Lip 142012
 

Gdy w błogim liceum podłączono mi kablówkę to po raz pierwszy mogłem poznać smak zachodu. W szczególności muzyczny smak bowiem królowała oczywiście MTV. I nie taki chłam jak jest teraz tylko prawdziwa muzyka, relacje z koncertów, Beavies i Butthead, Headbangin balls, MTV News z Paulem Kingiem i klipy zespołów, które znają się na muzyce. Wtedy też, pojawił się „Epic”, który zmiótł mnie z ulicy i rzucił do rynsztoka. Nie dość, że fajny kawałek to jeszcze z obłędnym teledyskiem, który puszczała MTV notorycznie. Wtedy nie było mocnego na Metallicę, Guns n Roses i właśnie na Faith No More. Wtedy też tęsknie patrzyłem na to wszystko i żałowałem, że nie zobaczę już wielkich gwiazd na żywo. Bo jak tylko będzie można to już dawno przestaną być gwiazdami. Los okazał się łaskawy i wszystko co było dobre w latach 80 i 90 nadal jest dobre. Kapele grają, wokale nadal urzekają a gitarki szaleją na scenie. Zobaczenie Pattona z Faithami od zawsze było moim numero uno i wreszcie się udało. Wreszcie. W Poznaniu.

To był bardzo ciepły dzień lipca. Jazda pociągiem nie była specjalnie uciążliwa bo PKP jeszcze była jedną nogą przy Euro i utrzymywała wysokie standardy podróży. Była klima, darmowe ciasteczko i informacja o trasie i opóźnieniach. W samym Poznaniu było już gorąco. Jakoś udało dostać się w okolice Malty i spotkać z resztą towarzystwa w postaci Zbyszka i Ani. Sztuczne jeziorko i kilka budynków wokół tworzyło dość urokliwe miejsce i dawało ciekawą scenerię do koncertu. Inna sprawa, że kawałek był do przejścia by pod scenę się dostać, ale nie padało i spacer był przyjemnością. Jedynym mankamentem było przemykanie pomiędzy rowerzystami, których hordy wyszły by akurat teraz pojeździć i pośmigać wokół jeziorka.

Po wypiciu rozruchowego piwka, posiedzeniu na trawce i pogadaniu o walorach Poznania ruszyliśmy pod scenę. Udało się dostać po przejściu kilku bramek, przeciśnięciu przy wąskim wejściu i zakotwiczeniu w odpowiednim sektorze. Miejsc
na płycie było sporo. Podzielona została na dwa sektory oddzielone barierką i konstrukcją dla dźwiękowców. To powodowało, że na samym środku przed sceną był olbrzymi namiot, który zasłaniał dokładnie wszystko co trzeba. Jedynie z boków można było zerkać co się dzieje na scenie. Na szczęście był telebim oraz dobre nagłośnienie, niemniej niesmak został. Zamiast skrócić sektor 1, w którym nie było wiele ludzi, to postawiono namiot i zasłonięto dla sektora 2 cały widok na scenę. Trudno – widocznie wliczone to było w cenę. Z tym podziałem związana była jeszcze wpadka organizatorów. Nikt za cholerę nie wiedział, jak dojść do sektora 1. Wszyscy pchali się tam, gdzie był największy tłok w sektorze 2 czyli na brzegach (bo przecież trzeba coś przez ten namiot widzieć) a wejście było na środku. Nie było oznaczenia a stojący tam sprawdzacze nie wyróżniali się specjalnie. Dlatego ciągłe przepychanki, krzyki i pytania o przejście na sektor 1 powodowały u niektórych oznaki agresji. Zamiast dobrze oznaczonego wejścia zostawiono to na żywioł i wyszło jak wyszło. Na szczęście FnM zaczęli grać i wszystko przestało się liczyć. Zaczął się koncert.

