Kwi 052010
 

Show no Mercy XXVII

Na tą edycję spotkań przy metalowym korycie zaproszono całkiem niezły zestaw zespołów. Już czytaliście o nich w zapowiedzi do tego gigu i nie będę tego teraz powtarzać. Wybraliśmy się ze Zbigiem licząc na niezłą rzeźnię. Suffocation już słyszeliśmy na Brutalu, zaś reszta prezentowała się całkiem nieźle z odsłuchu na empetrójkach. Ruszyliśmy Wilkiem, jak za dawnych czasów, wprost w progi … McDonalda. Szybkie Wieśmaki i tak przygotowani ruszyliśmy do koryta – to znaczy do „Progresji”.

Od samego progu widać było, że to koncert dla prawdziwych wyjadaczy. Wymieniono nam szmaciane bileciki na solidne, kolorowe kartoniki. Wszędzie widać było czarne koszulki, srogie nazwy i blazę na ryjach. Nie było specjalnie tłoczno, a przy scenie to nawet były większe pustki niż przy sianokosach w zimę. Tłum gęstniał, ale i tak nie było to samo, co przy markowych zespołach. Mimo entuzjazmu wielu ludzi, ten odłam metalu jakoś nie zyskuje popularności. I cóż można powiedzieć na to wszystko? Chyba to, co zwykle mawia Fat Ed – „Fuck that!” Show czas rozpocząć (Zbych: koncert miał w nazwie dumną nazwę „Show no Mercy” i, faktycznie, litości nie było co szukać wśród zaciętych spojrzeń publiki. Specyfika tego typu koncertu ma to do siebie, że od pierwszego rzutu okiem widać rasowego wyjadacza grindowego czadu. Przytoczę tu przykład – Korn 2008 na Torwarze – od groma radosnych licealisto-gimnazjalistów, Iron Maiden – Gwardia 2008 – dzieci spieprzające z płaczem z kotła pod sceną, Combichrist – cosplay … – Kraków 2009 – Cadaver i przyjaciele – zacięte ryje, mgliste spojrzenia, fajterskie ruchy 😀 wszechobecne chrumkanie. To było to! Podobny klimat miał miejsce na paru innych tego typu imprezach i publika wtedy ma zawsze to samo „coś” po czym widać, że nie będzie tu Majki Jeżowskiej i długich gitarowych solówek. Liczy się jedno i właśnie po to wszyscy przyszli – ROZKURW – czego jest to synonim nierozłącznie towarzyszący trzem dniom Brutala w Jaromerze).

Otwarcie korycianej stawki zaczął amerykański „Burning the Masses”. Było głośno, świńsko i radośnie. Widać, że chłopaki przyjechali do Polski po raz pierwszy. Normalnie młodziaki – jak później wmieszali się w tłum pod sceną, to człowiek by nawet ich nie rozpoznał. ich wokalista – Big Chocolate –  krążył z kamerką i filmował wszystko. Dosłownie wszystko. Nawet nas ze Zbysiem, jak wydarliśmy mu się do obiektywu. Tutaj jest filmik kręcony właśnie przez gostka, ale nas wyciął :( (albo nie widzę, choć widać innych polskich wariatów)

„Burning…” prezentowali najbardziej świńskie podejście do śpiewania i głosik knura nawet nieźle wychodził. Ostatnia solówka na trzy gitarki nawet nieźle im wyszła (Zbych: solówka można by rzec wręcz nie pasowała to „Burning…” bardzo fajny akcencik pokazujący, że to nie tylko same szarpanie strun gitarowo-głosowych ale chłopaki również potrafią dać czadu w bardziej kontrolowany sposób. Duże brawa!).

Przerwa nie trwała długo i „Show no Mercy” szło do przodu. Pojawili się Włosi z „Fleshgod Apocalypse”. Zapraszali wszystkich z tyłu sali do podejścia pod scenę. „C’mon motherfuckers!” i inne takie. Ludzie pojedynczo kusili się takimi zachętami. A potem już wjechały gitarki, perkusja i chropawy wokal lidera. To było solidne deathowe granie i mało było w tym grindu. Niektóre swoje kawałki zaczynali włoskimi operami puszczanymi z offa i fajnie to wyszło (Zbych: wg. nas najsłabsza kapela w zestawie, choć basista czarował aż miło. Na koniec wesoło i z szacuneczkiem przybili nam piątki i w sumie zostało po nich pozytywne wspomnienie. Fajne wariaty).

