Paź 072011
 

Dzień 2 – Czarna Msza.

Piątek rozpoczął się późno. Dopiero koło południa daliśmy radę się ruszyć i być w miarę przytomnymi. Śniadanie, Inwejżion i arbuz z Alberta zrobiły swoje. Na takie upały, które się zrobiły, arbuz to najlepsze co może być. Szczególnie, że kosztował 7 koron za kilogram czyli nieco ponad złotówkę. Na niebie znów miks słońca z chmurami. Prażyło i było duszno co zapowiadało burzę. Co jakiś czas konkretnie przepadywało co widzieliśmy z okna podczas grania w karciochy. Strugi deszczu lały się równo i czyściły powietrze z pyłu i smrodu okolicznych pól. Jednak nie na długo, bo po kilku godzinach znów było duszno i parno.

Tak to wyglądał początek piątku. Przez nasze zbieranie się nie zdążyliśmy na początek koncerciku Varga, ale dane nam było ich zobaczyć w pełnej krasie. Wreszcie. Od tylu festiwali nam umykali aż wreszcie dopadliśmy Wilki. Wymalowani na czerwono-czarno, śpiewający chropawymi głosami, z ultraszybkimi gitarkami pokazali, że warto było na nich czekać. Nakurwiali aż miło pokazując, że dzisiejszy dzień będzie należeć do black i death metalu. Czesi w klapkach umykali spod sceny gdzie co i raz rozkręcał się młyn. Mastersi wchodzili w swoją najlepszą fazę.

Wilki zeszły ze sceny więc był czas na obchód terenu i przejrzenie stoisk. Nic nie przybyło i nic nie ubyło – codzienność festiwalowa dała o sobie znać. Ludzi też nie było specjalnie więcej choć zapowiadało się na tłumy z racji nadchodzącego weekendu. Tylko pogoda trochę nie sprzyjała i pewnie to wystraszyło wielu. Dla prawdziwych fanów nie ma rzeczy, które by ich odciągnęły od ich ulubionych kapel, dlatego tych nie mogło zabraknąć. Takiej różnorodności próżno szukać na osiedlowych chodnikach. Długie włosy, skórzane kurtki lub dżinsowe katanki z naszywkami zespołów, glany, bojówki, koszulki z niezliczonych festiwali lub tysiącami zespołów – to wszystko tworzyło mega barwny zestaw ciągle się mieszający, krzyczący, śmiejący się i pijący. Przeważali Czesi, ale nie brakło innych nacji. Podobno Polaków było sporo, ale jakoś tłumnie ich nie spotykaliśmy. Ot, w kolejce za nudlami, na trybunach czy wmieszanych w tłum i żywo reagujących na polskie słowa. Mimo tego człowiek nie czuje się sam, bo taka fala czarnuchów nie pozwala na uczucie osamotnienia. Uśmiechnięte mordy fanów mocnej muzy mówią same za siebie.

