Cze 052012
 

Teraz już wiem, dlaczego pokój był w tak niskiej cenie. Spanie nad klubem czynnym 24 godziny gdzie non stop leci jakaś sieka jest koszmarem. Słabo zasypiam przy hałasach więc zasnąłem dopiero nad ranem. A ranem regeneracja prysznicem, jajecznica i w zasadzie człowiek może funkcjonować. Potem krótkie przejście przez miasto i znów kolejką do Szczakowa i piechotką na festiwal.

Droga sprawdzona zatem jeśli następne edycje Metalfestu miałyby wylądować tutaj na stałe to jest to rozwiązanie sprawdzone dla tych, którzy są wygodniccy (jak ja) i nie chcą brać pola wymiotowego. Kolejka i przejście się są w sam raz na rozgrzewkę (zarówno po południu jak i w nocy). Przespać się można w Katowicach lub Mysłowicach i spokojnie dojechać. Połączenia są dobre, bo za dnia do Jaworzna pociągi kursują średnio co godzina a ostatni z Jaworzna jest w rozsądnej godzinie i nie zawala on całego koncertu ostatniej z grup.

Tego dnia postanowiłem przetestować szybkość trasy bo chciałem zdążyć na Grand Magusa. Miałem 20 minut do rozpoczęcia, gdy wyszedłem z pociągu. Ruszyłem z buta i po niecałych pół godzinie już byłem pod sceną. Chłopaki już jechali w najlepsze, ale zdążyłem na większą część ich występu. Wyszło tak, jak na płytach i dobrze. „Walhalla rising” czy „Hammer of the North” nie zawiodły. Z takimi brodami nie można grać źle nordyckich kawałków. Zacięcie do gry mają, kontakt z publiką też (nauka „Na zdrowie” zamiast norweskiego „Skol”) i skoczne heavy metalowe kawałki. Miłe do posłuchania i pomachania rękami.

Jeszcze jak zmierzałem pod dużą scenę zaczepiło mnie dwóch takich, którzy zachęcali do obejrzenia ich zaprzyjaźnionego zespołu na małej scenie. Obiecałem, że po Magusie zajrzę i posłucham. Dlatego jak tylko Skandynawowie skończyli to ruszyłem do schodków by obejrzeć i posłuchać ten zespół. Post profession, bo tak się nazywali, to całkiem zgrabnie grający zespół. Dobrze, że mają frontmana, który wie jak go promować i nie lekceważy publiki, choć zgromadziła się ona w liczbie sztuk koło 20. Zagrali z jajem a na koniec rozdawali albumy z ich płytą, która ukazała się raptem wczoraj czy nawet dzisiaj.

Co by nie było, musiało zacząć się prawdziwe granie. Ten dzień był pod względem miodności zespołów równie dobry co poprzedni, ale znacznie lepszy jeśli chodzi o różnorodność. Potwierdzeniem tego miał być występ Sceptic Flesh z Grecji. Miałem bardzo dobre wrażenia z ich występu. Bardzo mi przypominali w sposobie grania ich krajanów czyli Rotting Christ – podobna maniera grania gitar, śpiewu oraz chórowe wstawki. Miło się zrobiło, gdy zabrzmiał taki utwór jak „Lovecraft Death” i ze sceny padały słowa o Cthulhu i jego przebudzeniu. Melodyjne granie, chórowe wstawki – kurczę, jak ja lubię symfoniczny metal z lekko folkowym podejściem. A do tego niezłe pieprznięcie na perkusji i wyczesane gitary, co było słychać na kawałku „Persepolis” dedykowanym dla fanów. Wokalista przeprosił też wszystkich fanów za odwołania koncertów i zapewnił, że to nie było w ich gestii i oni sami nie mieli takiego zamiaru. Nie wiedziałem o co chodzi więc sprawdziłem to w necie. Okazało się, że odwołali w zeszłym roku koncerty w Polsce, bo się autokar zepsuł. Dobrze, że przyjechali do Jaworzna. Byłem niemal w metalowym niebie.

