Sie 312013
 

Day 3

Tego dnia miałem dobre towarzystwo w pociągu do Jaworzna. Rodowite Ślązaki i w dodatku fani metalu ruszyli na „Sodom”. Spotkałem ich w pociągu i od razu usiedliśmy razem by powspominać stare, metalowe granie i ponarzekać na współczesność. Gdy powiedziałem, że jestem z Wawy to mało mnie nie pobili, ale jakoś udało się to zażegnać. To taki odruch Ślązaków by bić Warszawiaków. Udało się dojść do porozumienia i choć odwieczne animozje zostały to po wypiciu razem piwa na dworcu w Jaworznie wszystko wróciło do porządku.

Na ochłonięcie od Ślązaków (dobrze, że choć trochę znam gwarę to jakoś udało mi się ich rozumieć bo po polsku nie rozmawialiśmy) wpadłem na „The Dead Goats”. Zakrzyczeli, powalczyli na scenie i podziękowali za wysłuchanie. Słoneczko prażyło i zapowiadało się na burzę. Dlatego w duchocie przyszło wysłuchać na małej scenie „Ass to mouth”. Jak sugeruje nazwa to świniarze i to z Polski. Zawiało oborą i zrobiło się przaśnie. Dwa głosy świńskie uzupełniane czasami normalnym śpiewem dały radę i dobrze się tego słuchało. Ludzie przyszli z ciekawości nad brzmieniem, ale było kilku bywalców „Fekal Party”. Ostatecznie musieli skończyć, ale evil banan poszedł w publikę a skórka z niego tańczyła jeszcze na rękach niektórych.

Rozbawiony i po kilku piwkach przeszedłem posłuchać pierwszego terroru dzisiaj czyli duńskiego „Hatespere”. Ludzie rzucili się w młyn okrutnie walcząc i młócąc rękami. Czapki z daszkami furkotały aż miło. Jednak takie klimaty to tylko do posłuchania bo raczej mojego zachwytu nie wzbudzają. Ale potwierdzają starą prawdą o hardkorowym metalu – jest rytmiczny jak jasna cholera i nogi same tupią do rytmu.

Nad jeziorkiem złapałem chwilę wolnego akurat by być na sound checku „Antigamy”. Fajna kapela, z miłymi melodiami i nawet dość rytmicznymi. Łoją nieźle, śpiewają też – w zasadzie jak większość tego typu zespołów na świecie. Do błysku unikalności jeszcze im sporo brakuje, ale może kiedyś. Teraz to dobry zespół festiwalowy bo nie zaniża i miło jest do posłuchać. A nogi bolą, nie ma co. Coraz częściej muszę odpoczywać na siedząco. Normalnie dałbym radę bez problemów, ale ta droga w upale w glanach przez las pierwszego dnia dała mi się we znaki. Nie wziąłem innych butów i teraz płaciłem za to. Jednak wytrwać trzeba bo jeszcze dziś sporo przede mną.

Tym lepiej nastroiło to przed „Onslaught” na głównej scenie. Stary dobry trash, grany jak za dawnych lat. Ślązacy byliby zachwyceni. Ruchawka pod sceną wybuchała co i raz – ludzie mimo duchoty czuli moc i walczyli zacięcie. A nad wszystkimi górował potężny orzeł zespołu powieszony na bannerze z tyłu sceny. Robiło się duszno, burzowo i ogniście. Godne zakończenie Metalfestu było nieuniknione.

Burza wreszcie wybuchła. Akurat na przygotowaniach „Vedonist”. Zabrakło prądu, woda zalewała wszystko i wszystkich w takich ilościach, że nie zdążyła spływać do jeziora. Wszystkie ścieżki momentalnie zostały zatopione. Ludzie poszli ratować namioty, a reszta smutno przesiadywała albo pod drzewami albo pod parasolami. I tylko nieliczni tańczyli w kałużach śpiewając „Im singing In the rain”. „Vedonist” zagrał już po burzy, ale musiał poczekać na to, co zrobi „Arkona”.

A Rosjanie wjechali jak zawsze – Masza w wilczych skórach, chłopaki w kierpcach i ogień ze sceny. Padało, grzmiało, ale to nie przeszkadzało najtwardszym fanom by taplać się w błocie i pluskać się w nim jak rusałki. Niebo otworzyło się nad sceną. „Arkona” dawała czadu a deszcz się wzmagał. Aparat nie łapał ostrości bo ciągłe strugi wody zaburzały automat zoomujący. Biedni zdjęciarze stawali na głowie by złapać jakieś zdjęcie. Skrajne warunki nie pozwalały na wiele, ale ci nieliczni złapali na pewno fajne ujęcia. Słowiańskie rytmy rozpalały publikę tak bardzo, że deszcz słabł aż wreszcie przestał w ogóle. Zostawił po sobie tylko olbrzymie bajoro na środku placu, które zaraz było obiektem kąpania, chlapania i rozbryzgiwania. Zapachniało Woodstokiem.

