Sie 242013
 

Day 2

Rano herbatka w Subwayu i nabieranie sił przy kanapce. Nogi bolą jak cholera, a to dlatego że nie wziąłem innych butów niż glany i teraz to czuję. Butki są dobre, ale na trudny festiwalowy teren. Jak mam w nich popylać kilka kilosów przez las to już nie jest takie fajne. Porobiły się odciski i bąble z którymi zacząłem walczyć ogniem i plastrem. Przynajmniej żeby dojść do placu boju.

PKP znów pokazało pazur. Nie dość, że pociąg się spóźnił to jeszcze stanął kilkanaście metrów przed stacją i stał. Kurwica człowieka bierze na takie coś – ani informacji ani niczego takiego. Z kilkoma ludźmi zapakowaliśmy się i wyszliśmy by nożnie dojść do stacji i mieć to z głowy. Wcześniej posiedziałem trochę na informacji Intercity bo dowiedzieć się o ten pociąg co to tylko w piątek kursuje późno. Nie doczekałem się bo klient chyba jechał do Chin przez Zambię i tak kombinował, tak tworzył że cholera mnie wzięła i zawinąłem się stamtąd. To, że można kupować bilety w informacji to minus. Każdy się tam ładuje mając nadzieję, że nie postoi przy kasach. Ech, PKP w tym roku zasłużyło na czerwoną kartkę.

Opóźnienia spowodowały, że trochę zespołów mi uciekło. Na szczęście to rozbiegówka, więc strata nie była taka dotkliwa. Wpadłem do Jaworzna i na bolących nogach przeskoczyłem las i zasiadłem coś zjeść w jednej z bud. Kapuśniak był wodnisty, ale po trudach dojścia wszystko by smakowało. Tacka do śmieci a ja na małą scenę. Tam prezentował się „Terrordome”. Chłopaki z Krakowa jechali aż miło. Było w tym wiele z terror hip-hopu rodem z New Yorku i nawet noga sama tupała przy kombajnowej łupance. Wokalista co jakiś czas zagadywał do tłumu i czuć było w nim szołmena, który dobrze się czuje na scenie. Zachęcał do kupienia płyty na stoisku. Mówił, że to jacyś goście zgarną za to koks, ale i im coś wpadnie. Okrzyk z tłumu rzucony na scenę wywołał śmiech: „Dziwki, koks, tajski boks”. A potem już wokalista pojechał z nowym secikiem zaczynając do ludowej przyśpiewki „cała sala napierdala”.

Na dużej tymczasem rozgościły się tygryski i powiało pudel metalem z lat osiemdziesiątych. „Alpha Tiger”. Panowie w obcisłych rajtuzach w panterkę, z bandanami na czole, piórami na głowie i piskliwym głosem. Wokal jeszcze musi się w pianiu podszkolić, ale jak na 40 stopniowy upał to dało radę. Oczywiście gitarowe pasaże rządziły i słychać było w nich lekką naleciałość po żelaznej dziewicy. Żar z niema lał się strumieniami. Gaszenie piwem pomagało, ale szum w głowie rósł niebezpiecznie więc przerzuciłem się na yerbę. Gość sprzedawał ją z worków z lodem więc była mega chłodna i mroziła konkretnie. Można było walczyć dalej.

A dalej był „No-mads”. Polacy z babką na wokalu, która ma chyba z 60 lat. Podobno jest przedszkolanką i chętnie śpiewa kołysanki dla podopiecznych. Angelą z Arch Enemy nie jest, ale zdarty głos i moc są w nim wyczuwalne. Posiedziałem sobie by odpocząć i dać wytchnąć nogom. Spotkałem też weterana festiwalowego z całym naręczem opasek, które bym musiał zbierać chyba z 10 lat festiwalowania. Pokazywał nawet opaski z Korei i Chin, gdzie też nakurwiają metal. Cóż, może za jakiś czas dorobię się podobnej kolekcji. Póki co te kilka, które mam, musi wystarczyć. I tak dobrze wyglądają, ale do jego kolekcji jeszcze mi dużo brakuje.

Tego dnia było dużo terror crew i hate hip-hopu. Na głównej zagrał „Unearth”, gdzie tenisówki beep boyów śmigały z prawa na lewo. Czapki z daszkiem fruwały i ekstaza na twarzach skateów była wyraźna. Oczywiście bez seplenienia nie mogło się obyć to tylko potwierdza zeszłobrutalową obserwację dotyczącą muzyków parających się tym czymś. Nie można im odmówić energii i rytmiki, która wymusza ruch i nogi same przytupują. Coś w tym musi być. Jednak opuściłem kilka kawałków by zobaczyć na małej coś, czego byłem ciekaw. W końcu śniadzi grający metal to niecodzienny widok u nas.

