Lis 302010
 

To był wypad specjalny. Raz, że termin świeżo po wielkich wypadach wakacyjnych, dwa – że w większym (premierowym) składzie. Dołączyły do nas Ania i Lidka, świeżo upieczone fanki koncertów, od czasu Metalliki w czerwcu na Bemowie. Okazja do wyjazdu była przednia, bo na jednym festiwalu udało się zebrać Korna, Opeth i do tego jeszcze Katatonię (dodatkowo Riversaid i Pain of Salvation, festiwal progresu pełną gębą) . Minusem było to, że wypadało to w piątek więc trzeba było wziąć wolne w pracy bo Katowice daleko. Ale za to perspektywa wolnej soboty dawała miłe poczucie luzu i wolności. Tak wyglądał wstęp do „Metal Hammer Festiwal 2010”. Skromna formuła ale za to wielkie zespoły. Oto, jak to wszystko przebiegało.
Droga do Katowic to niemal nasza trasa codzienna. Wilk zna ją jak własną leśną ścieżkę i dobrze się na niej czuje. Większość kursów na koncerty, które razem robimy wiedzie właśnie tędy. Pogoda była dobra, choć nie idealna. Dobra, bo nie było gorąco. Nie idealna bo lało (miejscami nawet koszmarnie). Jak odbieraliśmy dziewczyny z Otwocka, to staliśmy w takiej ulewie, że nie było widać ściany przeciwległego budynku. Ważne było jednak to, że udało się ruszyć. Właśnie przez ten deszcz, droga była śliska a zaparowaną szybę co i raz zalewała ściana wody. Dla nas to nie nowość choć i dziewczyny niespecjalnie się tym przejęły. Dziewczyny od razu wystartowały z Łomżą i ciachami. Droga zapowiadała się bardzo wesoło.

Do Katowic poszło w miarę sprawnie. Umilaliśmy czas oczywiście specjalnie zebraną przez Marcina na tą wyprawę muzyką poznając dokonania prawie wszystkich kapel. Nie mogło zabraknąć Metalliki na starcie oraz radosnych biesiad Arki Szatana, gdy przejeżdżaliśmy przez Częstochowę. Sprawdzona konwencja wyjazdów chyba się spodobała nowym uczestniczkom – bo dla nas oczywiście to było coś, bez czego nie ma wyjazdu. Wiecie, bez tego nie gramy :) Nasze koleżanki od razu zapałały sympatią do piosenek Arki – „Szatana wpuść do dupy, niech zjada własne kupy”, „Ty nas osraaaaałeeeeeś, zmolestowaaaałeeeeś”, „Taki duży taki mały może wino pić”. Wesołe refreny, zadziorne zwrotki, Wilk co chwila wypełniał się niekontrolowanymi wybuchami śmiechu. Zaraz za Częstochową, podczas gdy za naszymi plecami rozlegało się ciche pochrapywanie pasażerek, spotykaliśmy na trasie ściągających metalowców. W jednym z samochodów przyuważyliśmy Prezesa Progresji. To musiał być on, wraz ze swoją świtą, zwłaszcza że widzieliśmy ich w Spodku. Po drodze spotkaliśmy też naszą znajomą koncertową fotoreporterkę – Karolinę (serdeczne pozdrowienia – zdjęcia są super). Po kilku godzinach i tradycyjnych korkach, w tych samych miasteczkach co zawsze, dotarliśmy do Katowic.

Nasze lokum było gdzieś na zadupiu miasta. Marcin wrzucił dane na satelitę i od teraz ona nas prowadziła. I tak prowadziła, że niech ją chuj strzeli. Jak potem przejeżdżaliśmy tą trasę z taksiarzem, to zobaczyliśmy jakimi opłotkami nas prowadziła. Do tego dochodziły opóźnienia w pokazywaniu trasy, przypominki o przekroczeniu prędkości i takie inne pierdoły. Beznadziejnie na maxa. Na szczęście udało się dojechać. Postawiliśmy Wilka na parkingu strzeżonym gdzie miał sobie do jutra wypoczywać. Potem odebranie kluczy do pokojów i w zasadzie wszystko było gotowe. Ostatecznie z dwóch zrobiliśmy jeden. Tego manewru nie dało się zrobić z łazienkami, które zastrajkowały i dziewczyny nie miały kibelka na piętrze. W męskim waliło moczem jakby ktoś z progu celował w pisuar albo lał bezpośrednio pod prysznice i mu to średnio wychodziło. Przeszliśmy do porządku dziennego nad tym i skupiliśmy się na koncercie. Mieliśmy już niedoczas i kolejne zespoły umykały nam w tempie zastraszającym.

