Maj 202013
 

Jest koniec maja. Od ostatniego końca świata minęło już prawie pół roku. Tyle też minęło czasu od ostatniego wpisu na blogu. Pozmieniało się sporo – zarówno muzycznie jak i prywatnie. Życie idzie dalej i trzeba za nim nadążyć. Koncertowo było bardzo ubogo przez ten czas – raptem wizyta na koncercie z okazji końca świata w warszawskiej „Proximie” i dwa koncerty grind-corowe w „Fonobarze”. Czas wrócić do gry i zacząć muzycznie odżywać. Okazją do tego był występ „Septic Flesh” ale o tym później.

Najpierw rozliczenie z przeszłością czyli Koncert z okazji końca świata. „Proxima” nie ma u mnie za wysokich notowań bo dobre koncerty są tam rzadkością a sam garaż, do którego jest podobny klub, nie nastraja pozytywnie. Muszę przyznać, że przeszedł spory lifting od ostatniego razu i coś można już tu robić fajnego, ale nadal nic. Dobrze, że choć udało się ściągnąć kilka gotykich kapel by zagrać coś na spodziewany koniec świata. Jak dowiedziałem się, że będzie „XIII Stoleti” to taki koniec świata można przeżyć i kilka razy.

Żeby nie było – sam koncert to polskie zespoły okraszone występem Czechów. Ich dobór wynikał pewnie z dostępności na rynku i stąd pewnie taki a nie inny poziom. Źle nie było, ale mogło też być lepiej. Zaczął wszystko „Batstab” – kapela w klimatach steampunkowych z przebraną dziewczyną na wokalu. Grali i śpiewali bardzo udziwnione kawałki z pogranicza swingu, rocka i slapsticku. Klawisze były za głośne a wokal za słaby. Jednak to co przebiło się było słabe wokalnie, choć dołki były w porządku. Dwa rovery – „Pet Cementary” i „White Wedding” brzmią lepiej w oryginale. Batstabowe wersje były zbyt udziwnione.

Po nich pojawili się weterani czyli „At the Lake”. Jeszcze w starym składzie bo obecnie wokalistkę już pożegnano z uwagi na liczne problemy gwiazdorskie. Siłą zespołu jest energia i folkowe brzmienie budowane skrzypcami. To zostało i było naprawdę energetyczne i dobre. Jednak co profesjonalizm to profesjonalizm. Kawałek „Dziecko we mgle” urzekł zaś instrumentalne wykonanie „Lake of Oblivion” wymiotło. Dobrze nastroili na dalszą część występu.

A tuż przed Czechami zagrał „Digital Angel”. Chłopaki bardzo silnie stylizują się na Sisters of mercy – od okularów i ubioru po manierę śpiewania. Rozstawiali się masakrycznie długo a sam koncert wyszedł dość przeciętnie. Z dużej chmury mały deszcz. Sporą część tworzą elektroniczne partie klawiszowe – jak przystało na naśladowców Eldritcha. Ja i tak już czekałem na to, co najważniejsze tego wieczoru czyli „XIII Stoleti”.

I pojawili się. Jak za dawnych lat. Choć siwizna już na głowie i wygląd już niemłody to ogień i siła w nieśmiertelnych kawałkach pokroju „Elizabeth” czy „Fatherland” jest nie do przebicia przez jakikolwiek współczesny gotycki kawałek. Szaleństwo jakie wybuchło przy „Elizabeth” już po paru taktach jest nie do opisania. To jest wielka siła i tego nie zastąpi nic i nikt. Choć dużo ludzi nie było to i tak wystarczyło by śpiewać chóralnie o pani Batory i jej upodobaniu do kąpania się w ludzkiej krwi.  Petr nadal w dobrej formie choć wokal już jakby słabszy. W końcu ma już na karku parę latek więc można mu wybaczyć. Jak będą grać na koncertach klasyki to nawet nie musi śpiewać tylko podrzuci temat a publika sama sobie wszystko wyśpiewa.  Zadziwiające jest jaka siła przekazu drzemie w tych kilku niepozornych kawałkach. Od czasu „Amuletu” wiele kawałków stało się kultowych i porządna gotycka impreza nie może się bez nich obyć. Dla mnie najlepszy jest ten najkrótszy album czyli „Zatraceni w Karpatech”. Wszystkie utwory z niego to majstersztyk. Nawet tak banowany kawałek jak „Candyman”. Dobrze, że zagrali i przypomnieli się ludziom. Szkoda tylko że było to tak słabo nagłośnione i w takim przeciętnym klubie. Dobra nowina jest taka, że na tegorocznym Castle Party będą i zagrają.

