Paź 052011
 

Masters of Rock 2011 rozpoczął się w tym roku mniej widowiskowo niż poprzednio. Nie przedziurawiła się żadna opona, nie było potwornych temperatur i nie spieszyliśmy się z czasem by dostać się na czas do nieznanego Zlina. Wszystko odbyło się bardzo sprawnie i bez problemów. Pojechaliśmy trasą inną niż zwykle – ani nie na Kraków, ani nie na Katowice. Urokliwa trasa przez Włoszczową dawała sporo nowych wrażeń estetycznych dotyczących piękna polskich off-roadów. Pogoda dopisywała, bo nie było za gorąco a słoneczko nie prażyło bez opamiętania. Jednak powiedzieć, że nie świeciło, to nadużycie. Czerwona od ciągłego nasłonecznienia zbysiowa ręka była dowodem w tej sprawie, ale to była drobnostka.

Przemknęliśmy przez Polskę jak Niemcy w trzydziestym dziewiątym i stanęliśmy w Cieszynie na tankowanie i standardowy zakup winietki. Ostatnie spojrzenie w tył na Polskę i już za parę minut Wilk gniótł kołami czeską autostradę. O dziwo było na niej więcej samochodów niż zwykle. Czyżby Czesi wreszcie zaczęli wykorzystywać to, co mają? Liczba aut nie sprawiła jednak by jechało się gorzej lub z korkami. Sprawnie minęliśmy Frydek Mistek, potem Nowy Icin aby skierować się na południe i dobić w okolice Vizovic od drugiej strony niż rok temu. Pierwsze czarnuchy już było widać, a w samej mieścinie wylęgły grupkami i pojedynczo na ulice i parki. Namioty były już rozstawiane, pierwszym nieprzytomnym już wystawały nogi z żywopłotów i krzaków, a okrzyki radości i radosne growlowe bekania unosiły się nad parasolkami „Gambrinusa”. Jeszcze tylko kilka kilometrów i zaparkowaliśmy ostatecznie pod miejscem przeznaczenia, czyli Hotelem Sole. Zajęło nam to całe 8 godzin licząc od ruszenia spod Torwaru, co jest całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę postój na parówy, zimną pizzę, tankowanie i kawkę energetyczną.

Skąpany w promieniach zachodzącego słońca pokój na piątym (ostatnim) piętrze, przywitał nas świeżą duchotką, drewnianymi łóżkami i oknami na zachodnią stronę. W kolejnych dniach dziękowaliśmy jednak Bogom Metalu, że tak się stało, ponieważ poranne słońce było zabójcze dla zdrowego snu człowieka, który kładzie się spać o 3 nad ranem.

Ostatnim ważnym punktem do zrobienia tego dnia była jeszcze wizyta w niedalekim Albercie i zakup piwa, kofoli, puchy i buł. Nowa promocja Kofoli przysporzyła nam kolejną ciekawą postać do naszej menażerii – pacynkę Vaclava. I tylko wiśniowego smaku nie było w innych butelkach niż 0,3 litra. Potem był już tylko Invasion. Tak do nocy upłynął nam czas. Jutro już miał zacząć się festiwal i pierwszy hardkorowy dzień.

Dzień 1 Pagan

Ranek przywitał nas odrobiną deszczu i wiszącą zapowiedzią jego dalszego ciągu w postaci stalowych chmur nad miastem. W czeskiej TV mówili, że będzie padać i niestety nie dało się tego ominąć. Mieliśmy ze sobą pelerynki z Wacken więc zgodnie z ich mottem „rain or shine” nic nie mogło nam przeszkodzić. Tego dnia byliśmy nastawieni na walkę już od początku czyli od godziny 15. Do tego czasu wrzuciliśmy coś na ząb, świniarze wjechali parę razy w krasnoludzkie zagony i przygotowaliśmy się do koncertów. Wreszcie zapakowaliśmy się do Wilka i ruszyliśmy.

