Mar 292010
 

Rammstein i Combichrist już pojechali. Nam zostały zdjęcia oraz masa pozytywnych wspomnień z wyjazdu. I nimi chcemy się z Wami podzielić. Ten dwugłos prowadzę ja – czyli Yarot – oraz Zbych. Zapraszam!

„Reise, reise”

Wyprawa do Łodzi zaczęła się o 12, gdy tylko autokar ruszył spod Dworca Gdańskiego. Rozsiedliśmy się, pośmialiśmy i ruszyliśmy (Zbych: w autobusowym TV pojawiła się wizja i autokar wypełnił się rykiem niesfornych wokalistów, rytmiczną perką oraz ulewą gitarowych riffów, zestaw piosenek znany z poprzedniej listopadowej wyprawy do Katowic 2009). Podróż minęła na rozmowach, oglądaniu i słuchaniu muzyki w tym koncertu Rammsteina z Nicei (Zbych: koncert odpalono zaraz po 15 minutach na siku gdzie w ruch poszła słuszna inicjatywa soku malinowego, taki mały before). Zrobiło się gorąco (i to podwójnie bo grzanie w autokarze na maksa było podkręcone), niektórzy podśpiewywali, inni odsypiali a jeszcze inni rozmawiali o wszystkim i o niczym. Nie powiem, że trzy godzinki minęły jak z bicza strzelił, bo to jednak kawałek czasu, ale Łódź pojawiła się za oknami dość szybko (Zbych: Łódź zjawiła się niespodziewanie ponieważ szyby tak zaszły musztardą, że nic nie było przez nie widać). I abyśmy nie zapomnieli o jej wyglądzie to pokręciliśmy się wokół Atlas Arena by poszukać miejsca parkingowego. Łatwo nie było, ale udało się przycupnąć przy jednej z bram. Dla niektórych to już było za dużo i opuścili wcześniej autobus by odlać się w parku – jak człowieka przyprze to wiadomo, że zrobi wszystko. Cały autokar kibicował nieszczęśnikowi, ale wszystko się udało bez mandatu i gorszenia staruszek. Atmosfera oczekiwania na pierwsze dzięki klawiszy R+ rośnie.

„Mein Teil”
Pierwsza myśl i kroki po wyjściu z pojazdu – jeść! Położenie Areny jest tak niekorzystne, że nie ma nic w pobliżu, co nadawałoby się do zasiedlenia przez grupę ponad 10 osób na czas dłuższy niż godzinę. Pozostało ruszyć w miasto i szukać. Nie wiem jak, nie wiem gdzie, ale trafiliśmy do tramwaju, przejechaliśmy gdzieś i wypadliśmy niemal na samą Piotrowską (Zbych: podróż tramwajem z opłotków Łodzi do centrum zabrała całe 2 przystanki :)). Flagowa ulica Łodzi wygląda jak nasz Nowy Świat – nie ma fajerwerków, cudów i innych niewidów. Nawet ozdoby świąteczne jeszcze wisiały. Widać tam obchodzi się Święta cały rok. Najważniejsze było zaś to, że tam już było miejsce i konkretne jedzenie. Do tego wódeczka, rozmowy i śmiechy – typowy wyjazd koncertowy choć bardzo, bardzo grzeczny. Schabowy zjadliwy, ziemniaczki dały radę a zimna finlandia gasiła pragnienie udatnie. Z każdym kęsem i minutą zbliżaliśmy się do magicznej godziny 20 (Zbych: miejscówka zaprawdę godna polecenia, obsługa miła, dwa schaby a nie jeden, zimna wódeczka a i ciacho można było sobie wrzucić na ząb, idealna zaprawa przed koncertem). Ciemniało już za oknem (bo jeszcze przed zmianą czasu) i wszystko wskazywało, że już zaraz zacznie się „Steeeeerbeeeen!!!!”