Teraz krótko o świniarzach. Krótko bo tu nie ma się co rozwodzić tylko iść do koryta i posłuchać polskiego grindcoru. W „Fonobarze” powstała w tym roku dobra inicjatywa pod nazwą „Grind Them All” dająca koncerty kilku kapel grindcorowych. W klubie, który wygląda jak podrzędna mordownia w podgranicznej mieścinie, nie bywa za dużo ludzi, ale za to chlewnia jest przednia. Jeśli chcesz obejrzeć i usłyszeć tuzy polskich chlewni w postaci „Złośliwego Pomruku Odbytnicy”, „Nuclear Vomit” czy „Łeb Prosiaka” to śmiało wypatruj comiesięcznych spotkań w „Fonobarze”. Oby inicjatywa nie umarła bo ten styl muzyki też jest ważny i ciekawy. Na Brutalu koszulki ze świnią z okładki „Obory” rządzą. Po trzeciej wizycie napiszę coś więcej.

Teraz już meritum czyli Great Mass Over Europe. Pod tą nazwą kryje się występ Septic Flesh, który przywiózł ze sobą rodaków z „Descending”, Włochów z „Fleshgod Apocalypse” i mrocznych holendrów „Carach Angren”. Składanka zapowiadała niezłego kopa i tak też było. Tanie bilety o dziwo nie skusiły za wiele ludzi, ale i tak Progresja się wypełniła. Spodziewano się chyba niskiej frekwencji i pewnie dlatego ustawiono boczną scenę zamiast głównej. Tłoku nie było, ale wyczuwalny ścisk i owszem. Przy dużej byłaby większa swoboda, ale i tak dobrze wyszło. Merche wypadły tam, gdzie zawsze czyli przy szatniach. I ostatnia ze zmian to brak czeskiego piwa. Minus potężny bo nastawiałem się by napić Krusovica a tu kicha. I nie wiadomo, kiedy będzie ponownie. Zostało tyskie z kija, którego wypiłem jeden kubek i wystarczy.

No, ale nie przychodzi się by pić tylko słuchać (choć czasami można zrobić wyjątek). Na pierwszy ogień poszli chłopaki z „Descending”. Słuchając ich zastanawiałem się na ile grecka szkoła grania Black i Heath metalu jest charakterystyczna i rozróżnialna. Wzięło się to stąd, że chłopaki grali jak „Rotting Christ”, wyglądali jak „Septic Flesh” i mieli chórki, klawisze i takie tam ozdobniki. Do tego solidnie łoili i jak na przedskoczków spełnili swoje zadanie. Ludzie dopiero się schodzili, kupowali piwo i buszowali u merchów więc trochę to granie wyszło jak pod kotleta, ale za to krwistego. Wprowadzili przynajmniej w odpowiedni nastrój.

Zrobiło się zimniej. Nawiew przepędzał zduszone powietrze i robił miejsce dla prawdziwego szatańskiego Blacku. Holendrzy wystąpili w pełnym makeupie i chropawym głosem przełożyli to, co kojarzy się z czarnymi mszami, złem i piekłem. To było dobre! Szatan, smalec i krewetki! Pokazywali nawet by zrobić circle pit, choć dla nich to był Maelstrom. W pewnym momencie wokalista założył nawet koronę na głowę i wyglądał jak zombie. Potrzebne są takie zespoły by nie było nudno i oby takich więcej. Ci, co uważają, że to dziecinada, niech nie oglądają tylko słuchają. A na „Immortalu” niech się schowają bo będzie BLAH! Fajne mieli sample – mistyczne, mroczne i podniosłe. Zagrali na jedną gitarkę i dali radę – szacun. Przy Blacku bez trzech nie ma mocy, a tu proszę – jakoś sobie poradzili na spółkę z keyboardem.

