Lip 082011
 

Miesiąc po wyprawie na Rhapsody znów nas wyniosło w teren – tym razem do Kraka. A celem było na nie byle co – Pagan Fest. Obrządki pogańskie w dzień 21 marca szczególnie dobrze się nadawały, gdyż był to pierwszy kalendarzowy dzień wiosny. A zatem mieliśmy do czynienia z prasłowiańsko-nordyckim przesileniem wiosennym. Zbysiu i Ania byli w Kraku już od niedzielki, Ja natomiast miałem dojechać później bo przecież w robocie jak zawsze znajdą ciekawsze rzeczy do robienia niż koncercik Korpiklaani. Na szczęście wszystko się udało i ostatecznie po robocie ruszyłem na pociąg i dojechałem do Krakowa. Po kilku godzinach świętowanie można było zacząć.
ZBYCH: Jak Marcin wspomniał Kraków zdobyliśmy już w Niedzielę około 14.00 za sprawą naszego Wilka. Trasa minęła w rytmach muzyki zapuszczanej przez Anię, więc za dużo szarpidrutów nie było. Za to poznałem ostatnie radiowe hity będące wtedy na czasie. Po przybyciu do Krakowa, nie obyło się bez wieczornego wypadu na spacer, również aby coś zjeść. W pierwszej kolejności pomyślałem o standardowym kotlecie ale bez Marcina Mega-Kotlet to nie to samo. Finalnie wylądowaliśmy w Sioux’ie, takiej krakowskiej odmianie Sfinksa. Ku naszemu zaskoczeniu, całość utrzymana była w fajnej kowbojskiej konwencji, łącznie z menu i kelnerami (i uroczymi kelnerkami). Poszliśmy z Anią po całości wybierając dania dnia. Na moim talerzu pojawił się konkretny kawał steku, kolba kukurydzy, opiekane ziemniaczki oraz sałatka warzywna. Niebo w gębie. Tak pysznego żarełka dawno nie jadłem poza domem.
Kolejnego dnia, gdzieś około 11.00 ruszyliśmy z Anią na spacer, między innymi odwiedzić Wawel i na własne oczy zobaczyć grobowiec zmarłego w katastrofie prezydenta Kaczyńskiego. Po drodze, spacerując wzdłuż Wisły zobaczyliśmy sporą brygadę dzieciaków z Marzannami. Wtedy to do nas dotarł fakt że to pierwszy dzień wiosny. Podsumowując, Smok ział ogniem jak trzeba, na Wawelu wszystko po staremu, grobowiec elegancko odwiedziliśmy, później spacer po Rynku i oczekiwanie na Marcina.
Tuż przed koncertem, postanowiłem że nie godzi się aby Marcin nie posmakował tego co wczoraj mnie rozłożyło na łopatki. Stek zniknął w zastraszającym tempie. To był Good Kill.

W klubie Studio byliśmy już parę razy i powoli staje się to kolejny stały element krakowskich koncertów. Tym razem za dużo ludzi nie było, więc w cywilizowanych warunkach weszliśmy do środka i zajęliśmy miejsca na galeryjce na wprost sceny. Miejsca o tyle dobre, że można było w przerwie usiąść sobie na ławeczkach a potem stanąć przy barierkach i mieć dobre pole widzenia na wszystko, co dzieje się pod nami. Szybkie piwko i można było posłuchać nordyckich pogan.
Na Arafela, Varga i Druidi nie dotarliśmy. Festiwal zaczynał się od 17 albo 18 i ja w tym czasie dojeżdżałem do Kraka. Potem jedzenie, dość długi spacer na miejsce i w końcu wylądowaliśmy jak zwijali scenę po Vargu. Kolejny raz, gdy ten zespół wymyka się nam na koncertach, ale w tym roku już go dopadniemy. Szkoda, że straciło się szansę posłuchania tych kapel ale trudno. Może innym razem.
Za to Moonsorrow to już klasyk nordyckiego metalu o klimatycznym zabarwieniu. Brzmiał fajnie i długo. Kawałki miały dobrze ponad 8 minut i swoim zróżnicowaniem nie pozwalały odpocząć nawet na moment. Nie znam Moonsorrow na tyle by wiedzieć nawet co śpiewali, ale brzmienie mieli fajne. Kontakt z publiką był mizerny – nawet na koniec zeszli i tyle. Muzycznie jednak są dobrzy i to się liczy (choć odrobinka ognia w odpowiedzi na szał, wykrzesała publika, by się przydał).

ZBYCH: Ania stwierdziła że wszystkie kawałki brzmiały tak samo. W sumie coś w tym jest, dla nie wprawionego ucha subtelna linia melodyczna jest nie do wychwycenia. Taka to już jest specyfika takich brzmień. Mi się podobało, ale miałem wrażenie że to nic nowego co do tej pory prezentowała masa dotychczas widzianych kapel.