Vizovice były już solidnie przeładowane. Znów masa ludzi ruszyła do tego małego miasteczka i napompowała go swoją ilością. Przy okazji zostawiając kilka tysięcy koron każdej godziny, co jest nie bez znaczenia dla organizatorów i sponsorów. Czarnuchy z każdego zakątka Czech ale również i krajów Europy przybyli by posłuchać kilkunastu kapel, napić się piwa i mieć parę dni dobrej zabawy. Sprawnie odbyło się obrączkowanie i o dziwo sprawnie kupiliśmy merche. Może dlatego, że nie byliśmy na samo otwarcie, ale czeski zestaw wjazdowy Fleret i Konflikt nie był czymś czym chcieliśmy otworzyć Mastersów.  Koszulki nie zachwycały ale to standard. Choć nie powiem, było kilka wzorów i można się było chwilę zastanowić nad wyborem. Jakościowo, koszulki były lepsze od zeszłorocznych, Inne akcesoria oczywiście płatne więc o wyprawce dla każdego w cenie biletu można było zapomnieć. Dobrze, że przynajmniej program był fajnie i treściwie zrobiony i można było go poczytać w innym języku niż czeski (choć nawet i po czesku dało radę).

Nasz udział zaczęliśmy oczywiście od rundki wokół merchów zgromadzonych wokół żarcia, picia i srania. Układ punktów był dokładnie taki sam jak w ubiegłym roku – opaski, koszulki, kubki, tatuaże, Nosferatu, budy z piwem, chińskie nudle, kuracze miaso, donnery, parki, toczene zmarzliny, bramboraki  – wszystko do wyboru i koloru, i nawet niektóre twarze za ladą wydawały się znajome (pozdrowienia dla ładnej Pani od lodów, przepraszam, zmarzlin). Ceny nawet też niczegowate – za donnerka 60 koron, za colkę 35 koron, Gambrinus 30 koron, nudle po 60, koszulki po 250 i inne akcesoria od 50 do 150 koron. Nasze miejsce na galeryjce istniało dumne choć ciągle było niemiłosiernie oblegane. Przejrzeliśmy wszystko co trzeba, zajrzeliśmy nawet na aleję zabaw, gdzie można było pograć w piłę na dmuchanym boisku, poskakać na bungie z dźwigu, pojeździć na byku czy pobić się z kumplem w stroju zawodnika sumo albo na piankowe pałki. To się rozwinęło w stosunku do poprzedniego razu i dobrze, bo ludzi tam była masa, a aktywnie ludzie pokazali że też lubią poszaleć. Szczególnie mecze przyciągały chętnych – zarówno do grania jak i oglądania. Ponieważ od góry boisko zasłaniała jedynie siatka, to deszcz i pot na równo zalegały na plastikowym podłożu. Grało się oczywiście na bosaka i ślizgało równo po boisku (często dupą). Nie przeszkodziło to jednej lasce na grę z jurnymi Henkami. Reszta wokół czekała pewnie wyłącznie aż laska się wywali w tą wodę i pokaże na co ją stać. Dodam tylko, że była w gorsecie i ogólnie wystroju gotyckim (tylko w gorsecie i majteczkach).

Zostawmy park rozrywki. Obok niego była druga, mniejsza scena, gdzie grały niszowe czeskie kapele, jak chociażby Dymytry w poprzedniej edycji Mastersów. Widać było, że ta scena też ma swoich oddanych fanów, bo zabawa była nie mniej ciekawa niż na głównej choć na zdecydowanie mniejszą skalę. Korytarz do tej sceny to była swojego rodzaju ściana płaczu. Wzdłuż płotów leżeli pokotem niepritomni, których z każdym dniem przybywało. Często byliśmy świadkami scen typu: nalał i zasnął. Chwilę postaliśmy zobaczyć co tam jest grane ale czas gonił i wróciliśmy pod Ronnie James Dio Stage, gdzie za parę minut miała wejść załoga Alestrom.