Po Włochach weszła egzotyczna gwiazda z Dubaju czyli „Nervecell”. Skromny, trzyosobowy skład nadrabiał masą wokalisty (Zbych: a perkusista??). Zwalisty chłop i charczał jak rasowy tucznik. Pochwalił również Polskę i Polaków – to tutaj nagrali swój ostatni album i współpraca bardzo dobrze się układała. Macie to wszystko na filmiku – obejrzyjcie go uważnie jeszcze z jednego powodu. Jest tam nagranie przykładowego okrzyku polskich fanów na wszelkich koncertach muzycznych. Oczywiście okrzyku czarnuchów, bo przeciętnemu słuchaczowi koncertowemu to nawet przez gardło nie przejdzie (Zbych: tym bardziej że publika od razu wypaliła magiczne hasło jak tylko padają słowa – powiedzcie jakieś słowo po polsku). Pod koniec swojego występu gość chciał nawet błysnąć czymś po polsku i pytał się jak jest po polsku „kocham was”. Padały różne wersje, a jak była ta właściwa, to biedak nie wiedział już czy to dobrze, czy go nie wkręcamy. Ostatecznie nic nie powiedział, ale i tak był zadowolony (Zbych: chłopaki bardzo przypadli mi do gustu, pomimo gadatliwego tłuściocha i obleśnego wyglądu, ale kogo to obchodzi ? Dali soczystego czadu – DZIĘKUJA).

Ostatni w przedbiegach przed „Suffocation” był brytyjski „Annotation of an Autopsy”. Chłopaki ubrane w czarne mundurki, podgoleni, wyhenkowani – zaczęli rzeźnię. Tu już było świńsko, knursko i lochowato. Ryży gość sam wyglądał jak knur i dobrze mu to wychodziło. Grzmocili nieźle po uszach, a że staliśmy blisko głośników, to wszystko trafiało w nas bezpośrednio. Na sali robiło się już tłoczno. Wszyscy ściągali na gwiazdę, która od prawie 20 lat istnieje na scenie i o dziwo ma takie rzesze fanów (Zbych: Ryże Angole jakoś nie wywarli na mnie wrażenia, choć na perkusji gra u nich bardzo sympatyczny gostek z irokezem. W jego oczach czaił się pozytywny świr).

Dłuższa przerwa pozwoliła na szybką regenerację słuchu i po niej wjeżdża „Suffocation”. Kto widział choć raz ten zespół, a szczególnie wokalistę, ten nie pomyli ich z nikim więcej. Łysy gość, bez koszulki i w jeansach. Do tego biega po scenie jak szalony, wywala język i macha ręką w charakterystycznym geście „siekierki”. Czasami robi groźne miny, czasami śmieszne a wokalnie jest naprawdę dobrze. Czasami pochrumka, czasami zaśpiewa głęboko – przechodzi swobodnie pomiędzy tymi stanami i gładko to wszystko wychodzi. Widać mistrzostwo w każdej nutce i słowie, które wyśpiewuje. W końcu nie na darmo zapraszano go wielokrotnie na Brutal Assault (Zbych: oj tak, powiało Brutalem, tęsknota zapukała w szybkę prawego przedsionka w serduchu. Suffocation było esencją brutalowego szaleństwa, każdy gostek w składzie ma w sobie coś charakterystycznego: a to basista na klęczkach piłujący gitarę, czy pogodny murzynek z dredlokami, wariat na perce podskakujący co i rusz i wywijający pałeczkami czy wokalista to totalny świrus, a głos ma mocny jak hartowana stal. W czasie Suffocationowego występu nowy duch wstąpił w ostro napromieniowane towarzycho, Messerchmity zaczęły nisko latać i dochodziło do przerzucania się przez barierkę, gdzie ochroniarz miał pełne ręce roboty. Co i rusz „giętki” w nogach zawodnik walił się pod nogi publiki, która ochoczo stawiała go na nogi i odprawiała rasowym popchnięciem w wir henkolotów. TEGO się nie da zobaczyć na innych koncertach. Świński grind ma to w sobie,  co wyzwala w ludziach rasowego Brutala).

Wymknęliśmy się w trakcie ostatniej piosenki by zdążyć przed tłumem odpalić Wilka i spokojnie wrócić do domu. Rzeźnia przeżyta i teraz tylko czekać na kolejną. „Show no Mercy” dało radę.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)