Cze 122010
 

Progresja po raz pierwszy zorganizowała taki gig – nie dość, że nie w murach samego klubu tylko na pobliskiej łączce to  jeszcze w formule mini open air. Bardzo to wszystko ciekawie wyglądało i czuło się że Prezes (bywalec wielu topowych  festiwali jak chociażby Brutal Assault) bierze wszystko co dobre ze sprawdzonych mechanizmów. Część z żarciem i piciem była  oddzielona od części festiwalowej. Piwo było za kupony, za beczkami stały całkiem sympatyczne dziewczęta, ochroniarze czesali  jak dzicy i to za każdym razem przy przejściu między festiwalem a żarciem. Zorganizowano to wszystko bardzo sprawnie – aż  dziw, że można tak w Polsce. Co prawda nie było to coś wielkiego na parę tysięcy ludzi, ale te dwie setki, które były mogły  poczuć się przez moment jak na markowym festiwalu. (Zbych: wydaje mi się że było więcej osób niż dwie setki. Na moje oko mogło się przewinąć z tysiąc dusz. Mogło się wydawać że mało ludzi ale to bywa trochę złudne. Cieszył mnie bardzo fakt że koncercie nie zabrakło oprócz rasowych Henków, starych „znajomych”, Joszków i Tych Mrocznych, rodzin z dziećmi. Trzeba wychowywać młode pokolenie metalowców, a takie imprezy nadają się do tego wyśmienicie)

Szacun dla Prezesa…

A co od strony muzycznej? Zaczęło się od 13 od kilku polskich kapel. Nie byłem, nie słyszałem – nie mogę się wypowiedzieć.  Jeden team z tego zestawienia – Horroscope – słyszałem na Knock Out Festival w Krakowie w zeszłym roku, ale nie pamiętam jak  było. Nie zostało w pamięci, więc chyba nie wyróżnili się niczym szczególnym. Z tego, co czytałem, to chyba nie było tak źle.  Polskie kapele w Progresji mają dobrze i chętnie się pokazują. W sumie zagrały cztery kapele i podejrzewam, że mile zapełniły  czas do czasu występu głównych gwiazd. Dobiliśmy na teren koło 17 – akurat by nabyć piwo i rozejrzeć się po okolicy. Na  scenie akurat grali „Born Again”. Ludzi już było sporo, choć nie tyle ile się spodziewałem. Pewnie i tak wszyscy szykowali  się na gwiazdę czyli na Sabaton, a ten miał grać po 21. Timing festiwalu był naprawdę niezły – było jedno miejsce, gdzie  nawet się trochę pospieszyli, ale generalnie wyszło całkiem przyzwoicie. Sprawnie zajęło rozstawianie zespołów, nagłaśnianie  i prezentacja. O dziwo nagłośnienie było całkiem, całkiem – dużo lepsze niż standardy Progresji. Albo przyłożyli się do  pleneru albo łączka ma lepszą akustykę niż wnętrze klubu :)

Do części festiwalowej zwabiły nas dźwięki GrailKnights. To od nich chcieliśmy zacząć gig. W październiku 2008, gdy Sabaton  był w Polsce i nakręcili w Progresji oficjalny klip do „40:1”, jako support też wystąpili GrailKnights. I wtedy ich występ  był szokiem. Teraz nie było inaczej. Chłopaki są wyluzowani na maksa i potrafią śmiać się z siebie i robić jaja ze  wszystkiego innego. Czterech kolorowych rycerzy (w końcu są to rycerze Graala – czerwony, zielony, niebieski i żółty) w  plastikowych zbrojach na klatach, pelerynkach i maskach na twarzy grało oczywiście radosny power metal z nutką hardcoreu.  Prężyli się w swoich wdziankach, robili pozy z rozwianą peleryną i wyciągniętą ręką jak supermen w locie. Publika została  wciągnięta w te pozkazywania, które miały zapewnić taką wspaniałą sylwetkę, jaką mają chłopaki. Sir Optimus Prime (tak,  trzeba wymawiać z egzaltacją) odczytał nawet po polskawemu odezwę do Battlechoir (czyli całemu tłumowi słuchaczy – a  wymawiać trzeba to z niemiecka co brzmi jak „batelkłaja”) (Zbych: na co pada odzew tłumu, tak trochę z polskim akcentem – YES SAJA !!!!) która wzywała do pokonania Doktora Skulla. I zaczęło się.  Muzycznie brzmią świetnie. Kawałki mają skoczne, śpiewne i z wykopem. Publika była zachwycona, zespół był zachwycony (i ten  piskliwy głosik „Bjutiful”) i wszyscy byli zachwyceni. Poza sceną pojawił się smok, który był wypędzany przez wszystkich. Na  poprzednim występie była z nim walka, ale teraz służył tylko jako maskotka. Przechadzał się też Doktor Skull ze swoim orczym  pomagierem – byli nawet po piwo. I jeszcze koń – który przywiózł baryłkę piwa, którą oddano w tłum. Strugi piwa potem  pryskały dookoła wśród śmiechu i braw. Kto nie był, niech żałuje. Zabawa była przednia.