Pamiętaliśmy ich dobrze z Krakowa, gdzie byli supportem dla Sabatona i utkwiła nam w pamięci żywiołowość i niekonwencjonalność szkockiego zespołu. Nie zawiedliśmy się. Wokalista w kraciastym ubranku z chudą klatą i różowej klawiaturze na pasku śpiewał kolejne morskie opowiastki o ciężkim życiu marynarzy na statkach, topieniu Norwegów w barze, zemście Czarnobrodego i o fajnym życiu morskich wilków. Naprawdę kawał dobrej żywiołowej muzy. Publika reagowała odpowiednio i wszyscy się dobrze bawili. Jak widać zespół dobrze sobie radzi zarówno na małej scenie jak i na wielkiej. Dobra zabawa gwarantowana i jeśli gdzieś będziecie mieli okazję ich posłuchać to polecamy. Dzięki nim mieliśmy około 50 zeta w kieszeni, gdybyśmy musieli iść na ich koncert gdzieś oddzielnie.

Początek Mastersów udany a zapowiadało się jeszcze lepiej. Tym bardziej, że nadszedł czas na klasykę. Krótka przerwa na rozstawienie sprzętu, powieszenie banerka z logo i na scenie pojawił się Virgin Steel. Legenda i klasyka – bez dwóch zdań. Tylko że to nie to samo, co kiedyś. Gość męczył się śpiewem i to tak fatalnie, że nie dało się tego słuchać więcej niż dwa kawałki. Piał, skakał, łaził od lewa do prawa, ale to jakoś wszystko sztucznie wyszło. Szczególnie ze śpiewem, który miał się nijak do radosnego piania w tamtym czasie. Na tym koncercie nie udało by się nic zaoszczędzić bo nigdy byśmy się na niego nie wybrali. Wypiliśmy wtedy po kolce, zjedliśmy zmarzlinę i spędziliśmy czas na merchach – drugim i uważniejszym podejściu. Po Stalowej „Piejącej” Dziewicy (nie mylić z Żelazną) pojawił się niemiecki Bonfire. I już było dużo, dużo lepiej. Ta sama klasyka ale odbiór był już właściwy. Te dźwięki pudel-metalu z lat osiemdziesiątych dało się słyszeć w gitarkach, w głosie wokalisty i bębnach pałkarza. Tutaj muszę zauważyć i pochwalić dźwiękowców – dźwięki były na całym festiwalu zajebiste. Ustawienie było właściwe i bez większych wpadek. Dało się rozróżniać instrumenty, wokale i klawisze. Jak sobie pomyślę ile ostatnio zostało położonych koncertów właśnie przez kiepskie nagłośnienie to tym większy szacun dla ekipy Mastersów za ich pracę. Przynajmniej wiem, za co płacę, a płacę niedużo jak za tak soczystą setlistę. Bonfire zakończył z przytupem robiąc już miejsce dla ekipy technicznej kolejnej kapeli – fińskiego Amorphisa. Na Bonfire nic nie zaoszczędziliśmy, bo byśmy na nich nie poszli, ale nie był to czas stracony i jeśli by gdzieś grali za darmo i nie mielibyśmy co zrobić z czasem to śmiało można ich posłuchać.