„Feuer Frei!”
Powrót pod Arenę nie trwał długo. Trochę śniegu, trochę deszczu i lekki wiatr. Robiło się zimno, ale już byliśmy lekko znieczuleni więc dało radę. Światła i lampy uliczne dawały kiepskie światło, ale i tak tabuny czarnuchów dało się wypatrzeć bez problemu. Koszulki z R+, zniszczone spodnie, glany, kurtki, przebrania za kucharza czy nawet jakieś czuby albo grzywki – wiedzieliśmy, że dobrze trafiliśmy. Pan przez megafon zachęcał do korzystania z bramek (Zbych: Pan z megafonem był dzielny), gdzie jest mała kolejka do wejścia. Od niego też się dowiedzieliśmy, że VIP i niepełnosprawny to jedno i to samo. Czasami dobrze być zwykłym wyjadaczem płytowym. Ale jedno trzeba przyznać – kolejki nie było. Ochrona nawet specjalnie nie macała i wszystko odbyło się gładko i sprawnie. Zaś w samej Arenie to już była rzeźnia. Kupa ludzi, małe przejścia i korytarze zbyt małe by szybko rozładowywać rzesze zagubionych widzów i tych, którzy szukali swego sektora. Pod tym względem Spodek jest lepszy – zaplecze wokół sektorów jest spore i nawet postawienie kilku merchów nie toruje przejścia. Wizyta w Łodzi to dla niektórych pierwszy raz i póki co, porównania z innymi halami były nieodzowne. Z szatni lepiej było nie korzystać – tłok był potworny, a przecież potem trzeba było wyjść jak biały człowiek. Stania w takiej kolejce zapowiadało się na dobre 20-30 minut. Nasz sektor – P – był akurat po przeciwnej stronie od miejsca, gdzie wbiliśmy się na Arenę. Przeszliśmy korytarzami, pościskaliśmy się i przeszliśmy obok straganów z pizzą, colą i merchami. Cudów nie było – T-shirt za 60 zeta to norma (Zbych: choć ceny krążyły również wokół 100 PLN, lekka przesada, ale czarnuch nie patrzy na cenę gdy jest na koncercie swojego idola, co poniektórzy niecnie wykorzystują), choć i tak nawet tanio. O innych akcesoriach nawet nie wspominam – kto ma kasę niech kupuje. Ścisk i tak był – mozna było przynajmniej pooglądać sobie to i owo (choć koszulek z napisem „Pussy” jak w Katowicach nie widziałem). Po chwili wszystko przestało się liczyć – wejście do hali i widok trybun przesłonił wszystko (Zbych: widok przebił ten ze Spodka, ale jak dla mnie Chorzów przed Metallica i te 60.000 w stadionie nadal RULES).

__________Łódź 2010______________Spodek 2009_________Stadion Chorzów 2008______

„Du Riechst So Gut”
Arena wygląda naprawdę dobrze. Jest na niej mniejszy spadek niż w Spodku, ale wygląda ładniej i nowocześniej (Zbych: ciekawe dlaczego nie ma takiego obiektu w Warszau? Trzeba liczyć na Narodowy). Niebieskie podświetlenia schodów wyglądały fajnie, podobnie jak całość powietrznej konstrukcji stropu, która rozpięła się nad naszymi głowami. Obawiałem się o dźwięk w takim otoczeniu – nie było niczego, co by mogło jakoś go ekranować lub wzmacniać. Nad płytą wisiał (chyba obrotowy) wyświetlacz rodem z NHL. Nie działał, choć fajnie by było, gdyby wyświetlał cokolwiek – nawet słowa piosenek :) Scena ustawiona była na „krótszym” boku, otoczona sferycznymi kolumnami, które blokowały widok z boku. Niestety siedzieliśmy tak, że było to istotne z naszego punktu widzenia. Głębi sceny nie było widać, chyba że tej części, która była najbliżej nas. Trochę szkoda, bo na koncertach R+ dużo się dzieje na całej estradzie. Trudno – muzyka najważniejsza, choć pewien niedosyt można było odczuć. Dobrze, że byłem wcześniej na koncercie w Katowicach. Co prawda siedzieliśmy dalej, ale cała scena była widoczna. Teraz można było oglądać wszystko bliżej, choć nie tak do końca wszystko (miałem lornetkę i dzięki temu Til był na wyciągnięcie ręki). i jeszcze jedna uwaga co do samej hali – szkoda, że nie pomyślano o przejściu między sektorami. Wiadomo, łatwiej pilnować i zarządzać takimi oddzielnymi częściami, ale jeśli chciało się przejść z początku rzędu do końca i nie chodzić ludziom po nogach to trzeba było wyjść z hali, wejść w odpowiednie wejście i tamtędy przejść, gdzie trzeba. Trochę to upierdliwe i pewnie gdybyśmy trzymali się razem, to byśmy nawet tego nie spostrzegli, a tak wyszło trochę słabo. Aha, na koniec już tej części – następnym razem to płyta. Koniecznie. Steeeeeerrrrbeeen!!!!