Katatonię spędziliśmy w taksówce wiozącej nas do Spodka. To nie było fajne i tak nas zdołowało, że postanowiliśmy coś zjeść zanim wejdziemy na płytę. Na szczęście nieopodal jest zaprzyjaźniona Pizza Hut, gdzie zjedliśmy solidne porcje żarcia. Z racji bliskości Spodka pełno było tu czarnuchów, którzy też czekali na swoje kapele. Większość oczywiście na Korna, bo jakoś nie było widać fanów Opetha czy Riverside. Dresik, bluza i adiki – wyznacznik fana Kornika. W żarciu i tak każdy jest równy więc każdy opierdalał pizzę z kolą. Tak jak i my :) Dzięki temu na wejściu byliśmy najedzeni i opici, co zapobiegło kupowaniu spodkowej pizzy o podejrzanym wyglądzie.

Wejście obyło się bez problemów. Aparat przeszedł, podobnie jak kurtki i inne takie. Czym prędzej ruszyliśmy na płytę by uratować ile się da z zespołów, które miały zagrać przez Kornem. I udało się. Usłyszeliśmy od samego początku Riverside oraz całego Opetha. Miały fajną oprawę wizualną i oczywiście dobrą muzę. Opeth dał jak zawsze dobry technicznie koncert. (Marcin: Co prawda nie jestem jakimś szczególnym fanem ich twórczości, ale potrafią wykrzesać niezłe konstrukcje muzyczne w swoich kawałkach. Do tego stosują różne tempo, klimat i pierdolnięcie. Nie jest to łatwe w odbiorze, bo Lidce się średnio podobało, ale może jak się człowiek wgryzie w to głębiej to doceni). (Zbych: Dla mnie był to zespół festiwalu, Opeth urzekł mnie od pierwszego spotkania. Mój trzeci ich koncert i ponownie wychodzę zadowolony i nasycony brzmieniem. Radości dodała mi informacja że Opeth planuje zaszyć się w studio i pracować nad nowym materiałem. Nic tylko czekać) Riverside dał fajny koncert i dał radę w takiej oprawie jak Opeth czy Katatonia (chłopaków widzieliśmy już wcześniej więc porównanie mamy i szkoda, że teraz nie dało się na nich zdążyć). Tutaj znów pokazały się z dobrej strony światła – różne kolory i ustawienia sprawiały wrażenie czasami kurtyny a czasami promieni lasera. Nie było za dużo ludzi. Jak spojrzy się na Spodek to płyta była oczywiście zajęta, ale bez przesady, tak w 70%. Zaś miejsca siedzące były tylko z jednej strony i to w dolnych partiach (cała góra była zablokowana). Chyba spodziewano się mniejszej liczby ludzi, bo przeznaczonych miejsc dla słuchaczy było w sam raz. Formuła festiwalu równo obdziela uwagę na wszystkie zespoły, ale od początku było wiadomo na co się wszyscy szykują. Na Opecie i Riverside nie było za dużo ludzi a większość zaczęła dopiero wchodzić i zajmować miejsca. Korn nadchodził.