Po nich pojawili się „Fleshgod Apocalypse”. Długo się dostrajali, aż ktoś z sali wypalił „napierdalać!”. To takie nasze, że wszystkich urzekło, choć po tym okrzyku zabrzmiała cisza. Wreszcie ktoś z tyłu przerwał i rzucił cicho „jak jest po włosku napierdalać?” Na szczęście nie trzeba było się tego dowiadywać bo zaczęło się ostre granie. Wtórowało temu pianinko, chóry i pianie gitarzysty. Widziałem ich trzy lata temu i od tego czasu naprawdę się rozwinęli. To już pierwsza liga deathu a nie supporter. Przy „Suffocation” pokazali pazur grając drapieżnie i pokazując się w mundurach. Teraz wystąpili we frakach. Zobowiązywała do tego chyba nowa płyta, która przedstawia śmierć grającą na skrzypcach. Dużo więcej było też sampli i wstawek chóralnych. Publika szalała, skandowała, wymachiwała pięściami i różkami a do tego umiarkowane pogo na środku – to wszystko wskazywało, że jest moc i Włosi podnieśli poziom rozgrzania niemal pod dekiel.

Ale przy „Septic Flesh” nie ma niebezpieczeństwa przegrzania. Widziałem ich na Metalfeście i powiedziałem sobie, że jak przyjadą z własną trasą to się pojawię. Przyjechali to i ja się pojawiłem. I nie żałuję. Grecka szkoła deathu w pełnym rozkwicie. Srogie granie, ostry wokal i podniosłe momenty. Kawałki jak „Persepolis”, „Pyramid God” czy „Anubis” kruszyły lepkie powietrze i powodowały szaleństwo zebranych. Wall of Death na „Persepolis” wyszedł przednio choć nie było za dużo ludzi. Tutaj znów wyszło słabe przygotowanie klubu na tyle ludzi. Nie było fosy pomiędzy sceną a ludźmi. Jak pojawili się pływacy to własnym sumptem wypadali na scenę, utrzymywali się na nogach i wstawali. Jeden taki nielot wpadł w mikrofon i niemal wepchnął go wokaliście do gardła. Nikogo to nie zraziło a Spiros tylko się zaśmiał (choć uderzenie poczuł). Nadal zachwycenie polską publiką było pełne. Czekałem na jeden kawałek, a co J „Lovecrafts Death”. Wyszedł dobrze. Nawiązań do Cthulhu było wiele, łącznie z metalowym Cthulhu przy mikrofonie,  mrocznej scenerii i jeszcze jednego kawałka „Five-point star”.

Dobry koncert – dużo dobrej muzy i masa pozytywnych odczuć i wibracji. Melodyjny death z chórami i samplami naprawdę daje radę choć dla hardcorowców jest passe. Nawet mroczny Black, który coraz bardziej staje się melodyjny, w niczym nie przypomina dokonań weteranów jak „Mayhem” czy „Burzum”. Nurt się rozwija i dobrze, że nie jest tak skostniały i zaściankowy, że nie byłoby w nim miejsca na świeżą krew. Muzyka musi żyć i bez jej ewolucji byłoby nudno. Czasami skoki są za duże lub bardzo rażące, ale w większości wypadków wychodzi to na dobre. Tak dobrym i poważnym koncertem sezon muzyczny 2013 został otwarty. Do końca sierpnia atrakcji będzie dużo w tym trzy duże imprezy, na których chciałbym być. Chodzi o Metalfest, Brutal Assault oraz (do wyboru) Castle Party lub Masters of Rock (terminy ich się zazębiają i tylko chęci i możliwości rzucą mnie w jedną lub drugą stronę). Do spotkania na muzycznych szlakach!

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)