Kolejną kapelą był czeski „Silent Stream of Godness Elegy”, czyli gotyk pełną gębą. No, może nie tyle gotyk co female fronted metal, bo gotyk to „XIII Stoletni”, ale nie przeszkadzało to w odbiorze muzy. Miłe dźwięki i wokal damsko-męski bardzo miło się komponował z czeskim językiem. To takie coś jak stare „Theatre of Tragedy” tylko ze słowiańską nutką. I tu mała wzmianka o nietypowości Czechów. Na przykład Dymetry bardzo chciałby wyglądać strasznie w swoich lateksowych maskach, a wygląda jak wygląda. Po czesku !! Tu to samo, dajmy na to kreacje Pani z Within Temptations, Lacrimosy czy nawet z Visions of Atlantis. Wokalistka z Silent Stream wyglądała też jakoś tak, z czeską nutą. Nie żebyśmy się czepiali, ale to takie urokliwe jest. Przyszło im zagrać w drobnym deszczu choć nikt ze słuchaczy nie odszedł chować się pod daszek. Niecała godzina koncertu przeszła i zaostrzyła apetyty na tego typu granie. Tym bardziej, że zaraz po nich miała grać Sirenia. Jak się szybko okazało nastąpiła zmiana w planach i Sirenia normalnie wypadła. Nie dojechali, jeśli wierzyć słowom jednego gościa z Polski, którego spotkaliśmy na trybunach. Przez to program się posypał i do niemal końca dnia, godziny koncertów się rozjeżdżały. Dziurę po Sirenii starano się rozłożyć na każde następne przerwy, które trwały dłużej. Tylko że nie było o tym informacji – chyba że mówiła to ta laska na scenie, co zapowiadała każdy zespół, ale nie każdy zna czeski by nadążyć ze zrozumieniem. Już lepiej było dać tą informację na telebimach i każdy by mógł wtedy się dowiedzieć. Nawet po czesku. A tak człowiek nie miał świadomości dlaczego, po co i czy w ogóle coś będzie z tym zrobione. (Marcin: Ostatecznie Sirenia nie zagrała co było fatalne. Nastawiałem się na to bardzo, ale nic się nie poradzi na takie dzieje losu.)

Ektomorf Sirenią nie jest pod każdym względem – na wokalu jest Cygan zamiast ładnej pani a cały zespół pochodzi z Węgier a nie Norwegii. Nie grają też gotyku tylko solidny trash który porwał publikę pod niebiosa. Praca gitarek godna podziwu a kontakt z publiką wzorowy. Wokalista podkreślał kilka razy, że metalowa brać to wyrzutki i odszczepieńcy, ale mają swoje prawa, wolność i dumę, której nikt nie zabierze. Najwyraźniej był podbudowany tym ile ludzi przyszło na koncert bo nie mógł wyjść z podziwu. Grali radośnie i dla wszystkich zebranych, więc diabełki dla nich w górze musiały być bo im się należało. Ektomorf był swojego rodzaju pozytywnym zaskoczeniem. Taki zespół zagadka. A tu proszę, zaciągało Sepulturą aż miło. Większość Czechów po raz pierwszy w życiu poznała Wall of Death. Klapki i kapelusze, wraz ze styropianowymi siedzonkami fruwały na kilka metrów w górę. To był solidny wykurw.

Znów chwila przerwy i oczekiwanie na hity tego dnia. Pierwszym z nich miał być Rhapsody of Fire. Widzieliśmy ich niedawno w Katowicach i wywarli wtedy pozytywne wrażenie. Dźwiękowcy tym razem dali radę i nagłośnienie było bardzo dobre. A Rhapsody zrobiło to, co umie najlepiej czyli totalny rozkurw. Power metal najczystszej wody. Rycerze w lśniących zbrojach, smoki i szmaragdowy miecz to podstawa tekstów. Co jakiś czas basowy głos Sarumana przemykał się między kawałkami wprowadzając atmosferę dawnych czasów, gdy na niebie latały smoki. „Holy Thunder”, „Emerald Sword”, „Swordmaster” czy „Lamento Eroico” wybrzmiały najlepiej jak mogły. Czarnuchy były wniebowzięte. Ktoś przyniósł nawet dwa pokaźne, plastikowe miecze, które co i raz dźgały niebo. Atmosfera radości zapanowała na dobre. Był też czas na solówki gitarowe i perkusyjne by dać odetchnąć Fabio. O ile gitarka była fajna to perkusja brzmiała lepiej w Katowicach niż tutaj. Krótkie formy solowe to stały element koncertowy w Rhapsody. Na backstage, gdzie podpisywali płyty i robili foty z fanami był taki ścisk, że ledwo dało się dopchać do barierek oddzielających kolejkę od całego tłumu gapiów. Włosi popularni są i nikt im tego nie zabierze.