Amorphis zakończył klasykę w tym dniu i to w sposób sobie właściwy – solidnym wykurwem gitarowym. Wokalista z mega długimi dredami zarzucał nimi jak rasowy metalowiec. Do tego śpiewał do mikrofonu w kształcie megafonu z dwoma uchwytami po bokach. Można go było zatem trzymać klasycznie albo w dwóch rękach za boczne uchwyty. Melodyjny death jaki spłynął na wszystkich z głośników brzmiał jak ambrozja. Fajne kawałki i fajne zachowanie sceniczne. Podziękowania dla publiki jak najbardziej uzasadnione bo bawili się wszyscy świetnie. To nasze pierwsze zetknięcie się na żywo z ich muzą. (Marcin: Poza kilkoma kawałkami na słuchawkach nie znam ich, ale to, co usłyszałem, dało mi pogląd na ich możliwości. I to do tego stopnia, że idziemy na ich koncert niedługo w Progresji.) Dzięki Mastersom mamy zaoszczędzone około 80 zeta. A to jeszcze nie koniec atrakcji na dzień dzisiejszy. (Zbych: dla mnie Amporphis jest Mastersowym okdryciem. Efekt ? Z marszu kupiłem dwie płyty, a nie było to łatwe bo płyty ogólnie mają wszędzie status – niedostępny. To daje do myślenia. Fakt faktem, muzę jaką serwują Finowie, chce się słuchać na okrągło).

Tymczasem na niebie pojawiły się ciemne chmury. Popadało trochę, ale niegroźnie. Ogółem pogoda była znacznie bardziej festiwalowa niż zeszłoroczna patelnia. Wreszcie wieczór zaczął wkradać się cichcem i to akurat w momencie, gdy na scenie miało odbyć się coś niesamowitego. Zapowiadano to przed występem jako Pagan Alliance, czyli pogańskie zjednoczenie podczas którego dwie kapele połączyły siły by dać wspólny koncert. Chodzi tu o naprawdę solidne marki na rynku muzycznym czyli Finntrolla i Eluveite. To, co chłopaki i dziewczyny pokazały było czystym mistrzostwem świata i nie do odtworzenia gdziekolwiek indziej. Śpiewali parę kawałków razem, po kilka swoich na przemian, mieszali się składami i wokalami. Jak sami zaznaczali znają się od dawna i wiele razy byli już na wspólnych trasach – tylko tak dało się wytłumaczyć to, co działo się na scenie. Obie kapele grają folk metal i o ile Finntroll robi to z odcieniem skandynawskich sag o tyle Eluveite czerpie garściami z pogańskich wierzeń Germanów, Bretończyków i innych ludów znanych przez Helwetów. Mają w swoich składach ludzi grających na skrzypkach, fletach i dudach. Razem z gitarami i perką tworzy to niesamowitą kombinację, która rozpala każde serca fana metalu i folka w jednym. Nie mogło zabraknąć „Inis Mony” Eluveite, który to kawałek już był na naszym blogu. Teraz usłyszenie go razem z wokalistą z Finntrolla jest bezcenne. Do tego zabawa na scenie z publiką, przekrzykiwanie się, picie czy żartowanie – coś wspaniałego. Rozmawialiśmy potem ze Zbysiem o tym, że jeśli by przyjechali na Pagan Fest to Kraków byłby pozamiatany. Obie kapele mają potencjał, możliwości, chęci i pasję by grać dalej i to na najwyższym poziomie. Prawie dwugodzinny koncert zleciał jak deszcz po szybie i człowiek tylko żałował, że to tak krótko. Na nich oszczędziliśmy co najmniej 180 zeta (licząc po 90 na kapelkę) i nie byłyby to zmarnowane pieniądze. Koncert skończył się przed 23 i do końca zostały jeszcze dwie kapele. Robiło się późno, ale adrenalina buzowała w żyłach. Trzeba było utrzymać ten stan i oszczędzać siły na kolejne muzyczne doznania. Nogi pomału zaczęły wrzynać się w dupsko, ten dzień był przeładowany wymiataczami.

