Cze 042012
 

Zaczęło się na dworcu centralnym w Warszawie. Tanie Linie Kolejowe dowiozły mnie wprost do Katowic, gdzie miałem miejscówkę na czas festiwalu. Do Jaworzna było jakieś pół godzinki kolejką więc można było sobie pozwolić na taki luksus. Tego dnia wiało i padało. Pogoda nie zamierzała mieć litości dla metalowców i hartowała ich w najtwardszy z możliwych sposobów. Deszcz przychodził i odchodził co zapowiadało ciężki wieczór na festiwalu.

Dworzec kolejowy w Jaworznie nie wyróżniał się niczym szczególnym od szeregu innych dworców w małych miejscowościach. Nigdzie nie było tabliczki z kierunkiem na Metalfest. Uczynny taksiarz wskazał drogę i była ona faktycznie tak długa, jak zaznaczyli to organizatorzy – ponad 2 kilosy szosą przez las wzdłuż torów kolejowych. Szkoda tylko, że na stacji nie zamieszczono nic, chociażby kierunku. Widocznie zakładano, że każdy ma GPS i na namiary ze strony internetowej trafi. Metalowiec poradzi sobie w każdej sytuacji.

Mniej zwartą grupą wszelkiej maści czarnuchów udało dojść się do zalewu Sosina, gdzie polska edycja Metalfestu się miała odbyć. Położony malowniczo nad brzegami sztucznego jeziorka prezentował się fajnie – niemal jak plaża w Płocku na Cover Festiwalu. Tutaj obowiązkowa kolejka do opasek, trochę kurwienia na guzdralstwo obsługi, jedna fala deszczu i wreszcie można było wejść.

Metalfest zorganizowany był na dwóch scenach. Przy głównej było pole namiotowe VIP i leżało dokładnie na wprost wejścia. Wszyscy na początku chcieli tam iść widząc scenę, ale obsługa wskazywała właściwą drogę. Na szczęście dalej już było lepiej. Od drogi głównej było zejście na plażę i zarazem do małej sceny. Potem, przy samym głównym polu, umieszczono jadłodajnie i piwo. Zgodnie z polską tradycją skoro jest piwo, to znaczy, że nie można z nim chodzić tylko spożyć na wyznaczonym obszarze. Wprowadzono kupony, za które kupowało się wszystko – od piwa po kebaba. Żeton kosztował 3 zeta i za piwo trzeba było dać dwa żetony, za herbę 1 a za kiełbę z cebulką 3 żetony. Jak zawsze żarcie i piwo było najbardziej obleganym miejscem na festiwalu. No, może poza występem gwiazd.

Słaba informacja i brak oznakowania dały się we znaki. Merche były tak niewidoczne, że gdybym nie zapytał pani w okienku z żetonami, gdzie mogę dostać koszulki, to bym tego nigdy nie znalazł. To samo odbywało się podczas koncertów zespołów. Ja rozumiem, że występu Blindów czy Moonspella nie trzeba zapowiadać, ale innych wypadałoby. Pierwszego dnia powieszono bannerki zespołów, ale na wysokości nóg grajków, przy perkusji, zasłonięte dodatkowo piecykami i kłębami kabli. Trzeciego już każdy na dużej scenie miał solidny banner z nazwą i nawet standy z logo albo okładką albumu. O małej scenie można zapomnieć – tam jeśli zespół się nie pochwalił, to nikt nie wiedział, kto jest kto. Rozkład jazdy istniał i nawet się to trzymało kupy, ale i tak ponad pół godziny obsuwy było. Ponieważ sceny działały na zakładkę i występy wchodziły na siebie, to po pewnym czasie nie było wiadomo kto i kiedy. Dopiero jak złapało się zespół, który się zna, to można było się znaleźć w rozpisce. W kolejnych dniach wyglądało to podobnie a trzeciego to nawet ta „zakładka” była naprawdę solidna. Ktoś, kto pierwszy raz jest na czymś takim, musiał mieć mały mętlik. Za informacją się nie rozglądałem bo i tak trafiało się źle. Ochroniarze mieli na polarkach „służba informacyjna” ale służyło to temu, że informowali o piciu piwa w wyznaczonym miejscu czy zachowaniu porządku. Wiele można wybaczyć – mam nadzieję, że następne edycje nauczą organizatorów i będzie już tylko lepiej. Też mam taką nadzieję, bo festiwal fajny i wart swojej ceny, szczególnie, że skład był idealny i ze świecą szukać takiego dawniej i obecnie w Polsce.

Z racji opóźnienia mojego nie udało mi się zobaczyć całego Trypticonu, ale to, co widziałem nie zachwyciło. Może dlatego, że się nie nadają na koncerty. Długie kawałki, rozwijają się wolno i w rytmie koncertowym mogą po prostu nudzić. Potem wjechał Alestrom i zrobiło się piracko a do tego śmiesznie i rozgrzewająco. „Sunkn Norwegian”, „Captain Morgan Revenge” czy „Keelhauled” brzmiały tak jak zawsze czyli wykurwiście i z przytupem. Zabrakło moich ulubionych „Wolves of the sea” ale nie można mieć wszystkiego. Hawajskie spodnie i kolorowy keyboard nie pasowały do pogody ale publika się bawiła i to się liczyło. Po Szkotach przeniosłem się na małą scenę na „Chainsaw”. Super zabawa, super zespół. Widziałem ich ze dwa lata temu i są nadal tak dobrzy jak poprzednio. Kontakt z publiką super a do tego nieźli z nich jajcarze. Udawanie MJ, zagranie Pink Floydów czy „We will rock you” na melodię Black Sabbath, wypadło świetnie i tylko pozazdrościć tak długiego stażu na polskiej scenie i takiej dobrej kondycji zespołu.