Pogoda, o dziwo, była niezła. Nie padało, było słoneczko, ale nadal chłodno. Dobrze się stało i słuchało wszystkiego, bo pot nie ściekał za koszulkę a słońce nie paliło ramion. Mogłoby być troszkę cieplej to przynajmniej człowiek w t-shircie mógłby swobodnie postać. Wielu to robiło, ale zdecydowana większość miała coś zarzucona na plecy. Każdy chyba spodziewał się, że może być chłodno lub zaraz spadnie deszcz. Dla ludzi z pola było łatwiej bo zawsze mogli wrócić się do namiotu i wyciągnąć co trzeba (vipowcy oczywiście gdyż reszta miała w chuj daleko). Przyjezdni, parkingowcy i ci z dalekiego pola mieli wszystko ze sobą by nie chodzić.

Przy zjedzeniu czegoś i wypiciu piwa patrzyłem co dzieje się na głównej. Miał się pojawić Powerwolf, którego chciałem bardzo zobaczyć. Chłopaki nie przebierali w środkach i tematyce i dziwiłem się bardzo, że ten zespół nie znalazł się wysoko na liście Ryśka. Wreszcie zaczęli. Wymalowani jak Behemoth, w strojach księżopodobnych, a wokalista nawet ze stułą, czasami wspomagany kadzielnicą, krzyżem i kielichem mszalnym. Działo się, działo. Kto nie widział, niech żałuje. Jajcarze z nich nieprzeciętni ale pierdolnąć potrafią. Było skocznie, dynamicznie i melodyjnie. Frontman cały czas zachęcał ludzi do śpiewu, do klaskania i urządzał małe zabawy w skandowania (Czy są tutaj jakieś dziewczyny? – pytał by usłyszeć chóralny żeński pisk z publiki. Ja chyba słyszę faceta – z groźną miną zwrócił się do punktu w tłumie. Ty? – wycelował palcem.) I tak niemal przez cały czas. Poleciały „Wolves of Armenia”, „Ressurection by erection”, „Saturday satan” oraz „Rise your fist”. Gość często intonował zapowiedź piosenki w formie psalmu, a już w samych kawałkach kościelna łacina to podstawa. Zatem wszelkie „domine”, „agnus” czy „ave maria dolorosa”  w zestawieniu ze słowami „lupus”, „satan” czy „diabolo” leciały w miarę regularnie i ku uciesze tłumu. Aktualizacja listy Rysia konieczna, skoro Behemoth nie mógł zagrać a przepuszczono Powerwolfa. Nie pierwszy to jednak tego dnia akcent dotyczący tej sprawy.

Po nich, dla odreagowania, zwiedziłem merche by zobaczyć czy coś nowego nie doszło. Niestety, nic się nie pojawiło. Kupiłem sobie za to jedną koszulkę z niemieckim Tigerem i wróciłem na małą scenę zwabiony żeńskim głosem.

Niczym pieprzeni żeglarze usidleni pięknym głosem syreny tak i jak zostałem złowiony przez „Calladorn”. Polski zespół gdzie głosem operuje śliczna dziewczyna o imieniu Ania. Zespół mi przypomina włoski „Motherstone” gdzie obok ostrego grania i męskiego śpiewu na wkurwie jest damski głos. Dla polskiego zespołu to się średnio udało. Jakoś czasami Ania była zagłuszana lub brzmiała nie w tonacji. Po jednym kawałku brałem to za przypadek, ale potem już nie można tego tak nazwać. Może na płycie lepiej to zgranie słychać gdyż jest bardziej dopieszczona niż prowizorka na żywo. Może. Życzę im jak najlepiej. Potencjał mają a wystój sceniczny nie do przebicia. Wielu facetów przyszło tylko dlatego, żeby zobaczyć zjawiskową wokalistę. Wygrali w głosowaniu na fejsie prawo do grania tutaj więc dobrze, że mogą wypłynąć na szersze wody i to na metalfeście.

