Lip 282013
 

Maj się nie skończył a tu jeszcze taka niespodzianka na jego zakończenie. Dość miła, bo przecież wizytacja samego Króla w naszym kraiku nad Wisłą to nie byle co. Ostatni koncert w Warszawie jaki pamiętam to Stodoła kilka lat temu. Była masa ludzi a sam King dał nieprzeciętne widowisko. Tym razem zapewniono mu dużo większą halę i większą publikę. Jak się odpłacił Warszawiakom? Posłuchajcie.

To była środa. Tuż przed Bożym Ciałem. Grzało niemiłosiernie i panowała duchota taka, że koszulka lepiła się do pleców jak mokra szmata. Warszawskie Koło jeszcze nie było przeze mnie odwiedzane. Raz byłem w okolicy jak próbowałem dostać się na Sabatona, ale nic z tego nie wyszło. Teraz już mając bilet i ochotę na niezły show nastawiłem się na dobrą zabawę. Jej zapowiedź była już widoczna od momentu, jak zaczęliśmy podjeżdżać pod halę – masa czarnej tłuszczy oraz kolejka jak za mięsem w latach osiemdziesiątych. Dobrze to zapowiadało i było dość zaskakujące, że gwiazda mająca za sobą lata świetności, jeszcze potrafi zebrać taką publikę. Nie brakowało starych wyjadaczy koncertowych i młodziaków. W obu przypadkach dżinsowe katanki z naszywkami starej, metalowej wiary, prężyły się dumnie na słońcu.

Hala Koło wielkościowo pokonywała zarówno Progresję jak i Stodołę. Podczas samego koncertu trochę słabo było z wentylacją, ale nic dziwnego skoro dowaliło tyle ludzi. A przyszło ich naprawdę sporo. Dużo znajomków, dużo osób, które widzi się co jakiś czas na takich imprezach. I oczywiście sporo freaków, którzy działali tak, jak trzeba, czyli nieprzewidywalnie. Z racji gorąca henki prezentowały klaty, opasłe brzuchy wystające zza kurtek i zgrabne, białe adidaski założone na białe skarpetki.

Po małej liczbie ludzi na przedskoczkach było wiadomo, że większość przyjedzie lub przyjdzie dopiero na Kinga. Alastora i Hellecriticity można było posłuchać i popatrzeć choć może bez przesady. Jak dla mnie to dobrze brzmieli dźwiękowo, ale wokale mieli dobrane słabo. Gitarki i pompka na perce dały radę, ale wokal wszystko psuł. Na szczęście można było wyjść, popić cienkiego piwka, zapalić i znaleźć tojki (hala bez kibli to już żenada). Z piwem na salę nie wpuszczali więc trzeba było wszystko załatwić w ogródku. Tłok był tam straszny. Kiedy postraszyło chmurami i grzmotami to wszyscy pochowali się do środka, ale o piwie można było zapomnieć. Ciekawe, że organizator nie przewidział tego. Ale oprawę King miał godną prawdziwego króla.

Polszczyznę zostawmy i przejdźmy do meritum. Dotąd zasłonięta scenografia została odsłonięta. Wszędzie pojawiły się płachty imitujące wnętrze opuszczonej katedry lub innego kościoła. Witraże wysoko na górze, para schodów po bokach ścian, rampa na środku oraz pentagram wiszący centralnie nad perkusją. Całość uzupełniały czaszki kozłów na zwieńczeniach balustrad i świece rozmieszczone wzdłuż schodów i balustrady. Zrobiło się gotycko, mroczno i klimatycznie. Do tego stalowe ogrodzenie oddzielające scenę od publiki i pioruny bijące za oknami hali. Show można było zacząć. I pojawili się oni. Them.

Rozpoczęło się intrem z Fatal Portrait i maszyna zwana Kingiem Diamondem ruszyła z kopyta. Publika szalała w amoku, King w makijażu śpiewał jak nigdy a chórki uzupełniały całość zgrabnym kontrapunktem. „Welcome Home”, „At the Gates” i „Up from the grave” zabrzmiały jak kiedyś i nadal mają w sobie moc. Na scenie zaś ciągle się coś dzieje. I to nie tylko spacer Kinga po schodach, ale również przechadzanie się z łopatą i mikrofonem z piszczela, zapalanie świec i podgrzewanie nastrojów tłumu przez hipnotyzujący wzrok, jeżdżenie staruszki na wózku i kierowanie lalką voodoo. Z tyłu rozświetlała się głowa kozła, pojawiały się odwrócone krzyże. Z każdą kolejną piosenką King budował napięcie i dawał fanom to, na co czekali parę latek. „Voodoo”, „Let it Be Done” czy „Sleepless nights” wywołały szaleństwo pod sceną. Z tyłu było dużo spokojniej choć energia płynąca ze sceny uderzała w każdy centymentr ciała. Nie było przebacz. To trzeba było przeżyć. Tą energię wzmocniła jeszcze solówka perkusji – relikt z czasów, gdzie takie popisy były obowiązkowe na każdych koncertach metalowych. King zakończył „Come to the Sabath” i „Eye of the Witch” ale chyba nikt nie wątpił, że to nie ostatnie jakie powiedział tego wieczora.

Na dwa bisy zostały takie hity jak „The Family Ghost”, „Evil” i „Black Horsemen”. King był sobą i poniżej pewnego poziomu nie spadł. W kilku partiach wysokich musiał ratować się puchą i chórkiem, ale generalnie jak na osobę po przejściach i rekonwalescenta to było bardzo dobrze. Ludzie byli zadowoleni i sam zespół chyba też. Możliwe, że nie pamiętają, jakich fanów mają w Polsce, ale po tym koncercie już sobie przypomnieli.

Koncert był bardzo udany. Jakimś szczególnym fanem Kinga nie jestem, ale chylę głowę przed jego wielkością. Trudne technicznie kawałki odegrane były fenomenalnie i duża w tym zasługa Andyego La Rocque. Oprawa była ponad wszelką wątpliwość wyjątkowa i zespoły, które coś takiego robią na scenie można policzyć na palcach obu dłoni. Warto było zobaczyć Diamonda – jego makeup, zachowanie i usłyszeć piskliwy głosik. To nie był zmarnowany czas. Możliwe, że to ostatni koncert jaki był w Polsce. Choć poprzedni, te parę lat temu, też na taki się zapowiadał. Więc może teraz historia się powtórzy? Dla tych, którzy na to czekają, będzie to prawdziwe święto. Up from the grave!!!!

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)