A gdy nadszedł to rozwalił wszystko. Davis rzucał się, śpiewał i rozmawiał z publiką. (Marcin: Mój ulubiony „Freak on a Leash” zabrzmiał super, podobnie jak nowe kawałki z najnowszej płytki.) Magiczna perkusja pałkarza lśniła chromem, rurkami i niecodziennym kształtem. Czesał równo wszystkie bębny i talerze – brzmiał nawet dobrze, choć nagłośnienie nie było najlepsze. Z tego, co pamiętamy, to czasami nawet coś się sprzęgało, ale nie psuło to ogólnego wrażenia. Szaleństwo było, ale umiarkowane. Na Torwarze był buzujący pod sufit ogień – tutaj zaledwie solidnie rozpalone ognicho. Może dlatego, że nie staliśmy w młynie pod sceną jak poprzednio. Jedyne wrażenie młyna zapewniała nam dziwaczna para przed nami, ubrana w obowiązkowe adiki, dresik i majtki adidasa, rzucała się na wszystkie strony jak odurzona. Gość nawet podkurwił innego i prawie skoczyli sobie do gardła. Obyło się na poker facach i fuckach :) A koncert jechał dalej. „Uncoming, undone” z wiciem się przy mikrofonie w kształcie zmutowanej kobiety ala Alien, „Blind” ze skakaniem całej płyty do góry i „Shoots and Ladders!” z dudami. Ludziska cieszyli się i bawili tak, jak trzeba. W końcu po to tu przyszli. Gość w dresikach przed nami nawet pokazał Lidce roześmiane pośladki.
(Marcin: To, co zauważyłem, to znaczna polaryzacja pomiędzy fanami zespołów. Czytałem na forach o ludziach, którzy bluzgają na drugą stronę. Temu nie podoba się Opeth, temu Korn. Jeden to komercha, drugi to pajac. Smutne to i żałosne a do tego niepotrzebne. Dobór zespołów był taki a nie inny. Różnią się między sobą jak ogień i woda – szczególnie Korn do reszty depresyjno-progresywnego towarzystwa (Opeth, Pain of Salvation czy Katatonia). Znam to z autopsji – nie lubię Cynica. Nie uważam by ten zespół zasługiwał na takie uwielbienie. Jednak fani nie pozwalają o tym zapomnieć i nachalnie epatują tym, jaki to Cynic jest świetny. Słyszałem ich dwa razy i dwa razy było beznadziejnie. Nie wpierdalam się jednak z tym wszędzie, gdzie tylko się da. Mówię, że jest kiepsko, jeśli ktoś się pyta, ale nie bronię na siłę ani jednego ani drugiej strony. Swoje słyszałem i swoje wiem. Nie trafiło to w mój gust i tyle. I o ile takie utyskiwania to rozumiem, ale takie, że chłopaki sprzedali ileś tam płyt i się tym skurwili to już dla mnie jest niezrozumiałe. Jeśli ktoś dostaje kasę za robotę to przecież na to zapracował. Muzyk gra, by włożyć coś do garnka. Co on ma robić? Jeść śnieg? Z tego się utrzymuje i tyle. Niektórzy by oczekiwali, że muzykę dostają za darmo a twórca robi im łaskę i łaskawie coś im podrzuci. I ciekawe, czego tacy ludzie oczekują, patrząc na życie takiego grajka. Że pracuje w hucie przy wytopie surówki? Albo jest maklerem giełdowym? Żenada. Dlatego ocenianie kogoś tylko po tym, że sprzedał więcej płyt i zbija na tym kasę, to kiepskie odniesienie. Jeśli to, co nagrywa jest do dupy, to rozumiem – kwestia gustu, ale to, że na tym zarabia – to jest zagadka. Skoro są ludzie, którzy za to płacą, to znaczy, że komuś się podoba. Jeśli by się nie podobało to pewnie by nie zarabiał. To temat długi i nieroztrzygnięty – może jeszcze kiedyś do niego wrócę. Ponieważ zawsze pojawia się przy okazji Korna to i tutaj go zaznaczam.)

Po koncercie wróciliśmy na kwaterę. Jeszcze trochę śmiechu, gadek i szluss. Przez cały czas padało. Całą noc w dodatku. Sobotni ranek też był mokry. Trzeba było się szybko wynieść i coś zjeść. Wybraliśmy coś w centrum Katowic i zaczęliśmy ucztę. Dziewczyny naleśniki zaś my ze Zbysiem – giełdę komputerową. Udało się wszystko załatwić, łącznie z kiełbą i bułami na drogę (że o pycha musztardzie nie wspomnę). Teraz pozostało znaleźć tylko przytulny parking i zacząć śniadać. Udało się dopiero gdzieś na trasie. Tylnia półka wilka robiła za stół, parasolka chroniła przed deszczem a dziewczyny za obsługę baru (podać piwo, kręcić film, schować coś itp.). Dalsza droga to muza, gadki i śmiechy i pochrapywanie dziewczyn. Warszawka przywitała nas bladym, przygaszonym słońcem. Jakby cała „Katatonia” wrzuciła wszelką depresję jaką miała i rzuciła klątwę na nas. Może. Ciekawe co będzie za rok, bo to impreza cykliczna. Mielibyśmy kilka typów, ale pewnie to, co ostatecznie wyjdzie, będzie bardzo, bardzo odmienne od naszych oczekiwań. Oby więcej takich wyjazdów w większej grupie!

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)