Przeniosłem się wpław na małą scenę by usłyszeć „Sceptic”. Głównie za sprawą Viery, która w zeszłym roku była tu z „Totemem”. I jak poprzednio teraz też urzekała chropawym głosem, dredami i prezencją. Zespół też daje radę i widać po nich wieloletnie obycie razem na scenie. Nie było już tak duszno i dobrze się stało słuchając „Sceptic”. A obok stali ci, którym woda zalewała sandałki i trampki. Przynajmniej w tej chwili nie żałowałem, że mam glany na nogach. Ale nogi i tak bolały.

Polszczyzny ciąg dalszy – tym razem na głównej scenie. To za sprawą „Illuzion”. Nie lubię ich choć grają dobrze. Po prostu nie pasują mi i tyle. A ich obecność na metalfeście traktuję jako zapchajdziurę. Dla mnie z nich jest taki metal jak rock z Biebera – wszystko jest kwestią gustu. Lipa dwoił się i troił – przynajmniej jego głos jest taki, że nie da się go pomylić z żadnym innym. Dobry czas na kapuśniak i piwo.

Przeniosłem się znów na małą scenę. Woda już schodziła choć nadal bajoro przed sceną się utrzymywało. I tutaj znów polszczyzna – tym razem srogi „Azarath”. I muszę powiedzieć, że dla niego należy się szacun. Grają black jak mało kto obecnie w Polsce – i mówię tu o prawdziwym blacku pokroju Mayhem czy Burzum a nie podróbek. Ściana dźwięku, jaką postawili, imponowała. Growle i karabinowa perkusja skutecznie komponowały się z zapychaczem gitarowym. Tak wytworzona ściana była nie do przebicia. Bardzo, bardzo miło się zaskoczyłem bo dawno już nie słyszałem czegoś takiego.

Na blackowcach polszczyzna się skończyła. Na głównej zaś pojawiła się gwiazda terroru czyli „Hatebreed”. „Destroy everything” zabrzmiało jak nigdy a rozjuszona młodzież w czapkach z daszkiem zaczęła radośnie pluskać się w bajorku ostatecznie je wysuszając. Wiedziałem, że Amerykańce będą na tegorocznym Brutalu i już widziałem te tłumy terror crew ciągnące na ich idoli. Miły gest wokalisty – dedykowanie piosenki Jeffowi – został dostrzeżony i nagrodzony. Dobrze, że zauważają oni takich wykonawców choć to zupełnie nie ich bajka. Szkoda Jeffa, ale takie jest życie. Tributy dla niego będą grane na wszystkich festiwalach w tym roku.

Przyszedł czas na kolację i piwo. I odpoczynek bo została ostatnia prosta festiwalu. Liczyłem na „Sodom” bo „Helloween” było za późno i PKP nie dała mi szansy ich zobaczyć w tym roku. I Siemaszki nie zawiedli. Znów granie w starym stylu, bez kompromisów i uników. Ogień pod sceną rozpalał się co i raz podsycany obłędną perką i sekcją gitarową. Sporo staro szkolnych fanów w katankach i z naszywkami przyszło by zobaczyć ich idoli z dawnych lat. To było godne zakończenie tegorocznego Metalfestu.

Powrót przez las, potem pociąg i nocleg w Katowicach by o 6 rano wstać i ruszać do Wawy. Końcóweczka była naprawdę hardkorowa. Ale warto było. Choć tegoroczna edycja była dużo słabsza muzycznie niż ubiegłoroczna, ale najważniejsza była kontynuacja i to, że coś takiego w ogóle się odbyło. Chyba metalowy światek przyzwyczaja się do tej daty i tego miejsca. I o to właśnie chodzi. Bo najważniejsze by ciągnąć to, choć nie ma co roku mega gwiazd i super bandów. Organizacyjnie też sporo poprawiono i jedynie została tylko współpraca z PKP lub przemyślenie czegoś odnośnie dojazdu do Katowic (przynajmniej do tego jednego miasta bo najbliżej). I za rok trzeba być. Nieważne co będzie grać, ale być trzeba. By idea nie umarła.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)