Sty 122011
 

Początek listopada to dla nas nie czas na dołowanie się szarą, brudną jesienną rzeczywistością. To po prostu kolejny miesiąc koncertów, grania i przygód !! Ten listopad z kolei dał nam możliwość odbycia prawdopodobnie ostatniej już w tym roku koncertowej wyprawy poza Warszawę. Prowodyrem tej akcji jest niejaki – Sabaton. Tak, tak ci sami Szwedzi na których bawiliśmy się 6.06.2010 w Progresji. Ponieważ druga część trasy koncertowej Szwedów omija Wawę, a należą oni do naszych Top Ulubionych zespołów koncertowych, spakowaliśmy manatki, zatankowaliśmy Wilka i w niedzielny poranek 7.11 ruszyliśmy trasą na Kraków.

Już na samym początku Wilk zaskomlał bidula pokazując naderwaną i trzymającą się tylko na jednej śrubie tylną tablicę rejestracyjną. Tradycyjnie Bogowie Metalu mrugnęli do nas okiem dzięki czemu nie zgubiliśmy jej na trasie. Szybka akcja z taśmą klejącą i tablica była gotowa do drogi !! Trzeba było sobie jakoś poradzić. Z oklejoną dupą Wilk około 12.00 przebierał łapami trasą na Radom przy akompaniamencie koncertu Behemota z Warszawskiej Stodoły 2009. (zgadza się, byliśmy tam, FUCK YEA).

Do Radomia trasa wygląda jak w czeskich klimatach, piękna autostradka. Za Radomiem kawa, papierosek i Colca, Od Kielc masa zakrętów i zamulaczy na trasie. Kraków osiągnęliśmy około 16.00. Sprawdzona w boju GPS-owa nawigacja poprowadziła nas przez uliczki Krakowa aż na parking niedaleko naszego lokum – Free Hotel, gdzie zwykliśmy się zawsze zatrzymywać.

Szybkie przepakowanie, Wilku zasnął na Parkingu strzeżonym a my ubrawszy butki z logo Wacken – ruszyliśmy dobrze nam znaną trasą prosto do …. Nie do Kościoła Mariackiego, nie do Sukiennic, nie na Wawel….. a do Gospody HULAJDUSZA, na „największego kotleta w Krakowie”. Rok czekania, i oto CIACH, mega schab z kapuchą i masą opiekanych kartofelków wylądował przed strudzonymi wędrowcami. Jak zawsze wielgaśny, jak zawsze pyszny, podany z Grzanym piwem kotleciki były radośnie pałaszowane aż obaj się spociliśmy z wysiłku. Po radosnej uczcie długi spacer i wieczorek przy karczochach do późna w nocy.

Poranek 8.11 zaskoczył nas zamulonym słoneczkiem i temperaturą w okolicy 10 stopni. Z racji że w Warszawie podało, my mieliśmy super pogodę jak na listopadowe warunki. Zaraz po śniadanku, zdaniu pokoju oraz zrzucie bagaży do Wilka, ruszyliśmy w stronę Sukiennic. Tam mieliśmy zaplanowany wjazd do Muzeum w Podziemiach Rynku. Początkowe sceptyczne nastawienie szybko zamieniło się w mega ciekawą przebieżkę po historii Krakowa która zabrała nam bagatela 2,5 godziny, a i tak odpuszczaliśmy większość ekranów dotykowych, sal kinowych i z pewnością przeoczyliśmy jakieś zakamarki przebogatej ekspozycji. Muzeum jest bardzo nowoczesne i świetnie zaprojektowane. Nic tylko iść i zwiedzać. Tym bardziej że można się dowiedzieć wiele bardzo ciekawych rzeczy o czasach na przełomie XI – XV wieku na terenie Krakowa. Polecamy !! Bezpośrednio po muzeum, Marcin podjął się dogrywki z kotletem w Hulajduszy. Zwycięzca mógł być tylko jeden.

W końcu nadszedł czas na danie główne, czyli koncert. Klub Studio znajduje się rzut beretem od Hali Wisły. Pierwsze wrażenie to wygląd Warszawskiej Proximy z charakterystycznymi schodkami do wejścia. W momencie naszego przybycia zebrał się już spory tłumek więc musieliśmy cierpliwie odstać swoje. Po niecałych 40 minutach w ludzkim korku, znaleźliśmy się w środku. I tu pierwszy absurd – nie wolno wnosić aparatów powyżej 3,2 Mega-piksela !! Ktoś się nie ogarnął że dzisiejsze komórki mają już wmontowane 9 megowe aparaty. Ta bzdura spowodowała że aparat Marcina trzeba było odstawić do depozytu – czytaj – szatni. Ehh Kraków, musicie się jeszcze wiele nauczyć. Jak zawsze jakiś absurd wiąże się z krakowskimi koncertami. A to mega zapchana szatnia, a to straszne obsuwy czasowej, absurdalnie wolne kolejki, wszechobecny tłok i brak kontroli nad tłumem. No nic to, tak widocznie to musi wyglądać.