„Spiel Mit mir” aka Blut Royale”

Z niemiecką precyzją koncert zaczął się o 20.00. Oczywiście od supportu i oczywiście od Combichrista. Widzieliśmy go wcześniej w Kato, widzieliśmy go dzień wcześniej w Wawie (Zbych: w Progresji) (poczytajcie o tym oddzielnie) i teraz pokazali nam to, co im wychodzi najlepiej. Kompletne szaleństwo na scenie. Na dużym formacie, jak w Łodzi czy Spodku, nie ma tego, co można poczuć na klubowej scenie. Naprawdę warto ich zobaczyć bliżej, warto usłyszeć lepiej i warto posmakować ich szaleństwa. Czytałem takie opinie osób, które widziały ich po raz pierwszy, które pytają się, czy oni nie uciekli przypadkiem z zakładu psychiatrycznego. Combichrist ma dwóch bębniarzy(!), klawiszowca i wokalistę. Nic więcej im do szczęścia nie jest potrzebne. Przepraszam, jeszcze obsługa techniczna, bo w ich przypadku jest ona konieczna. Bębniarze napierdalają w bębenki jak szaleni. Rzucają pałkami, wspinają się na kotły i leją na nie wodę, kopią, rozrzucają po scenie, by w finale wszystko rozpieprzyć naokoło łącznie z klawiszami. Mają przy tym niezły ubaw a wszyscy wokół zastanawiają się, czy oni tak normalnie czy im może już na dobre odpierdoliło. Spieszę donieść – oni tak mają. I dobrze, bo klimatem wpisują się idealnie w to, co gra Rammstein. Co prawda bardziej industrialnie, bardziej elektro, bardziej techno-bitowo, ale za to składnie, melodyjnie i z ogniem. Oglądać ich z 10 metrów i 60 robi różnicę i mówię wam – warto iść na ich występik na mniejszej scenie. Naprawdę.

„Ich Will”
Po szaleńcach z Combichrist nastał wreszcie ten moment. Światła zgasły i zabrzmiały pierwsze dźwięki „Rammleid„, rozwalanie ściany i pojawienie się R+ na scenie. Obłęd rozpoczął swoje żniwo. Sam koncert był niemal identyczny jak ten w Katowicach. Niewiele zmian, inscenizacja ta sama, ale niczego nie żałuję (albo jak śpiewa Til – „je ne regrette rien”) i jeśli mieliby zagrać choćby za tydzień, to też bym się wybrał (Zbych: przyłączam się, choć szkoda że występ był w 95% taki sam jak w listopadzie, ale who cares ?? to był Rammstein !!). Było wszystko to, do czego zespół nas przyzywczaił – ogień, ogień i jeszcze raz ogień (Zbych: zapomniałeś dodać o …. Ogniu). Pod różnymi postaciami, ale to zawsze ogień. Po wstępie poszło na rozgrzewkę „Buckstabu” i mega kawałek „Waidmanns Heil” czyli Steeeeeeerrbeeeeennn!!!!!! To nowa płyta. Potem jadą kawałki stare, znane i lubiane. „Keine Lust„, niesamowity „Weisses Fleisch” i nieodzowne „Feuer Frei!” (Zbych: absolutny miażdżyciel).  Publika jest w ekstazie, słowa brzmią w całej hali. Wszyscy śpiewają, drą się, gwiżdżą, płaczą lub patrzą szklanymi oczami na to, co dzieje się na scenie. Miotacze płomieni na „Feuer…” to znak szczególny zespołu. Nikt nie ma takich namordników, którymi leje się płynny ogień. Podmuch gorącego powietrza czuć było nawet u nas na trybunach. Nie ma co – ogień był wszędzie.