W przerwach biegałem od jednej sceny do drugiej, coś szamałem (jak kupujecie warzywa gotowane to tylko na początku festiwalu – potem zamieniają się w breję gotowano-pieczoną), kupiłem koszulki i znów powrót na główną. Na niej wchodził właśnie Moonspell. Aż dziwię się, że organizatorzy zabronili występ Behemotha a pozwolili innemu ulubieńcowi Ryśka Nowaka – właśnie Moonspellowi. Niezbadane są ścieżki losu. Nie zmienia to faktu, że Portugalczycy zagrali super koncert nie przesadzając z nowym materiałem. Dużo kawałków z Wolfheart wzbudziło aplauz publiki a „Trebaruna”, „Alma mater” czy „Erotic Alchemy” tylko rozbudziło zziębnięte członki. Do tego piękny „Full moon madness” oraz „Wolfshade”. Ktoś przyniósł na koncert winyla i wywijał nim cały czas co spotkało się z nagrodą w postaci podpisania płyty przez wokalistę. „Szczęśliwiec” jak określił go Fernando. Widziałem go potem podczas całego festiwalu – zawsze miał ze sobą reklamówkę pełną winyli i wyciągał je w nadziei na podpisanie. Nie wiem, jak to było potem, ale z Moonspelem mu się udało.

Znów zmiana na małą, gdzie walczył ukraiński Hell:on. Dużo ludzi, wielki szał ,powiewająca flaga Ukrainy i rzeźnia na scenie. Mała scena chyba z takim zamierzeniem powstała bo tutaj nie brano jeńców tylko zdrowo napierdalano. To samo było z „Fueled by Fire” czy ostatnim tutaj „Fleshgod Apocalypse”. O dziwo nagłośnienie było dobre i nie słyszałem żadnych wpadek. Wtedy wychodzą oczywiście niedoróbki samych zespołów ale po to jest festiwal, by ocenić jak chłopaki brzmią na żywo. Studio to studio a żywa publika, choćby i licząca stu chłopa i krzycząca „napierdalać” to już zupełnie inna bajka.

Oderwałem się potem na Hypocrisy. I muszę powiedzieć, że zaskok. Kiedyś na brutalu ich słyszałem, ale jakoś mi umknęli muzycznie. Teraz miałem czas i dałem im szansę. Muszę powiedzieć, że nie żałowałem. Ostry wygrzew, szybkie kawałki, gniotąca wszystko perkusja i obłędne granie na gitarkach. Coś pięknego. Niemal metal w czystej postaci. Chyba wokalista po raz pierwszy zauważył, że nie pada od dłuższego czasu i wyjrzało nawet słońce. Wtedy z tej okazji zagrali „Fire In the sky”. Naprawdę zacne granie było tym, co było mi potrzeba. Wiedziałem też, że tego dnia nikt już tak nie zagra, więc postanowiłem zostać z nimi jak najdłużej.

A po Szwedach weszli Niemcy z Blind Guardian. O nich nie mam co pisać. Zrobili to, co zawsze czyli rozwalili publikę jak chcieli i czym tylko mogli. „Walhalla”, „Mirror, Mirror”, „Imagination from the Other side” czy „Majesty” i nieśmiertelny „Bard song” wymiotły wszystko. Hansi bawił się przednio i nie ukrywał tego. Rozmawiał, pobudzał ludzi do klaskania, machania łbem czy rękami, zachęcał do krzyku. To jest Blind, który wszyscy chcą oglądać i dobrze, że coraz częściej przyjeżdżają do nas.

Po nich zrobiło się zimno. Chłód wchodził coraz bardziej. Wilgoć od ziemi i zimny wiatr robiły swoje. Herbatka już nie dawała rady. Kolejki do piwa zmalały drastycznie a wzrosły do grochówki i herby. Nie było gdzie się skryć poza parasolkami, ale na zimno to nie działało. Tylko wejście w grupę ludzi przy koncercie dawało ciepło a machanie rękami i poruszanie się rozgrzewało dodatkowo. Dlatego wszyscy czekali aż Megadeth wejdzie i zacznie grać bo wtedy zrobi się ciepło.

I weszli. Rudy grał, śpiewał i biegał z gitarą. Nie doczekałem końca kontu bo musiałem spadać na pociąg, ale to co słyszałem dawało radę. Nigdy specjalnie wielkim fanem Musteina nie byłem, ale szacunek mu się należy. Z Metallicą nie wyszło i nie ma co do tego wracać. Z Megadethem doszedł do czołówki i pokazał wszystkim, gdzie jest jego miejsce. Swoich fanów ma, co było widać po liczbie osób z piórami na głowach, jeansowych kapotach z naszywkami i skórzanych, ciasnych spodniach. To już na Metallicę coraz mniej osób tak przychodzi a na Megadeth zawsze.

I wreszcie powrót do pociągu, droga przez las i jakieś ruiny. Było już po północy więc nie wiadomo, kogo by Można tam spotkać, ale udało się. Pociąg 0:39 do Katowic był na miejscu prawie w pół do drugiej. Potem prysznic, zrzucenie zdjęć i spanie w celi. Dzień zakończony.

I jeszcze kilka fimików zapożyczonych z youtubka. Swoje mam – może później podmienię.




 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)