Maj 242010
 

Tego dnia spadł deszcz. Wiosenne krople nie były wcale ciepłe i przyjemne – chłodziły kark i wywoływały nieprzyjemne uczucie na skórze. Niebo zasnuło się chmurami o stalowej barwie. Zwiastowały przedłużający się okres niepogody. Wiedziałem, że ten dzień będzie wyjątkowy – i to nie tylko ze względu na pogodę – ale również z uwagi na koncert Katatonii. Odrętwienie i melancholię odczuwałem przez cały dzień. Ze smutkiem patrzyłem przez szybę zasnutą kroplami deszczu i widziałem w każdej drobince, jak topi się zaduma i zastanowienie. Ksero smętnie brzęczało udając muchę tłukącą się w brudnym kloszu po zepsutej lampce. Radio popsuło się i nadawało audycję z nieustniejącej stacji na którą składały się szumy, zlepy i ciągi. Nie regulowałem tego, bo nie było warto. I tak przecież byłyby same senne kawałki a dziś przecież gra Katatonia. Jeśli miałem wchłonąć solidną dawkę przygnębienia to tylko wykonaną przez najlepszych specjalistów. Dlatego czekałem w spokoju na tą chwilę, gdy ruszę do Stodoły, odmierzając czas schnącym krążkiem herbaty, zostawionym przez przeciekający kubek.

W radio wysiadły baterie, co zwróciło mój wzrok na zegarek. Wskazywał 17. Z ociąganiem zebrałem się i wyszedłem licząc, że dojadę szybko do domu i wybiorę się na koncert. Założenia były słuszne, ale nie uwzględniły korków, zepsutego autobusu oraz pikietujących na ulicy. Pozamykane okna w busie nie wpuszczały żadnego świeżego powiewu do środka pojazdu, przez co pociłem się strasznie a nos atakowały zapachy wielu ludzi wachlujących się gazetami. Przyciśnięty do szyby czekałem aż wreszcie dojadę na miejsce. Z ulgą powitałem swój przystanek i raźno ruszyłem do domu. Winda oczywiście była zepsuta, ale wejście na trzecie piętro nie stanowiło już problemu. Potem już tylko zostało zebranie się, przebranie, wrzucenie czegoś na ząb i ruszenie na koncert. Czarna koszulka wpuszczona w czarne spodnie skryła się pod czarną bluzą z kapturem. Przejrzałem się w swoich czarnych glanach i zadowolony ruszyłem do Stodoły.

Przed wejściem do klubu ogarnęło mnie odrętwienie i chwilowe zwątpienie. Wiele podobnych mi czarnych postaci o czarnych duszach patrzyło smutnymi oczyma na płaczący deszczem świat. Nawet brutalny dotyk ochroniarzy szukających noża nie ukoił moich lęków. Mało tego, nawet piwo tego nie zmieniło. Czekałem na drżące dźwięki chwytające za duszę pazurami i rozrywające ją na drobne kawałki. Czekałem na przebudzenie albo na wręcz coś przeciwnego – na popadnięcie w katatonię i odrętwienie. W stan, w którym można tylko odczuwać świat nie dając nic od siebie. Kompletnie nic.

Wreszcie się zaczęło. Powoli i delikatnie. Bez przesady, ale i z dość mocnym brzemieniem gitar. Support grał naprawdę nieźle i idealnie współgrał klimatem z tym, co czekało nas później. „Last Distance Calling” przebrzmiał zostawiając w uszach miłe wibracje i bardzo pozytywne wrażenie. Pozostało przeczekać kolejny zespół („Swallow the Sun”)by weszła gwiazda – Katatonia.

Weszli na scenę nieśpiesznie, pozdrawiając wszystkich i wyraźnie ciesząc się z przygotowanych owacji. I aby nie trzeba było dłużej czekać, uderzyli w struny. Zabrzmiały echa smutku, drążącej duszę melancholii oraz ostrych riffów tnących skórę jak tępa piła. Czasami zazgrzytała kość a czasami oderwał się solidny jej kawał odsłaniając wrażliwą, czerwoną tkankę skrytą pod nią. „Liberation”, „My twin” i „Onward into Battle” wrzuciło soli na otwarte rany, potem lekkie ukojenie i znów kolczasty drut w duszy – „Teargas” i „Saw you drown”. Pierwszy raz widziałem i słyszałem ich na żywo i wydaje mi się, że dali radę. Przy takiej długiej liście dokonań pewnie zdarzały się lepsze i gorsze momenty, ale w tej chwili liczyło się tu i teraz. Nic więcej. I było ciekawie. Dostałem to co chciałem. Zapadłem w Katatonię.

