razem z Moonspellem). Wtedy mieli szatańską oprawę i potwora wielkości małego buldożera. Teraz za potwora robił Dani choć z jego wzrostem przypominał raczej jamnika. Mimo to zagrali i zaśpiewali tak jak trzeba. Publika skakała, śpiewała i bawiła się na całego. Co jakiś czas słychać było śmiechy jak Dani zapowiadał kolejne numery z charakterystyczną dla niego wymową i blackowym zacięciem. W telegraficznym skrócie oto co zagrali: „Tragic Kingdom”, “Cthulhu Dawn” (yumm, yumm), “Funeral in Carpathia” (bardzo miły staroć), “Summer Dying Fast”, “Lilith Immaculate”, “Nymphetamine Fix”, “For Your Vulgar Delectation”, “Born in a Burial Gown”, “The Forest Whispers My Name”, “The Abhorrent”, “Cruelty Brought Thee Orchids”, “Her Ghost in the Fog” (o szaleństwie publiki w tym miejscu nie muszę chyba pisać) oraz „From the Cradle to Enslave”. Kto tam krzyczał, że chciałby „Temptation” ale na to nie było szans – chłopaki nie grają coverów na koncertach choć ten akurat jest bardzo fajny. Tak samo jak nie zagrali mojego ulubionego instrumentalnego kawałka „Carmilla’s Masque” (z tej płyty był „Funeral…” więc jakoś ujdzie). Dani piszczał i pławił się w dymie jak nigdy. Czasami wchodził na takie rejestry, że ciężko było go zrozumieć, ale przynajmniej melodycznie dało radę. Nagłośnienie wysiadało, ale jakoś dowieźli wszystko do końca.

To był dobry koncert z dobrymi kapelami. Już dawno nie było w Wawie takiej dawki black metalu w najlepszym wykonaniu. I choć niektórzy uważają, że Kredki to już dawno nie metal a już na pewno nie black to i tak mają swoje miejsce gdzieś w jego pobliżu.

I tak na zakończenie – od razu było widać, kto jest gwiazdą w tym zestawieniu. Stoisko merchów Kredek było osobno zrobione a ceny „gwiazdorskie”. Za hooda 240 zeta to już chyba tylko tru fana jest na to stać. Zadowoliłem się jedynie czapeczką „Rottingów” za jedyne 40 zeta, bo zima idzie. A napis łudząco przypomina „Merry Christmas” więc pasuje i nie muszę tłumaczyć dla nikogo, co mam napisane na czapce. A że czarna i w srogiej czcionce to trudno.

 

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)