Cała reszta czyli to, na co miał wpływ zespół, było bardzo dobre. Z nutką szaleństwa i lekką włoską manierą Italo disco zaczął się spektakl. Usłyszałem wszystko to, co chciałem usłyszeć, czyli „Midlife Crysis”, „Epic” czy „Evidence”. Tutaj mały polski akcencik, gdyż refren i zwrotka były śpiewane po polskawemu. Piszę tak, bo na początku trudno było zrozumieć po jakiemu Mike śpiewa, ale z każdą kolejną frazą wychodziło, że to po naszemu. Akcent i słowotwórstwo było zabójcze i śmieszne, ale tak to pasowało do rytmiki piosenki. Spróbował i chwała mu za to – przynajmniej dostał brawa za to. Było mocno, czasami nostalgicznie a czasami wręcz metalowo. To jest właśnie to, do czego przyzwyczaił FnM od czasu „Angel Dust” i „King for a Day”.

Nie mogło zabraknąć „Easy”, „Digging the Grave”, „From out of Nowhere”  czy „Ashes to ashes”. Nie jestem jakimś szczególnym znawcą zespołu czy konkretnych kawałków, ale byłem usatysfakcjonowany. Mało było rzeczy, których nie znałem w ogóle i nie słyszałem. Przynajmniej kojarzyłem ze słyszenia. Ktoś koło nas próbował pogować, ale był w tym osamotniony. Rzucał się na innych, wierzgał kopytami i atakował łokciami. Jak twierdził przyszedł się dobrze bawić na koncercie, tylko że inni tej radości nie podzielali. A to nie pierwszy

raz było jak słyszałem od ludzi (lub przeczytałem), że na koncercie na płycie to się człowiek albo dobrze bawi, albo niech spada na krzesełka dla emerytów. Pojęcie dobrej zabawy jest tak szerokie, że takie uogólnienie jest krzywdzące i mi osobiście przeszkadza takie podejście. Jeśli jeden osobnik chce walki to niech znajdzie sobie podobnych – przecież nie mogło zabraknąć fanów takiej zabawy. Dla wszystkich wokół nie była to fajna zabawa i słusznie, że osobnik został spacyfikowany. Na szczęście był to epizod i przeminął wraz z kolejną piosenką.

Jednak Patton to nie tylko wokal ale również frontman zespołu. Bawił się ze wszystkimi, zachęcał do śpiewania a na koniec zamienił widownię na chór i dyrygował okrzykami jak dyrygent. Do tego w białej panamie, białej koszuli i z laseczką uśmiechał się i cieszył z tego, że tyle ludzi przyszło i chciało ich usłyszeć. Jak widziałem wokół to koncert był oglądany nie tylko z części biletowej ale i wokół całego jeziorka. Plener był odpowiedni, kocyk na trawie i można sobie kontemplować. Nagłośnienie było dobre i poza kilkoma sprzęgami to nie było żadnej wpadki. Na telebimach było widać wszystko dobrze i jak na główne źródło patrzenia dało radę. Szkoda tylko, że tak mało fortunnie wypadła ta reżyserka, ale mówi się trudno.

Na bis był „Epic” i to wystarczało. Potem włączono puszkę i ludzie się zaczęli zbierać. Staliśmy już w połowie podjazdu przy wyjściu z Malty, gdy wysiłki wiernych fanów zostały nagrodzone i FnM wyszedł jeszcze raz na scenę. Odprowadzani przez wokal Mike wychodziliśmy z Malty. Gdzieś w okolicach pubu niedaleko kolejki górskiej wszystko się zakończyło i zabrzmiała cisza. Po wodzie musiało się nieść, ale w końcu taki koncert nie odbywa się co tydzień tylko raz na parę lat. Ludzie wysypali się i ruszyli do domów, kwater i noclegowni. Warto było się pojawić i usłyszeć legendę. Chłopaki (a mają już ponad czterdziestkę na karku) dali radę i jeśli jeszcze kiedyś będą grać w Polsce, to warto ich po raz kolejny zobaczyć.

 

 

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)