To nie jedyna babka dziś, ale do tego jeszcze wrócę. Teraz czas na dużą scenę i polski akcent w postaci podwójnego uderzenia Vader/Acid Drinkers. Dwa różne zespoły, dwa różne podejścia i dwóch charyzmatycznych ludzi – Peter i Titus. Vader, jak przystało na nestora polskiego metalu, wyszedł i przypierdolił z grubej rury. Konferansjerka Petera była oszczędna i wymęczona. Jednak chwalił to, że może zagrać dla nas, dla Polaków i w Polsce. „Dobrze jest być wśród swoich” mówił. Jak ich słyszałem, to Vader po trzęsieniach ziemi z poprzednich lat już jest na nogach. Zgrali się, bawią się grą i miło jest ich słyszeć. Jak sobie przypomnę ze 3 lata temu Winterfest w Wawie albo support przed Slayerem to naprawdę jest duży krok do przodu. Brawo Vader! I po raz pierwszy na żywo słyszałem wykonanie Witchera! Warto było zostać z Vaderem przez te wszystkie lata. Nie mogło zabraknąć też „Wings” oraz „God is dead”. Acidzi to inna bajka. Rozrywkowi, muzykalni i żartownisie. Tytus tylko, podobnie jak na Sonispherze, cały czas po odegraniu powtarzał „Podobało się?”. I oczywiście w obu przypadkach słowo „napierdalać” nabierało nowego znaczenia. Wszyscy tłukli i grali tak, że aż w Toytojach dudniło. Jak ktoś był w nich podczas grania to wie, o czym mówię. Aż plastikowe złącza kratek drżały. „Hit the Road Jack” rozgrzał publikę a pozostałe utwory zlały się w jedno. Lekko słabszy i dużo bardziej poważniejszy występ kwasożłopów w porównaniu z tym na Soniku i wcześniejszym w Warszawie, o którym słyszałem od kumpla. Szkoda, że się wtedy nie wybrałem. Aha, na minutkę zabrakło prądu na Vaderze i siadł wokal oraz gitary. Dziwnie wyglądało jak chłopaki miotali się po scenie a poza perką nic nie było słychać. Bez prądu muzyka by umarła. Szkoda.

Acidzi jeszcze rżnęli na głównej, gdy na małej scenie zaczęli grać „Obscura Sphinx”. Kolejna babka. Znów świetny wygląd i głos… tak głos. Nie pasował mi. Na początku porównałem do Angeli z Arch Enemy ale to nie to. Tutaj pomocny był krzyk, który wzmacniał głos i przetwarzał go na rwący flaki tępy nóż. Zespołowi bliżej było do Blindead czy Neurosis niż do czystego metalu bo ambientowe wstawki były, kawałki urozmaicone i pełne ozdobników gitarowych i klawiszowych. Mogło się podobać, ale takie śpiewanie jest na dłuższą metę było dla mnie męczące. Wytrwałem do końca i jak tylko zapadła cisza, poczułem ulgę i spokój. Może to o to chodziło. Szybko się pozbierałem i pomknąłem na główną by usłyszeć moje odkrycie koncertowe sprzed roku na MORze czyli Eluveite.

Szwajcarzy wyszli w swoim najsilniejszym składzie i ze wszystkimi instrumentami. Lira korbowa, skrzypku, flet, organki i gitary oraz perka. Jak to zabrzmiało…. zajebiście. W porównaniu z występem w Czechach było słabiej, ale wtedy wzmocnieniem był Finntroll. Słyszałem Finntrolla samotnie i występ był taki sobie. Szwajcarzy zaś są klasą samą w sobie i to mnie bardzo ucieszyło. Zagrali oczywiście Inis Monę i próbowali wciągnąć publikę w śpiew, ale poza mocnym refrenem „Inis Mooooona!!!” Niewiele osób znało ciąg dalszy. Oczywiście pojawiła się prośba i zarazem nakaz o zrobienie circle pita. Ponieważ organizatorzy zdecydowali, żeby przez środek placu poprowadzić alejkę techniczną odgrodzoną metalową barierką, to zrobienie jednego circle było niemożliwe. Dlatego zrobiono dwa – po jednej i drugiej stronie barierek. Robiono to już na Scepticu i na Powerwolfie aż kurz szedł. Ale na Eluveite nastąpiła erupcja biegania, skakania i walki. Robiło się zimniej i pewnie wielu postanowiło się tym rozgrzać. Walka była niesamowita i trwała do samego końca. Eluveite dało radę i każdy powinien być usatysfakcjonowany ich występem, bo nie tylko Inis Mona była, ale też Neverland, Meet the Enemy czy Kingdom Come Undone. O Inis i melodii użytej w tym kawałku pisałem już innej części bloga – zapraszam do porównań, które mogą być bardzo ciekawe.