Po nich zagrał Unleashed. Chłopaki zostali zaproszeni chyba z uwagi na to, że śpiewają o wikingach bo to, co płynęło z głośników to czysty i niczym nie skażony Death. Zrobiło się bardzo, bardzo głośno i to było super. Dynamika, śpiew i ostre riffy uderzyły w publikę po Moonsorrow i wymiotło ją spod sceny. Zostali tylko najtwardsi i zaczęli pogować. Nie spodziewałem się, że taki zespół zagra na Paganie, a tu proszę jaka miła niespodzianka. Wszyscy nastawialiśmy się na Korpiklaani, a tu takie uderzenie miodności jeszcze przed główną gwiazdą. W recenzjach czytanych na forach ludzie traktują ten występ jako przerywnik przed gwiazdą i wskazują na Moonsorrow jako najlepszy występ na Paganie. Jeśli trzymać się tematyki i klimatu to tak (dlaczego nie Korpiklaani to zaraz). Jeśli zaś za ogólne zasługi to Unleashed bije wszystkich na głowę. To był wykurwisty występ i tyle.

ZBYCH: Pierwszy kawałek, zatrzeszczały plomby w zębach, spojrzeliśmy się na siebie z Marcinem, i bez słów widzieliśmy że każdy myśli o tym samym. To był soczysty wykurw. Tak masakrycznego napierdalania dawno nie słyszałem. Goście byli piekielnie dobrzy w tym co robili. Ania też wyczuła ich moc i czułem jak sobie tupie nogą do rytmu. Świetny występ.

I na koniec Korpiklaani. Dla nich tu przyjechaliśmy i bez nich nie gramy. Specjalnie na ich występ udekorowano scenę zielonymi gałązkami, rogami jeleni i wzorami celtyckimi. Weszli, zagrali i zaczęło się pogańskie święto. Pierwsze skrzypce (nomen omen) zagrało nagłośnienie. Tak było fatalne, że wszystko zlewało się w kakofonię bez szans na rozróżnienie instrumentów a czasami nawet głosu śpiewającego. Nie wiem, co się tam mogło stać. Czy to defowcy tak rozstroili wszystko, że się posypało? Nie mam pojęcia. Zaszkodziło to Korpiklaani bardzo. Dobrze, że ludzie znali „Vodka” i „Beer, beer”, śpiewali co trzeba, bo inaczej nie dałoby się rozróżnić co jest w tej chwili grane. Mimo to zespół zagrał fajnie i bardzo dobrze się bawił. Picie piwa z rogów bawołu, rozmowy i okrzyki. Sympatia biła ze sceny i od ludzi przy scenie, więc każdy upajał się jak mógł. I dobrze, bo zasługiwali na polską przychylność.

ZBYCH: po raz kolejny, słabe nagłośnienie kładzie występ dobrego zespołu. No żesz madafaka, czy nie mamy w Polsce dobrych technicznych dźwiękowców ? Ja rozumiem że to ogólnie łomot, ale w tym wszystkim na serio jest logika. Dobre zespoły bronią się pomimo tego, całe szczęście, choć to strasznie kłuje oczy i w sumie szkoda mi muzyków, bo to dla nich na serio cholernie ciężka praca.

Frekwencja przez cały czas trwania imprezy była dość niska, jak na takiej rangi festiwal. Po raz pierwszy w Polsce i wyszło to słabo. Niektórzy piszą, że nie było gwiazd, jak chociażby Eluveite. Może. Zawsze chcieliśmy by było coś u nas, a nie u Czechów czy Niemców. Jak przychodzi co do czego, to ludzie kręcą nosem lub po prostu nie przychodzą. Trochę szkoda, bo w takim przypadku organizatorzy mogą już nie zrobić tego typu festynu w Polsce i stracimy wiele. Zobaczymy za rok. Oby Pagan był i zaprezentował się tak, by wszystkich kręcących nosem zadowolić.

ZBYCH: Z tego co czytałem/słyszałem Pagan Festiwal co roku objeżdża Europę, i to był pierwszy raz gdy zawitali do Polski. A tu klapa, słaba frekwencja może położyć całą inicjatywę. Z tego co obserwujemy takiej tematycznie imprezy w Polsce po prostu nie ma. Poszczególne zespołu występują to tu to tam jako suporty, ale praktycznie wcale nie da się zobaczyć ich na jednej imprezie. To się staje możliwe dopiero po opuszczeniu Polski. Czesi mają takie impry co i rusz. Niemiaszki też nie próżnują. A u nasz widocznie jest jeszcze sporo do zrobienia. No i warto by na koniec imprezy wytoczyć trochę posoki z dźwiękowców. Dali dupy po całości.

Droga powrotna to oczywiście znana i zjechana w każdym kierunku trasa na Warszawę. Wilk już tak często po niej biega, że trafiłby do domu z zamkniętymi oczami. Po raz pierwszy też pocięliśmy autostradą z prawdziwego zdarzenia z Krakowa do Katowic, później to już standardowo na Częstochowę i Warszawkę. Roboty drogowe i objazdy kilkukrotnie nas przyhamowały ale w wesołej kompanii droga się nigdy nie dłuży. Śmigało się tak, że aż miło patrzyliśmy na szarą polską rzeczywistość wspominając zeszłoroczne festiwalowe wyjazdy. Udało się też spotkać na jednej ze stacji gościa, który w wściekłości nalewał benzynę wlewem po drugiej stronie wozu, przez co przewód miał tak rozciągnięty, że musiał pomagać sobie drugą ręką by go utrzymać nad dachem swojego autka – niezły wariat. Zobaczyliśmy też gdzie można zjeść najlepszego Kebaba w Polsce. Po bułach i parówach droga płynęła spokojnie i do samej Warszawy nie zdarzyło się nic nieprzewidzianego. Kolejny udany wyjazd. Oby takich więcej.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)