Zrobili dobry podkład pod gwiazdę wieczoru i całych tegorocznych Mastersów – Twisted Sister. W folderze opisującym kapelę Czesi zrobili błąd i dali opis (Swe) przy nazwie a ze Szwedami to TS ma wspólne chyba tylko blond włosy. To rasowi Amerykanie co Snider podkreślał parę razy. Podkreślał też, że to pierwszy show w tej części Europy odkąd istnieją (ponad 30 lat) i są z tego bardzo, bardzo zadowoleni. Kilka razy wokalista prosił obsługę by dali światła na publikę by móc ją zobaczyć. A wierzcie mi – cały plac przed sceną główną był zapełniony. Przyszli chyba wszyscy by być na tym koncercie i poczuć magię glamrocka z samego Nowego Yorku. A sam koncert to kosmos. Dobre brzmienie, pienia i sceniczne zwierzę Snidera pokazały się z jak najlepszej strony. Publika szalała. Apogeum tego przypadło oczywiście na hitach czyli „We are not gonna take it” i „I wanna Rock”. Ten ostatni był testowany również w wersji „I wanna Fuck” i jak podkreślał Snider brzmi dużo lepiej i mocniej niż oryginał. Widocznie słowo „fuck” jest dużo bardziej ekspresyjne niż „rock”. Szaleństwo było kompletne. Wspólne śpiewy, okrzyki, zabawy z publicznością i niesamowita atmosfera radości tworzyły piorunującą mieszankę. Nawet zatwardziali tru norwegian black metal przytupywali nogą przy „gonna take it”. „Crazy motherfuckers” to częste określenie publiczności padające z ust wokalisty. Chyba mu się spodobało takie przyjęcie bo po prawie 30 latach grania nie spodziewał się, że jeszcze ktoś będzie chciał ich oglądać. W obecnych czasach popularność mierzy się w tygodniach i jest to sztucznie nakręcane przez media. Jednak po 4 czy 5 miesiącach wszystko przycicha i świat wraca do sprawdzonych i utartych torów, których nie była w stanie wysadzić kilkumiesięczna gwiazdka. To przemyślenia Snidera i bardzo pasujące do obecnej sytuacji w muzyce. Nie sztuką jest pokazać się, ale zyskać uznanie fanów i być na topie przez co najmniej 15 lat. Wtedy takie gwiazdy mogą dziękować fanom. Póki co mogą co najwyżej zabiegać o nich i niech lepiej wezmą się za to na poważnie a nie przez esemeski.

Trzeba było odpocząć na moment. Przesiedzieliśmy pod daszkiem bo znów zaczęło lać. Patrzyliśmy na tłumy przelewające się przez tereny festiwalu i zachodziliśmy w głowę nad tym jak niektórzy bezkrytycznie podchodzą do siebie i swojego wyglądu. Pisaliśmy o tym już przy okazji zeszłorocznej edycji MORa, ale w tym względzie nic się nie zmieniło. Obfite cielska brzuchów dumnie prężyły się na wierzchu spodni, balerony na nogach kusiły spod krótkich sukienek a ciemny makijaż rozmywał się na nalanej twarzy pełnej dziur, kolczyków i innego gówna, które w takich ilościach powodowało chyba odgięcie strzałki kompasu o parę milimetrów. Patrzyliśmy na to jak upadają niektóre laski, które nieprzytomne siedzą przy ścianie i wodzą wokół nieprzytomnym wzrokiem. Takie są łatwym łupem dla kogokolwiek i tego chyba nie da się tak łatwo zmienić. Widzieliśmy gościa, który ochrzczony DArtagianem, robił podchody do laski, która już miała za dużo wrażeń na dzień dzisiejszy. Gość seplenił i chyba był Czechem, ale nie ustawał w walce, którą chyba wygrał. Prawdziwy łowca. (Zbych: Dzięki pogodzie uniknęliśmy jednak szczęśliwie takiej masy gołych brzuchali, owłosionych pleców i gostków w majtach co roku poprzedniego. Czechom widocznie było za zimno w jajca, więc ubrali się dość cywilizowanie. Nawet i Czeszki w tym roku dopisały i było na czym oko zawiesić. Choć nie brakowało Mastodontów, Lewiatanów i Mumakili, w różnym wieku, i różnej płci.)

