Cze 062012
 

Pogoda początkowo dobra szybko zmieniła się w pluchę. Padało gorzej niż pierwszego dnia i można było przemoknąć parę razy. W tym dniu miałem zdążyć na Brainstorm, ale słyszałem ich tylko z oddali bo mój telefon postanowił, że w dniu dzisiejszym pojedzie do Krakowa. Chwilę trwało zanim dobra dusza pomogła mi zdalnie i mogłem po dwóch godzinach odebrać telefon ze stacji Jaworzno. Taka przerwa odbiła się tym, że straciłem zobaczenie Brainstormu, części Death Angela i In Extremo. Część to nie wszystko, a to, co zobaczyłem, było bardzo dobre. Death Angel jak solidna lokomotywa miarowo i solidnie przecinała powietrze strunami gitar. Miłe dla ucha metalowe granie było efektem świetnej pracy perki i gitar. To akurat chłopaki ze Stanów opanowali do perfekcji a szlifowali to ponad dwadzieścia lat. Pochwalili też polską publikę za walkę pod sceną. Powiedzieli, że w dwóch poprzednich miastach gdzie grali ludzie niemal spali a oni czuli się jakby byli w kinie. Dopiero ogień i szał doświadczyli tutaj i dla naszych zagrali „Kill as one”.

In Extremo to radosna twórczość metalowo-folkowa z Niemiec. Widziałem ich na Cover Festiwalu w Płocku i zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie. Na luzie, radośnie, bez tremy i skocznie – to cały In Extremo. „Do you like beer?” padło pytanie retoryczne w stronę moshujących braci czarnych. Odpowiedział ryk setek gardeł zwilżanych Tyskim – sponsorem piwnym metalfestu. Kobza, flet, harfa i inne wynalazki były w użyciu i to właśnie dzięki nim Volmond brzmi tak, jak brzmi. Tego nieśmiertelnego kawałka nie da się zagrać inaczej.

Na moment przeniosłem się na małą scenę. Szkoda, że nie słyszałem dobrze ConsFEARacy bo z daleka słychać było ostry grindcore a tego na metalfeście jeszcze nie słyszałem. Zamiast nich obejrzałem Emigrę. Czapka z daszkiem i śpiewanie na wkurwie – znaczy że hardcore wjechał na scenie. I było całkiem, całkiem. W deszczu średnio dało się słuchać, dlatego czmychnąłem pod parasolki przy piwiarni w oczekiwaniu na kolejnego grajka na dużej scenie.

Na niej zaś rozstawił się Dark Tranquility. Bardzo mi przypominają Opeth – pod względem muzycznym oraz wizualno-wokalnym wokalisty. Ich muza zatrzymała wreszcie deszcz i można było w pełni rozkoszować się ostrymi dźwiękami szwedzkiego mroku. Nie brakowało też zabaw z publiką i próbami głosowymi między dwoma stronami sceny, która głośniej zakrzyczy „Dark Tranquility”. Lewa wygrała. Trudno.

Na małej zaś zrobił się ruch, który już nie ustępował do końca występów w tej części festiwalu. Pewnie to za sprawą polskich zespołów, których ścisła czołówka została na sam koniec. A zaczęło się od Frostbite, który zaśpiewał piosenkę, którą nie udało im się w Must Be The Music. W żartach zaznaczyli, że dzięki temu byli przez pół sekundy w Polsacie bo te pół sekundy użyto do promocji programu. Wiadomo czym kierowali się ludzie przychodząc na metalfest i chcących usłyszeć napierdalających chłopaków. Nie wiadomo zaś czym jurorzy, skoro kawałek został odwalony w przedbiegach.  Nie rozumiem – łojenie gitar, perka i ostry wokal – komu się to nie podobało?

Ruch między małą a dużą sceną w tym dniu był lekko zakłócony. Coś nie tak wychodziło ze zgraniem bo zespoły nakładały się bardziej i dłużej niż w poprzednich dniach. Z każdego występu trzeba było coś urwać by zobaczyć kolejny. Możliwe, że jakieś wcześniejsze opóźnienia się skumulowały, ale tego już nie widziałem. Widziałem za to efekt i to urywanie po kawałku z koncertu by zdążyć na kolejny.

Znów trzeba było się nachodzić i spalać kalorie tak pracowicie nabijane w strefie żarcia. To przez takie bieganie i nakładanie się nie zobaczyłem początku Ensiferum. Finowie zaczęli w kiltach i z gołymi klatami oraz barwami wojennymi na twarzach. Potem już było ostro, czasami po finlandzku i miodnie. Chłopaki promowali swoja nową płytę i zachęcili mnie do niej naprawdę solidnie. Czuć było, że dobrze im się gra i bawią się tym, co robią. Nawet nieśmiertelnego Jarre można było usłyszeć! Sporej wielkości stand z tarczą i mieczami dobitnie pokazywał to, o czym gra Ensiferum. Jeśli ktoś miał wątpliwości to mógł przekonać się o tym w kotle po prawej stronie sceny, gdzie circle pit (zgodnie z wolą wokalisty) kręcił się aż miło. Dziś już nie ulatywał kurz tylko grudki ziemi i błota, ale zabawę mieli fajterzy niezłą.