I znów LIFAD. „Wiener Blut„, „Fruhling in Paris” oraz „Ich tu dir weh” (Zbych: no i niezapomniane laleczki na sznurkach z zielonymi laserami-szperaczami znów zjechały z sufitu, po czym poświeciły, poświeciły podjechały do góry i w kapitalny sposób zakończyły piosenkę w wybuchowy sposób spadając z kilku metrów na scenę; widok martwych zielonych smug w całkowitych ciemnościach wyglądał fenomenalnie). Przy „Fruhlingu…” pojawiły się serduszka od polskich fanów, pobielała płyta i niektóre sektory krzesełkowe. Zrobiło się miło, sympatycznie i bardzo rodzinnie. Zespół już tego doświadczył w Kato więc nie było już zaskoczenia, ale ciche „Danke” oraz „Dziekuje” powitano gromkimi brawami i okrzykami. „Ich tu…” to gnojenie Flakea, który tym razem spłonął w wannie, do której ogień z wysokości lał z kanki sam Till. Wyszedł potem w świetlistym kombinezonie i wrócił do klawiszy i na matę, po której chodził do końca koncertu. Ma zdrowie, bo nawet grając ciągle po tej bieżni tuptał.
A dalej nie było spokojniej. Nawet wręcz przeciwnie. Nieśmiertelny „Du riechst do gut„, płonący „Benzin„, energetyczny „Links” oraz odśpiewany „Du hast” to kawałki, które pozostały długo w pokoncertowej pamięci. Strzelanie z płomiennego łuku przy „Du hast” (Zbych: szkoda że tym razem techniczni nie zaliczyli podpalenia jak w Spodku hehehe), strzelanie z dystrybutora paliwowego ogniem w stronę uciekającego człowieka czy chóralne śpiewanie przy „Links” – to jest to, co warto przeżyć, zobaczyć i odczuć samemu. Nic tego nie zastąpi. Ale to wszystko była przygrywka przed mega kawałkiem – „Pussy”.
Nie wiem, czy wszyscy na to czekali, ale widać było…hmmm…podniecenie? :) Kto widział, co się działo w Spodku, ten wie, czego się spodziewać. Tym razem obyło się bez awarii i sam kawałek oraz to, co działo się w refrenie wyszło super. Til wszedł okrakiem na coś, co można pomylić z betoniarką, z której lała się piana na publikę. Całość jeździła wzdłóż całej sceny więc każdy dostał swój kawałek piany. Na zakończenie, gdy pojawia się w refrenie słowo „Germany” z wyrzutni są wystrzeliwane konfetti w kolorach flagi Niemiec. Robi się jak na wiecu wyborczym albo wielkiej fecie. I naprawdę jest co fetować, bo koncert udał się bardzo, bardzo dobrze. Ten kawałek zastąpił niesamowitą „Amerikę” – łącznie z oprawą i jest to zastępstwo naprawdę godne.


Zespół zniknął pod sceną i zrobniło się ciemno. Niby koniec, ale każdy wiedział, że to jeszcze nie ten moment. Dla pewności były śpiewy, klaskanie i gwizdanie. Wiadomo, że to jest paliwo każdego zespołu i na bisy nikt nie wyjdzie jeśli fani tego nie chcą. Trochę kazali na siebie czekać, ale było warto. Po raz kolejny. „Sonnie„, „Haifisch” i „Ich Will„. Trzy kawałki to jak uderzenie ciężkiej artylerii. „Sonnie” to klasyka – pełna ekstaza ludzi. Chóralne odliczanie i śpiewy – to jest to, czego mi było trzeba. „Haifisch” to czas dla pontonu. Musiał się pojawić i pojawił. Na fali ludzi, jak na morzu, płynął przez płytę przy dźwiękach muzyki i szumie ludzkich głosów. Znów Polacy pokazali, że można nawet z tak klasycznego zagrania zrobić coś więcej. Gdy tylko ponton pojawił się na „morzu” pojawiły się dmuchane rekiny i rzuciły się na pływaka. Niesamowite. Wyglądało to z góry naprawdę przednio i zaskoczenie ludzi było wielkie. Jeden większy żarłacz chciał nawet dostać się na scenę :)
Znów zgasły światła. Znów zaczęło się wyczekiwanie. Każdy czekał na…coś. I stało się. Na zakończenie pojawił się „Engel„. Till, ubrany w ogromne stalowe skrzydła, zaśpiewał „Engel” i szaleństwo wybuchło na nowo. Ze skrzydeł strzelały płomienie, wybuchały race – pełen obłęd. Jeszcze na koniec przyklęknięcie na kolano i podziękowanie dla publiczności. Jeszcze „Dziekuje bardzo” i koniec. Rammstein zakończył koncert. Nie wiadomo, kiedy będą ponownie, dlatego trzeba cenić te chwile, które właśnie sie przeżyło.

