Lip 112011
 

10 czerwca 2011, piątek jak każdy inny, pobudka rano, śniadanie i do Prac….. STOP !! jakiej pracy ? Dziś był Sonisphere !! Glany wyczyszczone i pachnące pastą do butów stały już w przedpokoju gotowe na festiwalowe trudy. Specjalnie na ten dzień wziąłem dzień wolne.

Ponieważ impreza zaczynała się wedle 14:00 było jeszcze sporo czasu na obicie kilka ryjów i połamanie żeber wojownikom Mortal Kombat. O 13.00 krótkie przygotowania i obrałem kierunek na Bemowo. Już na pierwszym przystanku spotkałem kilku Czarnuchów z Eddim na klacie. Z każdym przystankiem bliżej lotniska ilość Czarnej Braci wzrastała masowo wypełniając szczelnie każde wolne miejsce w autobusie. Niebo zachmurzone oparami z kuźni wiecznie zagniewanych Bogów Metalu, zapowiadało dzień rześki ale nie zimny. Na możliwy deszcz byłem przygotowany zabierając do plecaka wakeńską pelerynkę przeciwdeszczową. Niby to cienka gówniana folijka, ale spełnia swoje założenia. Żaden deszcz czy ulewa Ci w nim nie straszna, a i wakeński byczek na plecach widnieje, więc jest szpan.

Przed wejściem na teren imprezy przyszło mi samotnie czekać około 40 minut kiedy pojawili się pierwsi Ludkowie z naszej zapowiadanej ekipy. Wraz z Patrysiem i Norbertem wbiliśmy się przez 3 bramki na teren lotniska. Załoga z Marcinem utknęła gdzieś w korkach i nie zapowiadało się że szybko dojadą (Yarot: Lidka zgarniała ludzi po drodze swoim autkiem i trochę zamarudziła po drodze. A w Wawie wiadomo, że piątek to fatalny dzień do jazdy. Nie mówiąc o tym, że popadało trochę). Pierwsze co rzuciło się w oczy to inne ułożenie bud z żarciem, kibli i ogródków piwnych. Zaraz po lewej od wejścia (idąc w stronę sceny) stała nieduża scenka red bulla (dochodził z niej niezły ogień w trakcie imprezy, ale jakoś nas tam nie zawiało) (Yarot: podczas wędrówek po lotnisku dotarliśmy w te okolice z Przemkiem. Akurat grał zespół o wdzięcznej nazwie „Masturbator” i działo się. Chłopaki przebrane w gajerki i makijażu świeżych zombiech dawali czadu na gitarkach. Wznosili okrzyki w stylu „Dajcie się porwać Szatanowi!” albo „Niech ogarnie was Mrok!” a publika w postaci kilku osób tworzyła sześcioosobowy młyn rozrzucając gapiów). Po obu stronach ciągnęły się budy z tym co każdemu metalowcowi potrzebne do słuchania muzyki przez cały dzień czyli: kiełby, karkówy, szaszłyki, skwierczące brambory, pizza, hot-dogi i hamburgery. Zapachy były tak intensywne że zaczęliśmy z Patrykiem od buły z kiełbą – rewelacja. Wraz z żarciem wbiliśmy się w końcu na teren ogródka piwnego z którego był niezły widok na niedaleką główną scenę, skąd już pobrzękiwał Devin Townsend, Killing Joke a po nim Volbeat. No i pierwsza niespodzianka – żetony na piwo. Nareszcie ktoś ogarnął temat aby nie stać w mega-kolejach za piwem i zorganizował wykupywanie żetonów po piątce za 0,4 l.