Od pierwszej chwili, jak tylko w krainę mych snów wdarł się wrzask porannego sygnału budzika a otępiały umysł zaczął wracać do krainy rzeczywistości, wiedziałem że to będzie dobry dzień. Nie dość że to już czwartek i weekend już tuż tuż, ale to dziś właśnie na żywca zaprezentują się oni – Katatonia. Zespół będący swojego rodzaju zagadką, gdyż nie raz w wywiadach i materiałach dotyczących mojego ulubionego Opeth, przejawiała się nazwa tej formacji. Jeszcze tylko kilka godzinek w pracy i ogień.

Na dworze wesoło padał deszcz, taki prawdziwy wiosenny kapuśniak. Po długiej, śnieżnej zimie, taka pogoda w sam raz nastroiła mnie na wieczorną imprezę. Mój nastrój jeszcze bardziej poprawił się gdy w słuchawkach ruszyła do boju muzyka w czasie jazdy do pracy komunikacją. Humor poprawił mi się z minuty na minutę, nie ma nic lepszego niż smutne twarze pasażerów z nieodłącznym zombie na twarzy, zdający się krzyczeć : no future, no life, no joy. Dzień wypakowany był spotkaniami i masą zagadnień z priorytetem „na już” co w magiczny sposób przestawiło wskazówki zegara na 17.00.

Sprawny powrót do domu nie ostudził mojego zapału. Sparaliżowane miasto w korkach udało się ominąć za użyciem metra i sprawnie pędzących tramwajów. Już po godzinie od wyjścia z roboty byłem gotowy na wieczorny spektakl w Stodole. Soczewki podmieniły okulary, garnitur został zastąpiony wysłużonymi bojówami, służbowe cichobiegi (sic!) zastąpiły sprawdzone w boju koncertowym HD-ki. Jeszcze tylko bluza na plecy, kaptur na głowę i w drogę. Nie ma nic przyjemniejszego niż papieros w lekkim deszczu w drodze na koncert. Do tego temperatura w granicach 8 stopni powyżej zera i delikatny wiatr. Na uszach muza, łapanie klimatu, zestrajanie się z tym co za kilka kwadransów będzie się dziać na koncercie.

Mała kolejka do klubu, dwa browary, fajek, grupka znajomych, chwila śmiechu i rozmów, a już po chwili na scenie objawienie wieczoru – młodziutki zespół Last Distance Calling, których instrumentalne brzmienie wprawiło publikę w świetny nastrój. Słuchając ich, miałem nieodparte wrażenie jakbym oglądał film 28 dni później, świetny horror z muzyką utrzymaną w podobnej tonacji. Co tu dużo gadać, są świetni i dali radę. Zaprawdę rzadko zdarza się aby pierwszy support był wzywany do bisowania !! Niestety rules are rules i po chwili na scenie kolejny zespół. Niestety, nie wiem, albo to była ich muzyka, albo chciało mi się pić, więc występ minął bez echa. To oni powinni zagrać pierwsi.

Tym sposobem dotrwaliśmy do Katatonii. Długie dni oczekiwania na koncert zostały wynagrodzone świetnym zestawem muzyki. Widać że kapela ma liczne grono fanów, większość fanów śpiewała wraz z wokalistą całe piosenki (nie tylko refren) a na poszczególne nazwy piosenek publika reagowała dużym entuzjazmem i rytmicznym wykrzykiwaniem nazwy zespołu. Wokalista-grubasek jak i reszta zespołu była pod wrażeniem. ALE ALE ALE – to nie to co dał mi na tej samej Sali niespełna rok temu Opeth !! O ile często spotkałem się z porównywaniem tych dwóch zespołów z racji podobnego stylu muzycznego, Opeth na koncercie to ogień gitar i emocji. Katatonie albo znam za słabo, albo  to po prostu nie to. Po prostu kawał dobrej muzy, ale bez uniesień.

Powrót do domu okraszony ostatnim albumem Szwedów, nocny spacer pustymi ulicami, deszcz, smak papierosa, wir myśli analizujących koncert…… To był Dobry Dzień.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)