„Ohne Dich”
Autokar pomknął w noc ku Warszawie. Za oknem mrok (Zbych: zaczął padać śnieg), w środku gorąco tak wielkie, że człowiek kleił się do samego siebie (Zbych: i nie tylko). Ludzie spali, majaczyli, próbowali jakoś znaleźć sobie wygodne miejsce do przeczekania kilku godzin. Przyćmione światło, zaduch w powietrzu (Zbych: Sarepska na oczach) i pot lejący się z czoła (Zbych: i nie tylko). Po godzince grania na PSP nawet tego się odechciewało (Zbych: monitor PSP też zachodził musztardą :)). Na szybach skraplały się oddechy, pot i cała masa innych rzeczy. Rozmowy o wszystkim i o niczym królowały. Chwile, dla których chce się żyć… (Zbych: I want more !!!)

I jeszcze dodatkowy special report w dwugłosie czyli:

Combichrist w Progresji

Chłopaki nie wiedzą, co to normalne granie. To jest pewne, szczególnie jak spojrzy się na ich sposób grania jak i zachowania na scenie. O wyglądzie nie wspomnę, bo ten też jest freakowy. Klawiszowiec to skrzyżowanie wyznawcy voodoo z Bobem Marleyem, perkusiści to normalne, aryjskie chłopaki ale wymalowani tak, że podobni są do trupów (czarna farba na szyi sięgająca do podbródka) (Zbych: zwłaszcza klawiszowiec był najbardziej niepokojący z nich wszystkich, oprócz dziwnego wyglądu przybierał dość niepokojące pozy, no i te kocie ruchy…. bleh :)) i wreszcie wokalista czyli punkowiec na sterydach. Jak tylko wyszli na scenę, to dał się wyczuć przepływ energii. Wcześniejszy występik Polaków pod szyldem „Red Emprez” przygotował wszystkich odpowiednio, ale nikt nie spodziewał się takiej dawki energii. Choć może nie tak – każdy się na nią nastawiał i dostał to, co chciał a nawet więcej (Zbych: miałem wrażenie że ludzie nie do końca wiedzieli co ich czeka, w wyniku czego wszyscy łącznie z nami, byliśmy pod dużym wrażeniem mocy która wylała się z głośników).