Szybka grochówka zapełniła ciepłem żołądek i można było słuchać muzy dalej. Tym razem przy plaży zagrał Animations. Brzmieli dobrze i wydawało mi się, że już głos wokalisty gdzieś słyszałem. Spora liczba fotoreporterów i kamer wskazywała, że to ktoś znany. Sprawdziłem na necie (bo aż tak polskiej sceny nie znam by kojarzyć twarz z nazwiskiem i grupą) bo jak wiadomo, tam jest wszystko i czasami szkoda zaśmiecać sobie pamięć takimi rzeczami. Co się okazało? Wokalisty nie znam, ale zespół jest miejscowy, z Jaworzna. Zagrał przed Judas Pristem w Spodku i Trivium, wybrany na Woodstock w głosowaniu i generalnie same zaszczyty i wyróżnienia. Wrażenie robią i grają bardzo dobrze. Scenicznie też się promują i chwała im za to, bo przynajmniej w ich wykonaniu nie jest to na wyrost i muzycznie jest bardzo dobrze.

Jeszcze zostanę przy małej, gdzie działo się sporo. Pojawił się Totem i szaleństwo wybuchło na nowo. Grają już trochę, bo ponad 10 lat i oby tak dalej. Jest ostro, hardcorowo i metalowo. Wiera na wokalu to dynamit, który bym porównał do Angeli z Arch Enemy (i chyba tylko różnią się długością dredów J ). Jeden kawałek, na zakończenie swojego występu, zaśpiewali razem z Aumanem, który już w Totemie nie śpiewa ładnych parę latek, ale nie zapomniał jak się to robi (we Frnotsidzie też nie zapomniał). Wiera jest naprawdę wyjątkowa i aż dziw, że aż do tej pory nie widziałem Totemu na żywo. Jak widać jeszcze wiele przede mną.

Nie żałowałem tego występu i tego, że urwał on trochę chwały od Fear Factory. Amerykańców miałem okazję już zobaczyć i usłyszeć na Brutalu i jakoś specjalnie nie poruszyli mnie. Ich wersja industrialnego metalu ma jakąś dziwną manierę, którą przekazują w niemal każdym kawałku.  Po raz pierwszy słyszałem ich w kawałku „Zero distance” z Mortal Combat, potem wpadły inne kawałki. Wszystkie mają jeden motyw główny, który przewija się niemal wszędzie. Co bym nie usłyszał od nich, to tam znajdę go. Może tylko takie są promowane – nie wiem. Jakoś mi to nie pasuje i tyle. Zagrali też stary kawałek i ten już nie był taki „połamany” – solidny kawał zdrowego nakurwania. Dzięki temu napiłem się herbatki mając ciągle dobry widok na scenę i słuch na muzę. A potem znów mała scena i znów polszczyzna – tym razem pod nazwą Hate.

Mały Behemoth – tak mi się wydało jak ich zobaczyłem i usłyszałem. Malowanie, rzucanie głowami, gitarki tnące powietrze jak żyletki, bannerki w postaci proporców – szkoda tylko że Behemoth nie mógł zagrać. Na szczęście zagrało wiele innych świetnych polskich kapel i żal nie jest aż tak wielki. Chłopaki zaznaczyli, że to pierwszy taki open air w Polsce z prawdziwego zdarzenia i należą się brawa dla organizatorów za ten wyczyn. Wszyscy przyklasnęli zgodnie. Popieram całym sobą. A jak dodał, że to już powinno być tak co roku, to jeszcze bardziej ich polubiłem. A muza poleciała w kosmos – ludziska walczyli pod sceną stojąc w deszczu i rzucając się wokół. Deszcz przechodził falami i teraz ciężko było nie być zmoczonym. Na wyciąganie peleryny czy parasola nie chciało się marnować energii bo zaraz trzeba by to składać. Już lepiej swoją porcję deszczu przyjąć i mieć to z głowy. Przecież nie można bardziej zmoknąć.

Na zakończenie wystąpili kolejni weterani muzyki czyli WASP. Wystój głównej sceny nie był tak imponujący jak przy Kreatorze, ale dumne logo oraz zaznaczenie, że to 30 lecie zespołu robiło wrażenie. Czarni bawili się jakby to było popołudnie nic sobie nie robiąc z deszczu i zimna. Na te parę kawałków, które słyszałem, duch pudel metalu w obcisłych skórzanych spodniach i piórami na głowie wstał i bawił się na scenie. Zaś co do obcisłych…gość nie powinien ich zakładać. Na początku ich grania wyglądał zdecydowanie inaczej niż teraz. Nie tylko przybyło zespołowi 30 latek ale też wokaliście ze 30 kilosów. Już na Wacken w 2010 widziałem WASP i nie wierzyłem oczom, że tak można się zmienić. Teraz jestem w stanie to zrozumieć.

O północy, jak w dwóch poprzednich dniach, szedłem sobie drogą do dworca mijając lasy i tory kolejowe. Cisza wokół przerywana była tylko coraz słabszym echem WASP-u z oddali. Ludzie już się zbierali. Niektórzy już popołudniu, jeszcze inni teraz a reszta pewnie dopiero w poniedziałek. Czy warto było przyjeżdżać? Tak, tak, tak. Wreszcie coś takiego w Polsce. Wreszcie bez przekrętów i rozczarowań. Wreszcie na poziomie europejskim. Wreszcie. Niedociągnięć było trochę, ale widziałem że w trakcie trwania festiwalu były one w jakimś stopniu niwelowane. Trzeciego dnia były i bannerki na scenie i scena nie była taka pusta. Jeszcze tylko billboard informacyjny i będzie jak na Brutalu. Ale nie od razu Brutala zbudowano a pierwszy Metalfest miał prawo mieć mankamenty. Najważniejsze, że zabawa była przednia i nie żałowałem wydanych tu pieniędzy. Jeśli za rok będzie kolejna edycja to będę tam na 100% – niezależnie gdzie będzie. Oby w tym miejscu i czasie. I z kolejną porcją metalu do przelania przez uszy, oczy i żołądek. Czego i wam życzę!!!


 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)