Już na samym wejściu doszedł do nas ryczący tłum – SABATON, SABATON !! Bez kitu, ten ryk był na serio niezły. Wymieniwszy spojrzenia wiedzieliśmy już co się święci – Młyn. Po szybkiej Colce, wbiliśmy się w tłum aby zająć jakieś strategiczne miejscówki. Salka jest dość ciekawie skonstruowana, są i trybuny, i długa galeria, jest miejsce na tłum pod sceną, a i reżyserka jest fajnie obudowana. Scena była dobrze oświetlona, staliśmy praktycznie po środku, było GIT. Tyle że jak tylko na scenę wpadł Steelwing – nie dość że zrobił się młyn, to później był kocioł a po chwili wszyscy spływali potem, było masakrycznie gorąco – zero klimy czy nawiewów. Ale nic to, tłum zafalował, młodziaki ryknęli podobny set piosenek jak przed Blind Guardianem w Stodole 3 tygodnie wcześniej. Koleś ma naprawdę mocny głos, do tego częste gitarowe solówy fajnie rozruszały towarzystwo. Było i klaskanie, porykiwanie z wokalistą, „Kill or be Killed”, „Illusion” i parę innych fajnych kawałków. Początek wypadł super.

Zaraz po krótkiej przerwie na scenie rozległ się świst kul, krzyki walczących i rannych, szczęk stali, wybuchy. Na scenę wtargnęli Szkoci z Alestorm. Co to był za ogień !! Piracki Metal pełną gębą. Wokalista z keytarem na ramieniu (syntezator jakiego używają discopolowcy) z pirackim zacięciem wyśpiewywał kolejne kawałki. Joł hoł hoł !!! Ludzie wpadli w opętańczy wir i bawili się wybornie. Chłopaki spisali się świetnie w roli rozpędzacza przed-Sabatonowego. Ze znanych kawałków zagrali: „Black Sails At Midnight”, „Wolves of the Sea” czy „Over the Seas”, i wiele innych, łącznie 45 minut pirackich harc.

No i nareszcie, oto nadszedł czas na kotleta wieczoru … tfu, tzn, danie główne. Począwszy od wyśpiewanego przez tłum „Seek and Destroy” lecącego z puchy, później znanego „Final Countdown” – Europe, klub wypełniły w końcu dźwięki znanego nam Intra zapowiadającego wjazd Szwedów. I zaczęło się, „Ghost Division”, „Uprising”, „Aces In Exile”, „Panzer Batalion”, „Gallipoli”, piosenki z prędkością światła szły jedna po drugiej, To co się działo można określić mianem – czystego szaleństwa !! Kraków dał radę, ludzie co i raz pływali na rękach, tum falował w podskokach, piosenki szły w całości śpiewane na pamięć. Nie było miętkiej gry – „Jeszcze jedno piwo !!”  co i raz wykrzykiwano i zachęcano wokalistę do zabawy. Po tych kilku kawałkach Jakim opowiedział o masie maili i próśb aby zagrać „Final Solution”. Był mocno poruszony polskim podejściem do ich muzyki i do historii. Już po chwili rozległy się charakterystyczne dźwięki klawiszowa rozpoczynające piosenkę.

Później ponownie chłopaki wskoczyli w swój rytm serwując kolejne hiciory takie jak „Panzer Batalion” czy „Coat of Arms”. W końcu, po ponad godzinie koncertu ukłonili się i zeszli ze sceny. Ludzi opanowała zbiorowa histeria, czas było zacząć grać bisa !!!! Jakim totalnie spocony zdjął swoje czarne patrzałki i chcąc zabłysnąć powiedział że specjalnie dla zgromadzonej publiki zagrają 3 kawałki zamiast 2 !!! Jego mina była bezcenna gdy cała sala wystawiwszy ręce do góry zaczęła skandować : FIVE, FIVE, FIVE !!! …….. chwila konsternacji …. „KURWA” padło przekleństwo i Sabaton odpalił „Primo Victorię”. W efekcie, zagrali 5 piosenek na bis, kończąc z wypierdem „40:1” i burzą oklasków oraz wrzasku uwielbienia. W stronę Joakima latały bluzy, flagi a nawet stanik. Sam też dał się ponieść na rękach tłumowi i cieszył się jak nigdy z aplauzu jakim obdarzyła go krakowska publika. Byliśmy pod wrażeniem ognia jaki był w tłumie. To było na serio super.

Koncert koncertem, a przed nami było jeszcze około 300 km do domu. Zakupiwszy wcześniej buły i parówy na drogę, oraz Red Bulle dla kierowcy i Cole dla pilota, ruszyliśmy w noc przy akompaniamencie specjalnie złożonej składanki muzycznej.  Jechało się dobrze, kilkanaście TIR-ów zostało pokonanych, przerwa na parówy w Radomiu, długa prosta w deszczu do Warszawy i już około 3.00 byliśmy na miejscu. Tym akcentem nasz ostatni tegoroczny koncertowy wypad szczęśliwie dobiegł końca. See you SOON – Sabaton !!!!

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)