„Inner Sanctum” – tak nazywali się ci grajkowie z Indii – dali takiego ognia i takiej energii, że zakasowali wszystkich z małej sceny, którzy grali do tej pory. Trochę na początku dziwnie było to słuchać, ale potem już się rozkręcili i jechali równo. Chyba było dla nich trochę zimno bo część z nich była w kurteczkach. Wokalista nawet rozmawiał z ludźmi i czuć było, że jest bardzo zadowolony grając tutaj. Pozwolił sobie nawet na pewną obserwację, z którą się w pełni zgadzam. „If we came thousands of kilometers to you, you lazy motherfuckers from afar can came to stage” (pokazując na siedzących pod drzewami i nad wodą). Bardzo pozytywne granie i jeśli uda się dostać ich płytkę to polecam. Chociaż z Indii to wiedzą, jak szarpie się druty w gitarze.

Pozytywnie nastrojony po dawce azjatyckiego metalu ruszyłem na spotkanie starej, dobrej szkoły grania czyli fińskiego Turisas. Nie było dziewczyny, nie było „Rasputina” ale ogień i tak był. „Drink Song” czy „Helmgart” były obowiązkowe, podobnie jak przemowy do publiki i pochwała polskiej wódki (która jest o niebo lepsza od sikacza Finlandii). Zagrali sporo nowego materiału i zastrzegali, że chcą ruszyć coś i zmienić w swoim graniu. Nie chcą stać w miejscu i być kojarzonym tylko z Rasputinem, dlatego będą promować teraz własny styl grania i jeśli komuś to nie odpowiada, to oni już za to nie odpowiadają. Chcą zmian i ten koncert to pokazał. Zobaczymy jak to się zmieni ale w tych nowych kawałkach było czuć próbę ucieczki od pijacko weselnego grania. Nowy materiał niebawem więc będzie można to skonfrontować. Nie oznacza to, że koncert był słaby. „Turisas” to marka, która zawsze dobrze wypada i od malowania i wystroju po śpiew prezentuje najwyższy poziom.

Po dwóch występach na najwyższych obrotach czas na jedzonko i piwo. W międzyczasie rozklejono ulotki, że gwiazda wieczoru czyli „Volbeat” nie zagra. Wypięli się na Metalfest i odjechali, choć widzieli to wszystko, co tu jest, znali warunki i mieli wszystko dograne. Skoro nie wiadomo o co chodzi to chodzi pewnie o kasę. Pieprzyć Duńczyków i ich wybredność. I tak się na nich nie nastawiałem więc nawet tej straty nie poczułem. Widziałem jednak wielu zawiedzionych fanów i to nawet takich, którzy specjalnie dla nich dziś przyszli. Trudno się mówi i jedzie się dalej. Niesmak pozostał, szczególnie, że podobno byli już tutaj fizycznie i rozmawiali z organizatorami. Organizatorzy zwracali za bilety, jeśli ktoś to zrobi do jakiejś godziny. Poszli na rękę i załatwili to porządnie.

By zagłuszyć ten niesmak ruszyłem na „Accusera”. Solidny speed metal wyrywał kawałki uszu jak uderzenia kul karabinowych. Miło się słuchało, fajnie się bawiło i dało kolejną dawkę energii potrzebną do walki z nogami. Dochodziła dwudziesta czyli szósta godzina bycia tutaj i obolałe nogi coraz bardziej dawały o sobie znać. Muszę coś z tym zrobić za rok bo młodszy się nie robię a nic nie zapowiada by podciągnęli tu autobus. Pozostaje zatem zapieprzanie ze stacji tutaj i to wymaga już lepszych butów niż glany. Starość zajrzała mi w oczy i zaśmiała okrutnie.

Te wspomnienia szybko wywietrzały, gdy na głównej zagrał „Entombed”. Weterani metalu przyszli tu zniszczyć wszystko a dzięki solidnym bloczkom marshalli udało im się to z nawiązką. Basy wyciskały resztki powietrza z płuc a perka tłukła oszałamiająco. Sporo ludzi ściągnęło właśnie na nich – szczególnie weteranów, którzy ubrani w katanki z naszywkami ruszyli tłumnie pod scenę. Okrzyk w jadłodajni „ej, tam entombed napierdala, jebaki leśne” poderwał niemal wszystkich. Po kilku kawałkach wokalista wymienił się na koszulki z kimś, kto miał koszulkę z „Razorem”. Powiedział, że widział tu takie i zawsze chciał taką mieć. Szczęśliwiec pewnie przez miesiąc nie będzie jej zdejmował z pleców. I nie ważne, że przepocona, ale zawsze to pot „Entombed” J Na scenę trafiły też inne koszulki bo ludziska liczyli, że może im też się uda, ale tutaj chodziło o konkret i reszta mogła się obejść smakiem. Poszła nawet biała koszulka co wokalista skomentował prosto i konkretnie – „White shirt??????!!!! White is not metal. Black is metal”. Ci, którzy byli w białych koszulkach popatrzyli na siebie z zażenowaniem.

Ten dzień zakończyłem „Suicidal Angels” czyli pure fuckin death metal. Potem już spacer na stację, czekanie na opóźniony pociąg i powrót do Kato. Prysznic, położenie się i zaśnięcie w akompaniamencie dźwięków z dyski na dole. Znów było za gorąco na przeglądanie netu czy granie i oczy same się zamknęły.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)