Combichrist to niepokorny zespół. Znałem ich z kilku kawałków z empetrójki, widziałem przed Rammsteinem w Kato, ale to nie to samo. Dopiero obserwowanie ich przy „robocie” ,na żywo, w odległości mniejszej niż dziesięć metrów dało niezłego kopa. Jeden perkusista, ten bardziej wymalowany, często polewał bębny wodą i potem, gdy w nie uderzał, unosiły się przy każdym ciosie krople wody z membrany. Przy dobrym oświetleniu wyglądało to fenomenalnie. Do tego wspinał się na kotły by uderzać w talerze – obłąkańczo i frenetycznie. Specjalnie chyba tak je sobie wysoko postawił, by móc potem  wchodzić i szaleć (Zbych: zwłaszcza że przy bębenku stał oldschoolowy taborecik po którym niczym Spiderman wskakiwał na bębny i tłukł w talerz, podrygując i balansując na granicy zwalenia się na scenę – szacun). Drugi z perkusistów to już wariat czystej wody. Rzucał pałeczkami w górę i zaraz łapał nowe w rękę, nie przejmując się tym, gdzie spadną i czy spadną (Zbych: i w kogo trafią). Miał taki specjalny zasobnik, który co rusz uzupełniany był przez chłopaka z obsługi. Z resztą, ten ostatni, miał jeszcze jedno zajęcie przy tym panu – ustawianie bębnów. Bębniarz kopał je, wywracał, rozrzucał a gość je przynosił i ustawiał. Teraz popatrzcie czasami na technicznych, którzy z pietyzmem ustawiają każdy element perkusji i sprawdzają, czy wszystko gra. W Cobmichriscie nie ma lekko i trzeba to robić średnio co pięć minut :) Keyboardzista grał na czterech albo pięciu klawiaturach ustawionych wokół niego. Rzucał dredami, wyginał się i okręcał. Stał pomiędzy bębniarzami tworząc szaleńcze trio z zakładu psychiatrycznego.(Zbych: co do wokalisty, to idealnie dopełnia image zespołu, w końcu to on jest założycielem, ubrany w dżiny i dżinowy bezrękawnik, na głowie irek i dziwne oczy, z pewnością wpakował w nie soczewki – były trupio niebieskie, gość ustał może na całe 3,44 sekundy, biegał z lewa na prawo i na odwrót, chrypliwym wrzaskliwym głosem bombardował mikrofon tekstami ostro posranych piosenek, charyzma wylewała się ze sceny a ludzie ochoczą podrygiwali pod sceną)

Pozostała muzyka. Skoczne, radosne dźwięki, czasami kłujące, czasami pieszczące ucho. Kilka kawałków mają niezłych i porywających. Człowiek aż sam się rwie by chociaż tupać czy rzucać głową. Wielu, którzy przyszli, tak robili a nawet więcej. Rzucało nimi na wszystkie strony. Przy „Blut Royale” czy słynnym „Get your body beat” nie dało się ustać. Reszta kawałków też była utrzymana w takich klimatach więc tu niespodzianki nie było. Chłopaki zagrali to, czego się można było po nich spodziewać. Polubili publikę (a kto nie lubi polskich fanów) i dla niej specjalnie zaśpiewali „This is my rifle”.
Czy warto było? Tak, tak, tak (Zbych: tak !!! ). Zespół zyskuje przy bliższym spotkaniu, choć nawet na dużej scenie potrafi przykuć uwagę. Tylko że sporo z tego, co chłopaki pokazują, gubi się wtedy w natłoku hali i nie sposób jest tego dostrzec. Image sceniczny i zachowanie mają bowiem wyjątkowe i tylko dlatego warto choć raz zobaczyć ich z bliska. (Zbych: z ciekawostek, występ Combichrist w Kato przed R+ był o wiele lepszy niż ten z Łodzi.Nie dość że grali około 50 minut, to jakoś tak wytworzył się lepszy klimat. Spodek był dosłownie zelektryzowany od początku do końca występu. Właśnie dzięki temu wystepowi tak się zajarałem aby odwiedzić Progresję. W Łodzi chłopaki dosłownie przepadli, grali niecałe 30 minut, i jakoś tak przeszli bez większego efektu. To właśnie dlatego uważam wypad do Progresji za tak udany, ponieważ można było poczuć ich MOC i ścianę muzyki prosto na klacie. Byłbym srogo zawiedziony wyłącznie łódzkim występem. Widać to było po naszych towarzyszach podróży że praktycznie nikt nie poczuł ich klimatu, a szkoda).
„Progresja” specjalnie nie była zapchana. Sporo ludzi wybierało się następnego dnia na R+ do Łodzi i teraz chcieli zobaczyć Combichrist na żywo. Dużo osób, szczególnie dziewczyn, ubrało się jak na Castle Party. W końcu to prawie te klimaty i choć do niektórych to pasował, to inne powinny najpierw spojrzeć w lustro dwa razy a potem odpuścić. (Zbych: dla mnie to był taki nasz rodzimy Cosplay). Ale na takich wypadach liczy się atmosfera, a tej naprawdę nie brakowało. Dwóch freaków tam było ( i jedna normalna osoba) i nie żałują tego biforka przed R+. Tym bardziej, że jak pisze Zbychu, występ w Łodzi przemknął bez echa, a kapela zasługuje na spory szacun za oryginalność i energię.