Wracając do muzyki to na scenie zainstalowała się ekipa z Airborne. Australijczycy chcieli udowodnić że grają najgłośniej na świecie i to im się udało. Przywieźli ze sobą dodatkową ścianę marshalli, które podbijały decybele tak, że przechadzając się pomiędzy merchami słyszeliśmy ich jak byśmy byli pod sceną. Niosło się nieźle i niewiele straciliśmy z tego – może tylko rozentuzjazmowany tłum Czechów rzucający swoimi klapkami. Słuchając ryczących naśladowców AC/DC i patrząc na podchody dzielnego muszkietera czas mijał. Padało i kolejne fale deszczu przewalały się przez fabrykę likierów. Zrobiło się ciemno i deszcz ustał. Tłum rzedniał, bo część już opuszczała tereny i wracała do domu. A przecież został jeszcze deser, dla którego warto było zostać. Nazywał się on Watain.

Wiedzieliśmy czego się spodziewać po tych szatanistach z mrocznych norweskich lasów. Jednak to, co pokazali, wywróciło wszystkie nasze początkowe wyobrażenia. Na naszych oczach scena przeobraziła się w ołtarz do czarnej mszy. Role były proste, publika jako wyznawcy i zespół jako kapłani mrocznego kultu. Świece, płonące pochodnie, łańcuchy, banery z bluźnierczymi symbolami, okrwawiony podest prowadzący do perkusji i charakteryzacja – to wszystko tworzyło niesamowity klimat czarnej magii. Księżyc w pełni wyłonił złowrogie oblicze zza chmur. Zostali najwytrwalsi, bo przecież dzieciom, czegoś takiego lepiej nie pokazywać. Staliśmy przy mini kotle, gdzie kilku Henków robiło Helikoptery w ogniu. Na scenie z ciemności wyłaniali się kolejno członkowie zespołu. Wyglądali obłędnie, twarze wystylizowane na odłażącą skórę, biała farba naznaczona krwawymi szramami. Ubiór znaczyły łańcuchy i ćwieki. Sam wokalista, krążył po scenie jak opętany, przygarbiony, co chwila mamrotał skulony przed ołtarzem i błędnym wzrokiem wodził po zebranych. Jego charkotliwy wokal unoszący się do księżyca, wylewanie krwi z kielicha i zgrzytliwe dźwięki gitar brzmiały lepiej ponad godzinę i skończyły się grubo po północy. Dzień wcześniej do księżyca wył Moonspell, teraz zawodził Watain. Te dwie ostatnie nocki to prawdziwa uczta dla czarnuchów. Nic tylko odwrócić krzyż i zawyć „Full moon madnesssss!!!!!!!”.

W tym roku nie było miękkiej gry. Przez pierwsze dwa dni trwaliśmy do ostatnich brzmień po sceną. Dzięki temu zobaczyliśmy masę świetnych wykonań. Tego dnia również w kieszeni zostało sporo grosza. Zróbmy krótkie podsumowanie. Varga nie liczę bo to był kawałek występu. Silent Stream i Ktomorf, po 50 zeta, Rhapsody – 80 PLN. Twisted Sister spokojnie by zaśpiewał ze 130 PLN (bo to zespół z tradycjami). Airborne i watalin – łącznie ze 120 PLN. Łącznie 430 PLN w kieszeni, zeszłego dnia zaoszczędziliśmy 280 PLN, więc teraz mamy już około 700 PLN !! Te szacunki mówią same za siebie.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)