Cze 092010
 

Na koncert „Lamb of God” wybraliśmy się za namową Przema, który szczerze Baranka polecał.(Zbych: początkowe hasło Przema, idziesz na Baranka ? było trochę szokujące, wszak można to rozumieć na wiele sposobów J ale po chwili padło doprecyzowanie co to za Baranek, oczywiście Baranek Boży hehehehe). Po przesłuchaniu tego, co grają już było wiadomo, że będzie niezła rzeźnia. Amerykańce grają szybko, głośno i bardzo, bardzo metalowo. Takie brzmienie, jakie oni osiągają, jest czymś naprawdę niesamowitym. Robi to wrażenie słuchając ich z płytki, ale dopiero na żywca mogliśmy się przekonać jakie mają pierdolnięcie. Ściana marshalli robi swoje. Ale po kolei…

Bo najpierw Mac i kanapka. Wizyta w „Progresji” w środku tygodnia, to wcześniejsze uzupełnienie energii w żarłodajni. Jest wtedy taka atmosfera parkingu, żarcia w samochodzie i henkowania. Tak właśnie wyglądał początek, a jak się można przekonać z poprzednich wpisów, jest to dość typowy początek koncertowy :) Potem krótka prosta do klubu i gotowe, jesteśmy. (Zbych: Mac’owanie przed Progresją to „rytuał”, a rytuałów trzeba przestrzegać z Big Mac’iem w garści lub Hot Dogiem).

Zaroiło się od czarnych już na schodkach przed wejściem. Ludziska dopisali i doceniali osiągnięcia Lambów. Czarnej braci było naprawdę sporo i to takiej z blazą na ryju, mrokiem w oczach i drapieżnymi tatuażami. W końcu to ekstremalna publika dla ekstremalnego grania metalu. Poznaliśmy też przy okazji człowieka, który już słyszał chłopaków wcześniej i był cały zachwycony z ich koncertu. Nam pozostało poczekać i na własne uszy przekonać się o tym.

Czekanie umilała nam kapela, która podobno wygrała ten support dzięki głosom publiki. Grali fajnie i zgrabnie – nie było w tym czegoś wyjątkowego ani przykuwającego, ale dali radę. (Zbych: z ich występu pamiętam fajny wkręt w postaci rzutnika wyświetlającego różne filmiki na ścianie. Często były to jakieś archiwalne zdjęcia i reportaże o tematyce II wojny światowej, ale trafiały się też i inne. Nie powiem, nie ważne jaką wojnę puścisz do metalowego grania zawsze będzie pasować. Podobny zabieg robił Ulver na koncercie aczkolwiek ich filmy były z muzyką ściśle skomponowane. Aha, koleżkowie mieli fajny kawałek składający się z 3 słów, zresztą taki sam tytuł ma ten kawałek: KILL NAZI FUCKER – Ogień w oczach) Piwo mile chłodziło gardło, bo już temperatura podnosiła się niebezpiecznie. Ludzie przychodzili i odchodzili, ale trzon pozostał niewzruszony. Dostrzegliśmy tam jeszcze jedną znaną nam osobę – co prawda trudno tu mówić o znajomku, ale kojarzyliśmy go z innego koncertu. Charakterystyczna rozgrzewka, rozluźnianie nóg, praca rąk i podskoki oraz frotka na nadgarstku i dzikie spojrzenie. Gość to fajter z Cadavera, na którym byliśmy w zeszłym roku w Krakowie. Skoki, ataki w pogo, walka w tłumie – to jest jego żywioł. I był na Lambach. Jednak moc zespołu jest wielka skoro ludzie z całej Polski ściągają na ich koncert.

I wreszcie zaczęli. Zaczęli od odsłonięcia dwóch ścian marshalli – to już była zapowiedź mocy, która miała się uwolnić. Głośniki robiły wrażenie a już za parę sekund miały robić masakrę w uszach. Zaczęli i zaczęła się rzeźnia. Było głośno, ale nie przeszkadzało to w odróżnieniu, która gitara co gra, praca perkusji współgrała ze wszystkim. (Zbych: takie brzmienie jak na Lambach ma rzadko który koncert, soczystość gitar była obłędna, ciary szły wzdłuż kręgosłupa). Nad wszystkim unosił się chropawy głos wokalisty. Naprawdę super koncert. Nie znałem ich dogłębnie ale gdy usłyszałem ich muzykę, to było naprawdę dobrze. Brzmieli mega ciężko, gitary wywracały bebechy na drugą stronę, perka obijała łeb z każdej strony i można było odczuć moc i prawdziwego trytona (tryton to dysonans w muzycznej skali harmonicznej i jako taki był traktowany jako znak szatana – przepraszam za mało naukową teorię ale wiadomo, że chodzi tu o napierdalanie :) ) (Zbych: ja z kolei szybciochem wrzuciłem całą dyskografię na MP4-rkę i katowałem ją przez kilka tygodni do koncertu. Chłopaki mają uderzenie, kawałki są mega energetyczne i dobrze brzmią podlane mocnym wokalem. Początkowo miałem do nich rezerwę, ot kolejni napierdalatorzy, ale bardzo szybko zauważyłem że słucha się ich diabelnie przyjemnie).

Dla porządku nadmienię tylko, że zagrali: The Passing, In Your Words, Walk with Me In Hell, Now You’ve Got Something To Die For, Ruin, Houglass, Dead Seeds, Blacken The Cursed Sun, Descending, Contractor, Laid To Rest, Omerta, Vigil, Redneck, Black Label. Wspominali spotkanie z Behemothem, trasę po Stanach i chwalili publikę. Chyba sami byli lekko zaskoczeni przyjęciem, jakie zgotowali ludziska bo wokalista rozpływał się w zachwytach. (Zbych: byliśmy świadkiem największego młynka w Progresji od dawien dawna. Ludzi opanowało zbiorowe szaleństwo. Wokalista był pod wrażeniem masakry jaka miała miejsce u jego stóp. Nie chcąc stracić pingle i z racji lekkich cichobiegów, odpuściłem sobie harce, ale było tak parno w środku że „spływało” po wszystkich :) )

Koncert był naprawdę udany. Nie trzeba znać zespołu czy pamiętać piosenek bo w jednej chwili czuje się, czy to jest coś dobrego czy gniot. Lamb of God dali radę i z nawiązką wynagrodzili dla mnie ich nieznajomość. Kredyt zaufania spłacili z procentem.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)