Przed Soulflyem trzeba było uzupełnić płyny, troszkę rozgrzać się kebabem i przesłuchać na rozgrzewkę Emergency Gate. Niemaszki wystąpili nietypowo bo na czarno, a wokalista cały na biało. Szybka napierdalanka, growlujący wokal i zachęty o podejście bliżej sceny. „We are from fuckin Germany” grzmiał wokalista. „Lets hear some shit!!!”. Dali radę mimo małej liczby czarnuchów wokół. Nie mogli równać się z Soulfly, który już rozkładał się i zaraz miał zacząć.

A skoro o Cavalerze to przejdźmy do niego. Jak ich słyszę to od razu zaczyna boleć mnie noga. Pamiętam na ostatniej metalmanii w Wawie jak dali koncert to w circle ucierpiało moje kolano. Od tej pory czuję je pod obciążeniem a na koncercie Soulfly w szczególności J Teraz nie było inaczej. Wybuchło szaleństwo, które trwało przez cały koncert. Robiło się już bardzo zimno. Temperatura oscylowała wokół 10-12 stopni, więc zabawa trwała w najlepsze i do niektórych zimno nie docierało. Zaś muzyka trafiała do każdego. „Refuse/Resist”, „Jumpdafuckup”, „Back to Primitive” i „Porada” rozgrzało to wszystko serce. Do tego bębny, ale nikogo z publiki nie zaproszono. „Roots” – aż przypomniały mi się dawne, dawne lata Sepultury. Cavalera też już nie ten, ale pazur w muzyce został. Na scenę wszedł też dwa razy młody pasierb Richie – „Whats up Richie” nakazał wołać starszy Cavalera. Bisowali też z zaśpiewem kibiców „Ole, Ole, Ole, Ole, Soulfly, Soulfly!!!!!!!”. Udany koncercik, choć nie taki jak kiedyś. Zbliżała się 23. Na małej powinien jeszcze grać Graveworm. Pobiegłem dla rozgrzewki.

Niemiecko-włoska maszyna dawała właśnie czadu. Ze sceny biła energia i do uszu docierał growling opanowany do perfekcji. I te wymawianie tytułów piosenek. To nie proste „Freedom” tylko „Frrrreeeeeedoooooommm!!!!” z dołu, samych trzewi. Ludziska cieszyli się i bawili. Rozpierdol pod sceną szedł w najlepsze a chłopaki z zespołu się bawili i cieszyli na ten widok. Wokalista nawet zszedł ze sceny i podbiegł do barierek by wyściskać fanów, przybić piątkę i podziękować za przybycie. Takie zachowanie to jest to. Wszyscy czuli się docenieni. Tym bardziej, ze na końcu rozdawali koszulki i szczęśliwcy mogli się na nie załapać. Szacun dla zespołu. Nie zawiedli.

A na koniec całego dnia wjechał Kreator. Myślałem, że scena jest nieustawna i nic na niej nie można robić. A tu proszę – powieszone bannerki, płachty materiału z malunkami trupów i zombie atakujących ludzi. Były też ognie strzelające i para. Nie wiem, czy inni nie chcieli tego robić czy może organizatorzy dopiero teraz dopuścili takie rzeczy. Przynajmniej widać było kto gra, bo pierwszy dzień pod tym względem to była porażka. Nawet na małej scenie pojawiły się bannerki. Czyli coś się zaczęło zmieniać. Kreator zaś szalał. Staruszki, ale zakasowaliby niejednego młodego. Często wracali wspomnieniami do wielkich koncertów, w tym tych ze Spodka. Wspominali miło Polskę i to, że zawsze dobrze im się tu grało. Wstawili się też za Nergalem, którego są przyjaciółmi. Zagrali specjalnie dla Behemotha i dla wszystkich „catholic authorities” utwór „Phantom Antichrist” by pokazać, że muzyka nie lubi ograniczeń i każdy może słuchać tego, co chce a nie tego, na co ktoś inny zezwoli.

Robiło się już cholernie zimno. Poczekałem na północ i ruszyłem drogą przez las i tory w stronę stacji. Potem podróż w pociągu na stojaka. Wszystko w przedziałach było zawalone i do samych Katowic przestałem na korytarzu. Na miejscu prysznic, zrzucenie zdjęć i spanie. Oczywiście w objęciach łupanki z dołu. Jednak dziś mi ona nie przeszkadzała. Dziś usypiała mnie Inis Mona!



 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)