Odpoczywając wciągnęliśmy po parówie i kolejnym piwie (oraz coli). W tym czasie na scenie szalał Blaze. Były wokalista Iron  Maiden szalał jak za dawnych lat i jak na dinozaura był w całkiem niezłej formie. Brzmiał jak te 20 lat temu – ta sama  maniera śpiewania i ten sam klimat kawałków, które prezentował. Brzmiało to mile, a jedna piosenka Ironów była całkiem,  całkiem.(Zbych: a był to Clansman – dobry kawałek !)

Jak czytałem komentarze odnośnie jego występu to ludzie byli wniebowzięci. Ujęło ich to, co Blaze krzyczał ze sceny.  A krzyczał całkiem konkretnie w przerwach między piosenkami. Krzyczał, że to dzięki fanom jest tu, na tym miejscu. Że to  dzięki tym, którzy wspierali go po odejściu z Ironów jest tutaj, dzięki tym, którzy kupowali jego koszulki i CD. Podkreślał  za każdym razem co już pod koniec było niesmaczne. On jest dla fanów i jak skończy koncert to pójdzie do stoiska i pogada z  każdym, uściśnie rękę, podpisze koszulkę czy cedeka. Godne pochwały, ale takie epatowanie tym bardzo, bardzo rzucało się w  oczy i delikatnie robiło z niego pajaca. Ludziska jednak bawili się i tłumnie uderzyli po koncercie do stoiska. Chwała mu za  to, że jest jaki jest, ale jakoś takiego zachowania nie kupuję w ślepo.

(Zbych: publikę charakteryzował dość młody wiek i zapewne większość ludzi była wniebowzięta kontaktem z wokalistą, na Brutalu za takie pierdzenie dostałby chyba łbem prosiaka !! jak dla mnie wielka kupa, jestem tu dla Was – kupcie T-Shirta !! przybiję Ci piątkę !! aha szacun dla mega mrocznego fana Blaze’a, jego wzrok zabijał a sandały dziarsko chrzęściły na piachu i skocznie wybijały rytm ukochanego wokalisty)

Potem przyszła kolej na UDO. Były wokalista „Accept” przeżywał swoją drugą młodość. Musicie wiedzieć, że chłop jest już w  wieku przedemerytalnym i te siwe włosy na głowie to nie farba. Piał jak za dawnych czasów, gdzie królował pudel metal i  niemiecki trash. Miłe to było, szczególnie że UDO ma swoje brzmienie, którego nie da się podrobić. Pianie (bo to chyba  najlepsze określenie) było słyszalne wszędzie. Tłum zebrał się bardzo duży, wszyscy się bawili, śpiewali i mieli świetną  zabawę. Pojawili się też osobnicy, którzy przypominali Axla Rose za swoich młodych lat. Lata 80 wróciły w ekspresowym tempie.  Bardzo to budujące, bo w końcu to takie osoby jak chociażby UDO budowały to, co dzisiaj jest grane na scenach całego świata.  Na efemce rozgorzała dyskusja o tym, że klasyka i gwiazdy to może i były ale kiedyś. Teraz to już stare pryki i generalnie  miernoty. I mówią to ludzie, którzy wychowali się na Tokio Hotel czy nawet na Sabatonie, nie umniejszając temu ostatniemu ani  grama jego sławy. Jednak rock i metal nie zaczyna się na Sabatonie czy na Kornie albo Comie tylko sięga tak głęboko jak  korzenie Black Sabbath, Metallicy, Testamentu czy Led Zeppelin. Można ich nie lubić, ale szacunek im się należy. Za to, co  zrobili. Młodzi (o kurwa, już tak się wyrażam to znak, że starzeję się, oj starzeję :) ) często mylą szacunek z lubieniem i  mieszają z błotem tych, dzięki którym mogą słyszeć dzisiejszych kornów, slipknotów czy sabatonów. Na szczęście frekwencja i  zabawa pokazuje że większość ma świadomość tego, że ze sceny ziała 30 letnia historia rocka. Salut! (Zbych: UDO to takie insze ACDC, ta sama maniera w głosie i gitarki, widać że mają wprawę, dawali ognia, ale kompletnie ich nie znam);