Zdobywszy trunek, zasiedliśmy we trójkę w strategicznym miejscu i popalając oraz śmiejąc się rozkoszowaliśmy się klimatem. Niebawem pojawiła się reszta załogi: Agniecha, Marcin, Lidka i Przemek. Pojawił się też kolega Patryka z synem. W tym składzie wzbogaconym około 19.00 przez moją Anię, bawiliśmy się już do końca dnia. Nagle obrót zakupywanego piwa wzrósł o jakieś 300%. Akcja zbierania pustych kubków po piwie zaowocowała czterema latarenkami na baterie słoneczne (120 kubków). Na scenie świetnie grał Volbeat, na mniejszej scenie Anty-Radia, zwycięscy radiowego plebiscytu (Corruption i Made of Hate) mieli swoje 5 minut. My jednak czekaliśmy na pierwszego Dużego gracza wieczoru – Mastodona.

Weszli na scenę około 18.00. Kawał dobrej, progresywnej muzyki. Kolesie wyglądali jak rednecki z Illinois, obtatułowani, kudłaci i brodaci, wyciskali z gitar co mogli. Ale !! Nie zaskoczyli mnie. Albo nawaliło nagłośnienie, albo to nie jest zespół na tego typu imprezę. Muzyka, choć świetna technicznie była dość nieciekawa w odbiorze, wszystko się zlewało w jeden hałas. Z czego wszystkie kawałki brzmiały podobnie, a fakt że nie znam za dobrze ich twórczości nie pomógł mi zachwycić się występem. Ale coś czuję że ich koncert w mrocznej Stodole, zrobiłby o wiele większe wrażenie. Może następnym razem, tym bardziej że ich kawałki odgrywane z płyty brzmią bardzo ciekawie. (Yarot: faktycznie coś się działo z nagłośnieniem. Monotonia raczej Mastodonowi nie grozi, a przy takim nagłośnieniu wszystko się zlewało. Na poprzedni Sonisphere nie dotarli z różnych powodów i dobrze, że teraz im się udało. Na małej sali byliby wykurwiści).

Po występie dotarła na Lotnisko Ania i skład był wreszcie w komplecie. Po drodze zgarnąłem jeszcze zapiekankę, która mnie zapchała na tyle że konieczna była inwestycja w kolejnego browarka. W czasie jak ponownie zebraliśmy się ekipą, na scenie rozpoczął przedstawienie Motorhead. Charakterystyczne tempo, gitarki i zardzewiały głos Lemmiego przyciągał tłumy jak magnes. Nie czekając, również wbiliśmy się w tłum bliżej sceny. Lemmy jako dinozaur najlepsze lata ma już dawno za sobą, choć nie można mu zarzucić mocy w głosie. Zespół z wokalistą którego trzeba zobaczyć, bo to żywa legenda metalu. Motorhead zaczęli trochę niemrawo, jednakże z każdą piosenką temperatura rosła i ludzie byli coraz bardziej wkręceni w show. ACE OF SPADES !!! W połowie występu zaczęło padać, możliwe że któryś z Bogów Metalu wzruszył się słysząc stare szlagiery Motorhead. Nam jednak deszcz nie straszny, pelerynki na kark, kapturki na głowę i radość z muzyki trwała dalej.

Około 20.00 Lemmy wychrypiał Thank You i Goodnight, z kolei wraz z Marcinem ruszyliśmy upolować jakieś mercze. Nie powiem, wyglądało to trochę na wzór wakeński, wzory koszulek nad namiotem, barierka z zatłoczoną ciżbą i chore ceny. Jednak nie po to się idzie szukać merchów, żeby patrzeć na ceny. Zaopatrzyłem Anię w pięknego T-Shirta na ramiączkach a sam wybrałem klimatycznego sonisphere’owego T-Shirta z roztańczoną śmiercią grającą na harfie, a na plecach – listą zespołów. Marcin nie znalazł nic dla siebie w rozmiarze Troll-Size, za to Agniecha zakupiła podobną koszulkę do mojej. Z zadowoleniem na twarzach i z łupem w plecaku ruszyliśmy na dogrywkę buły z kiełbą. Na Antyradiowej scenie szalał Hunter, i z tego co było słychać dobrze sobie poczynali z publiką. Leciały hity z ostatniej płyty, więc ich muzyka świetnie brzmiała do zjadanej z apetytem kiełbasy.