  4 Responses to “Rammstein i Combichrist…”

  1. Steeeeeerrrrbeeen!!!! Było prawie tak jak napisaliście 😀 Dodam tylko, że mnie bardzo zaskoczyło to, że ludzie na trybunach siedzieli cały koncert. (No, troszkę wstali na koniec ale to było troszkę, więc się nie liczy). Myślałam że zerwą się już po pierwszych taktach. A tu nic. Ja sama wolałabym popodskakiwać niż kiwać się na krzesełku, ale cóż zrobić. Jeśli nawet Yarot i Zbych siedzą na R+, to ja nie będę się wychylać 😛 Miejsce faktycznie wypadło nam słabsze niż się spodziewaliśmy, ale przynajmniej na następny raz będziemy już wiedzieli jak się ustawić (pomijając fakt, że następnym razem to będzie płyta he he..) Heil!

  2. A czemu to pokazuje 23:11 jak ja to pisałam o 00:11? Yarot przełącz się na czas letni :)

  3. Nawet nie zwróciłem na to uwagi :) Już powinna być właściwa – choć zmiana nie jest taka do końca intuicyjna. Odnośnie stania i siedzenia – nie na każdym koncercie tak jest, że na krzesełkach się tylko siedzi albo stoi. Pamiętam na pierwszym Rammsteinie w Spodku (kawał czasu temu bo w 2005) wszyscy stali. Na Metallice w 2005 roku też stali. Na The Doors już nie, na ostatniej Metallice było różnie, na zeszłorocznym R+ na siedząco. Na Apocalypticy w Krakowie tylko płyta skakała, na Nightwishu też wszyscy siedzieli. Z tego co widziałem na Kornie było raz tak, raz siak. Nie ma na to reguły – w zasadzie co koncert to inne podejście. Coraz więcej osób wychodzi z założenia, że krzesełka są po to by siedzieć. Gdyby chciało się postać i skakać to trzeba by było kupić miejsca na płycie :) Sam znam opinie bardziej dosadne – szczególnie tych zapaleńców, którzy uważają, że płyta to miejsce zdrowego zabijania się i kto tego nie rozumie niech wyp…. na krzesełka.
    To, co udało się przez tyle lat (tak, można to już w latach liczyć) zobaczyć mi osobiście na koncertach, to bardzo prosta zasada – nie ma dwóch takich samych gigów. To jest tak proste a zarazem bardzo głębokie. Nie da się powiedzieć czegoś, co byłoby uogólnieniem. Po prostu nie da. Pewne rzeczy są stałe, ale drobnostki czy nawet coś grubszego mogą ważyć i zmieniać wszystko to, co do tej pory się znało z innych koncertów. Krzesełka czasami stoją a czasami siedzą. Tak bywa. I nawet jak jest fajnie, to nie zawsze człowiek ma ochotę poskakać z radości – i wtedy może sobie usiąść :)
    Tak, siedziałem :) Czasami przytupywałem i parę razy się wstało (nie to że cały czas na dupie się siedziało). Ale już następny raz to płyta. Jak będzie jakiś festyn ogólny to trudno – ale może chociaż do pontonu człowiek się dopcha :):)

  4. Ja najchętniej stałbym cały koncert, jednak nie chciałem zasłaniać ludziom za plecami. Skoro kupiłem swoje krzesełko a chciałem postać to każdy z ludzi za mną mógł mnie spałować. Next time – płyta, ja wolę stać, machać kończynami, drzeć ryja, ocierać się o ludzi :) hehehehehe

    Swoją drogą, siedziałem tuż przy przejściu i widziałem scenę że „bardzo groźny i ponury” ochroniarz prosił grzecznie o nie stanie bo grozi to zwaleniem się na ryj z wysokości. Na Metallice fuck the krzesełka, 10 godzin na murawie !!!

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)