I wreszcie Sabaton. Już czwarty raz ich widzę i za każdym razem jestem ogromnie podekscytowany tym, co się będzie dziać. To  jest moc, siła i duma. I tym razem też tak było. Promocja „Coat of Arms” trwa i to był jeden z pierwszych koncertów, gdzie są  grane kawałki z tej płyty. Zaczęli „po staremu” czyli „Ghost Division” a z nowej płytki wjechały „Screaming Eagle” (mega  szybki kawałek i jeden z moich ulubionych), „Aces in Exile”, „Uprising”, „Saboteur” oraz tytułowy „Coat of Arms”. Nie mogło  zabraknąć „40:1”, „Attero Dominatus” i historycznego „Primo Victoria” (w końcu granie miało miejsce 6 czerwca). Wesoło  brzmiał „Panzer Battalion” i „Cliffs of Gallipoli” (Zbych: Szwedzi zaskoczyli fajną choreografią, ze sceny błyskały ognie jak pod Dunkierką, szły snopy iskier i błyskały światła, nie powiem, podnosi to adrenalinkę zwłaszcza jak do tego idzie ogień z głośników i piosenki się śpiewa z 80% wraz z wokalistą i większością publiki, to jest cecha charakterystyczna dla Sabatona, chyba szykuje się jesienne rendez-vous w Krakowie)


Dużo tego było i bardzo dobrze, bo granie wychodziło przednio. Gardło  sobie zdarłem, ale warto było. Podziękowań ze strony publiki było dużo, podobnie jak podziękowań od zespołu. Tradycyjnie  Joakim nie mógł się nas, Polaków, nachwalić. I dobrze, bo Sabaton zawsze w Polsce jest wyjątkowo przyjmowany nie mówiąc już o  ogniu na scenie. W samym występie pojawiły się różne polskie elementy, jak chociażby napis Sabaton na tle polskiej flagi przy  „40:1”.

Po całym festiwalu było jeszcze afterparty z zespołami, ale już nie dotarliśmy. Z tego, co czytałem, to była to jedna wielka  kicha więc dobrze, że się nie zmarnowało czasu na to. Pewnie i tak by się człowiek nie dopchał by choć grabę uścisnąć.  Pozostało bardzo dobre wrażenie, miłe wspomnienia i koncertowe zmęczenie. Pogoda dopisała, więc było ciepło i sucho. Jak na  pierwszy raz było bardzo dobrze. Progresja stanęła na wysokości zadania i udowadnia, co sami zauważyliśmy, że z czasem staje  się głównym miejscem koncertowym Warszawy. Stodoła to klasyka, ale ilością koncertów metalowych ustępuje wyraźnie. I dobrze –  konkurencja zawsze sprzyja rozwojowi :)

(Zbych: Teraz to tylko czekać na podobny Festiwal ale z napierdalatorami J We Want MORE !!!)

Znów nocka, znów kolejny koncercik minął. Coraz bliżej lata i wyjazdów, gdzie metalowo-rockowy pazur wysunie się na całą długość i  będzie drapał przez parę długich dni. To był przedsmak tego, co czeka wszystkich, którzy wyjadą na Masterstów, Wacken i na  Brutala. Jak to mawiano w „Predatorze” – „Lato tego roku będzie bardzo gorące” :)

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)