Objedzeni, opici jak bąki, wypaliwszy ostatnie papieroski, ruszyliśmy pod scenę. 21.00 – na scenę wjechała Żelazna Dziewica ! „Iron Maiden” wyrwało się z setek gardeł. Bruce wbiegł na scenę i w galop ruszyły gitarki. Ironi zagrali sporo piosenek z ostatniego albumu (The Final Frontier) co nie dziwi ponieważ jej premiera była rok temu. Scena utrzymana w podobnym klimacie jak ta z zeszłego roku w Wacken. Zaskoczyła co i rusz zmieniającymi się obrazami w tle – a to wzburzone morze, postapokaliptyczne miasto, szarżujący Trooper-Eddie, albo rozgwieżdżone niebo i konstelacje. Wraz z dynamicznym oświetleniem wyglądało to wszystko fantastycznie. Najbardziej wystrzałowe kawałki Number of the Beast (z diabełkiem w tle), Trooper i Fear of the Dark wywołały olbrzymie poruszenie wśród widowni (Yarot: o „2 Minutes to Midnight” nie wspominając, ale setlista była dobra. Bardzo przypominała tą z Wacken i tak jak tam, tak i tu zabrakło „Run to the Hills”. Przestałem już żałować tego, bo słyszałem to już dwa razy na poprzednich koncertach. Ironi pokazali, że mimo pięćdziesiątki na karku można skakać, grać i wygłupiać się na scenie. Zawsze Brucea za to podziwiałem i nadal podziwiam. To jednak mocarz, którego nic nie przebije). Bywały nawet momenty kiedy to publika zagłuszała podjaranego Bruce’a swym śpiewem. To było coś. Pod koniec występu zaszczycił nas swoją obecnością kosmiczny Eddie, który pozwiedzał scenę, pozaczepiał wszystkich gitarzystów, a nawet zagrał kilka riffów. Widocznie jednak było to dla niego za mało, więc na ostatniej piosence zobaczyliśmy wielkie łapska za sceną i pojawił się pokaźnych rozmiarów szczerzący się czerep Eddiego. Jego czerwone, żarzące się w ciemności ślepia zakończyły 2 godzinny występ. Ehh, to było coś, Ironi nadal są w świetnej formie, show jest bardzo energetyczne i widać że się chłopaki nie opieprzają. Gitary i perkusja dawały radę że aż miło.

Po koncercie, zgromadzony tłum wylał się z Lotniska, a my wraz z nim. Pozostał tylko ostatni etap – powrót do domu. Podsumowując, tegoroczny Sonisphere nie oszołomił mnie jak zeszłoroczny. Rok temu zagrało 5 zespołów, ale z dużym ogniem. Obecne kapele to nie ten sam klimat grania, muzyka bardziej przystępna dla nie-wprawionych słuchaczy. Moc mniejsza, ale radość z bycia na imprezie również zacna. Ptaszki ćwierkają że w 2012 impreza ma trwać 2 dni. Na dzień dzisiejszy w Polsce nie ma Wacken, Brutala czy 4 dniowych Mastersów. Węgorzewo czy Woodstock nie mają wykonawców pokroju Slayera, Metallici czy Ironów. Trzymam kciuki za to, że impreza ewoluuje i zyskała rozgłos. Będzie swojego rodzaju pokazem tego, że metalowcy w Polsce są silni i są wspierani przez organizatorów bo wszak to zacne towarzystwo i muza dobra.

Na koniec chciałem zaznaczyć, że zdjęcia do tego tekstu są autorstwa pewnej sympatycznej użytkowniczki Parus, której należy się wzmianka i linka do jej miejsca w sieci: http://kawaipapierosy.pl/. Dzięki wielkie dla niej za udostępnieniem materiałów, bo moje zdjątka dotyczące sceny i śpiewaków nadają się do dupy.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)