W kolejce czekał już szwedzki Hammerfall. Posileni chińskim makaronem z kurczakiem popędziliśmy go poznać osobiście. Chłopaki grają Power metal już od 15 lat i nie zamierzają składać młota w szafie pod kocem. Przynajmniej dopóki mają takich fanów i przyciągają takie rzesze ludzi na swoje koncerty. Wokalista okazał się całkiem rozsądnym gościem mającym takie same podejście do tekstów i zespołu jak Joakim z Sabatonu. Zatem teksty o piwie i „stojącym” młocie czekającym na wiadomo co, rozbawiały publikę. Żywiołowa gra, szybkie gitarki i oszałamiająca perkusja robiły swoje. Hammerfall zbierał obfite żniwo swojego występu. Dlatego zakończenie koncertu nikogo nie dziwiło a Hammerfall kupił wszystkich i wszystko. Padły trzy ważne pytania do publiki: „Who is the very first time on Hammerfall concert?” Przy gęstym lesie rąk w górze padło drugie pytanie z gniewem w głosie: „so where  have you been last 15 years?” Śmiech śmiechem, ale faktycznie na ich koncercie wypadało być. Tylko w Polsce to nie wiem czy byli więc byłoby ciężko, ale Czesi niech się biją w piersi.  Ostatnie pytanie to formalność dotycząca prostego zakończenia tekstu: „Let the Hammer…” a publika żywo odkrzyczała parę razy „Fall”!!! Ostatni kawałek rozwalił wszystkich niczym młot wikinga blond czerepy Słowian. Naprawdę udany koncert pod każdym względem. W kieszeni mieliśmy dzięki nim kolejne 90 zeta bo na ich koncert trzeba pójść.

Zrobiło się już po północy, ale twardo czekaliśmy na ostatnich w tym dniu grajków a to nie kto inny niż sam Moonspell. Ulubiona kapela Rysia Nowaka i wielu mu podobnych odszczepieńców, którzy widzą Szatana tam, gdzie nie powinni. Na portugalskiej kapeli już mieliśmy okazję być w Stodole i występ ten bardzo miło wspominamy. Teraz, na Mastersach, przyjechali z secikiem, który ucieszył tych, którzy liczyli na klasykę w ich wykonaniu. Zatem kawałki z „Inreligious” i „Wolfshed” to podstawa koncertu. (Marcin: Jeśli ktoś liczył na Lunę (jak chociażby ja) to jej nie usłyszał). Za to był „Mefisto”, „Wolfshed”, „Full Moon Madness” czy „Vampiria”. Magiczny koncert choć bez typowej dla zespołu oprawy w postaci wyświetlanych obrazów. Tym razem tło ozdabiał wielki obraz w krwisto-czerwonej tonacji, przedstawiający wysokie nagrobki. Widoczne też było pokrzywione drzewo i kawałek krypty. Kontrast czerni i czerwieni wraz z odpowiednim naświetleniem sceny wyglądał imponująco. Było głośno, było mrocznie i było właściwie. Wokalista dziękował parę razy publice za gorące przyjęcie i odpłacał się z nawiązką. Na niebie pojawił się księżyc i finalny kawałek o szaleństwie podczas pełni był jak najbardziej na miejscu. Do tego czasu dotrwało naprawdę sporo ludzi choć niedzielni czescy słuchacze już dawno sobie poszli. Ten ostatni koncert oszczędza nam kolejne 90 zeta i zamyka ten dzień kwotą 490 zeta. Na bilety na Mastersów wydaliśmy 210 złotych zatem realnie w kieszeni mieliśmy lekką ręką 280 zeta. A to był dopiero pierwszy dzień. Jeśli jeszcze ktoś ma wątpliwości czy warto na taki festiwal pojechać to prosta ekonomia biletowa powinna mu uświadomić, że warto.

Godzina 2 w nocy. To już piątek. Zebraliśmy się i wróciliśmy do Wilka. Nocna jazda do Zlina nie potrwała długo i po kwadransie byliśmy już na miejscu. Prysznic, kolka, otwarte okno i można było iść spać. Zmęczone ciało błagało o odpoczynek więc nie marudziliśmy zbyt długo. Na niebie nadal świecił księżyc. Zlin pogrążony był w ciemności i tylko gdzieś daleko niósł się delikatny szum wiatru.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)