Wrz 162010
 

Szukaliśmy miejsca do zaparkowania auta a Jaromerze podczas Brutal Assault, gdy dostałem esemeska z wiadomością, że Nergal ma białaczkę. Siedzieliśmy wtedy w samochodzie i nie mogliśmy się odezwać. Miałem w tym dniu koszulkę Behemotha na klacie i jakoś tak dziwnie się poczułem. Jeszcze niedawno widzieliśmy chłopaków na Masters of Rock i już zupełnie blisko na Castle Party. Ich koncerty są niezwykle energetyczne i nie było widać by coś się działo. Jednak choroba nie wybiera. Szczególnie taka.

Podobno poczuł się źle po koncercie w Bolkowie i po badaniach postawiono diagnozę. Wesoła nie jest, a nawet całkiem poważna – białaczka. Obecnie już chyba Adam zaczął już chemioterapię i nadal czeka na dawcę szpiku. Tylko przeszczep ostatecznie pozwoli na wygraną z chorobą. Oczywiście dzielnie wspiera go w tym Wiadomo Kto, której imienia  tu nie wymienię. Chwała jej za to i jeśli wszystko się uda to zyska w oczach czarnej braci spory kredyt szacunku. Podczas koncertu w Opolu dobitnie pokazała dla kogo tu jest i czyniła wszystko byleby pozyskać nowych dawców i by właśnie ten jeden okazał się właściwy (w Polsce jest zarejestrowanych 100 tysi taki ludzi – w Niemczech 4 miliony więc o czym tu mówić).

Dlaczego teraz, po dwóch miesiącach, umieszczam takie info? Nie jestem na bieżąco a blog to nie dziennik. O samej sprawie pisało już tylu mądrzejszych i większych, że nie warto powielać czegokolwiek. Chciałem jednak o innej rzeczy związanej oczywiście z życiem i śmiercią – bo to jest właśnie taka sprawa. Ze śmiercią, lub raczej z wielkimi smutkami, które nas w tym roku spotykają, dzieje się coś niedobrego. Rok 2010 jest fatalny dla metalu bo odchodzą z tego padołu ludzie, którzy coś znaczyli i zostawili swoje piętno na tym stylu muzyki. Z każdym rokiem trzeba się szykować, że stara wiara będzie się wykruszać, ale gdy to następuje, to zawsze jest zaskoczenie i szok. Przecież tacy ludzie są niemal bogami i są nieśmiertelni. Życie okrutnie sprowadza do parteru każdego, kto tak myśli. I nie oszczędza nikogo.

Największa strata to Ronald James Padavona czyli Ronnie James Dio. Był razem z Osbournem w Black Sabath gdzie święcił tryumfy i stworzył wszystko to, co obecnie znamy pod szyldem heavy metalu. Jest też „wynalazcą” gestu, który jest już znany nawet wśród indian z Papuy czyli słynnego „diabełka”. Okrzyk „Horns up!” i las rąk w górze to coś, czego nie ma żaden inny styl muzyczny. I to wszystko zasługa Dio. Wszystkie festiwale w tym roku poświęcały mu swoje pięć minut, wykonawcy krzyczeli w niebo „To dla ciebie Ronnie” czy nawet tworzono miejsca pamięci. Na Masters of Rock jedną ze scen nazwano właśnie imieniem Dio, na Wacken była specjalna aleja, gdzie przypominano kim był i co grał. Super rzecz, choć każdy wolałby by Ronnie wyszedł na scenę i zagrał. „Heaven and Hell” w którym grał miał nawet być na Wacken, ale z początkiem roku odwołano wszystkie koncerty właśnie z uwagi na chorobę Ronniego.

Jeszcze jedna znana osoba odeszła w tym roku – Peter Steele – lider i wokalista zespołu Type O’ Negative. Człowiek z głosem rozpoznawalnym na kilometr o posturze wielkoluda i wyglądzie playboya (o ile chciał tak wyglądać bo czasami to żul spod budki). O nim można by powiedzieć, że „plotki o mojej śmierci są zdrowo przesadzone” jak to się zdarzało parokrotnie wcześniej, ale tym razem to nie była plotka tylko fakt. Atak serca złapał go gdy był jeszcze przed pięćdziesiątką, ale nie oszczędzał się za życia. Melancholia, klimaty śmieci, mówienie o samobójstwie, depresja i leczenie psychiatryczne – to codzienność Petera. Dla mnie pozostanie w głowie jeden kawałek – naprawdę godny uwagi. „My girlfriend’s girlfriend” to jak dla mnie kwintesencja TON i tak już zostanie. Ich ostatnia płyta z 2007 „Dead Again” (nomem omen) przyjęta była dobrze i nawet w Polsce grali z niej sporo kawałków. Nie jest to może gwiazda formatu Dio, ale zasłużony dla metalu (i nawet gotyku) człowiek.

I jeszcze jeden muzyk, który odszedł zostawiając za sobą zespół i swoje dokonania. Może nie jest taki wielki jak ci panowie na górze, ale jednak wpisuje się w kanon heavy metalu. O jego śmierci dowiedziałem się już z newsów i rozmawialiśmy o tym chwilkę podczas Sonisphere. Szkoda gościa, ale cóż – niektórych rzeczy nie da się zmienić. Chodzi tu o Paula Greya – basistę zespołu Slipknot. Można ich nie lubić, ale naprawdę solidnie potrafią przypieprzyć. Byli w Wawie i byliśmy na ich koncercie – to było naprawdę coś. Szczególnie perkusista, który na koniec koncertu poszybował w górę i wraz z całą perkusją obrócił się o 360 stopni. Normalnie szok. Ze Zbyszkiem zamurowało nas bo to przeczyło prawu grawitacji :)

To był 2009 rok. Niecały rok później Graya już nie było.

Celowo nie piszę o innych katastrofach, które zdarzyły się do tej pory – Smoleńsk, powodzie, krzyż. Dla nas, metalowców, odejście w tak krótkim czasie takich ludzi to jest naprawdę coś szczególnego. Możemy się nie poczuwać czy znać, ale szacunek się im należy. Bo na to zasługują. I w to wszystko wpisuje się niestety dobrze choroba Nergala. Odwołana trasa Behemotha i rozpoczęcie leczenia. Każdy, kto napierdala dyńką na ich koncertach, trzyma kciuki za Adama. Na jakimś portalu w Stanach ktoś napisał, że jemu nic nie może się stać bo jest półbogiem.  Fajnie, że tak o nim myślą, ale życie boleśnie może to zmienić. Oby nie. Nergal ma dalsze plany i jeśli wszystko się powiedzie, to już przyszłym roku rusza w trasę (w okolicach kwietnia). Miejmy nadzieję, że tak będzie i bestia jeszcze nie raz zaryczy.

Najgorsze jest to, że ten rok się jeszcze nie skończył. A skoro do tej pory tak bardzo zamieszał w metalu to aż strach powiedzieć, co będzie do grudnia. Chyba że porcja pecha została wyczerpana i  będzie w tym roku radosna metalowa gwiazdka czego wam serdecznie życzę.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)