Lip 142010
 

16 czerwca, lotnisko Bemowo, 18:30 GTM

Megadeth na czele z byłym gitarzystą Metallicy – Davem Mustaine. Wywalony z zespołu za chlanie i dragi założył swój i święcił w nim tryumfy choć ciągle żałował, że nie jest w wielkiej Metallice. To owocowało jawną nienawiścią i niechęcią obu formacji. Kłótliwy charakter rudego Mustainea był powszechnie znany i nikt się temu nie dziwił. Później doszło do tego złagodzenie jego wizerunku i niemal chrześcijańskie pojednanie z wszechświatem. Nie chciał grać z zespołami satanistycznymi i na swój sposób wielbił Stwórcę. W międzyczasie wymienił wszystkich ludzi w zespole i teraz tylko on jeden jest ze starego składu z 1983 roku. Jak sobie radził Megadeth na Sonisphere? Dobrze, choć bez polotu. Grał stare kawałki, nawet niezłe riffy im wychodziły i piszczący głos Davea też nie stracił na mocy. Chyba po nim jedynym widać upływający czas i to, że to już dziadek jest. Ubrany niemal punkowo – dżinsy, koszulka flanelowa i burza rudych włosów wokół głowy. Czekałem w zasadzie tylko na jeden kawałek – „Symphony of Destruction” i doczekałem się. Fajna muza, ostre gitarki i wokal – to wszystko jakoś się zgrywa. W innych piosnkach jakoś tego nie czuję. Może dlatego, że zespół, który powstał jako protest przeciwko Metallice, jakoś mi nie podchodzi właśnie z tego powodu. Trzeba jednak uczciwie przyznać – chłopaki grają jak się patrzy i choć to „mega” w nazwie już troszkę się wyświechtało to „deth” jest jak najbardziej odpowiednie. Po solidnej, niemal godzinnej dawce muzy, trzeba było zwilżyć gardło, rozprostować nogi i dać odetchnąć glanom. Należało im się. (Zbych: nudziłem się, gdyby nie wesoła gromadka znajomych chyba bym się położył na trawie, plumkanina na maxa, pianie, kompletnie nieznany repertuar, ale już tuż tuż, nadchodzili Ci co mieli zrobić z dupy chrupy !!!!)

16 czerwca, lotnisko Bemowo, 19:30 GTM

Slayer (Zbych: FUCK YEA) . Choć należałoby powiedzieć tak, jak na pewnym forum: „Kurwa Slayer, napierdalać!!!”. Ekipa istnieje od 1981 roku i w zasadzie nie zmienia swojego składu przez lata. Może kilka drobnych zmian było ale King, Araya i Lombardo to żelazny skład i w takim napierdalają aż miło. Na Bemowie wymietli – wszystko i wszystkich. Dali naprawdę dobry i energetyczny koncert. Po geriatrycznym Mustaine była to miła odmiana. Gitary brzmiały cudownie – solówki brzmiały bosko a całość grała niemal w rzepkach kolanowych. Zasłużyli na to by grać przed Metallicą – nie tylko dlatego, że zostali wierni ideałom, ale też dlatego że to pełnokrwisty metal.

(Zbych: jak dla mnie mogli równie dobrze zagrać dwie godzinki i grać jako danie główne koncertu, OGIEŃ ! Slayer po prostu zamiatał) Miło było ich słuchać – wszyscy przytupywali, machali rękami, nogami i czym tam jeszcze można było. Przed nami bawili się chłopaki z koszulką „crewfromkolbuszowa” i dalej kilka „wież”. Kiedyś o tym pisałem, choć nie na blogu. Widać tak musi być, ale człowiek dziwnie się czuje jak zamiast sceny czy telebimu musi oglądać przez jakiś czas tyłeczek laski wziętej „na barana”. Nawet jeśli to kształtny tyłeczek, to ze Slayerem nie wygra, że o Metallice nie wspomnę. Trzeba było przeczekać i tyle. King wymiatał na swojej gitarze z diabelskimi rogami a Lombardo zdrowo garował – miejscami jak karabin maszynowy. Bardzo, bardzo pozytywne wrażenie zostawili po sobie. Oby jeszcze zawitali do nas, bo gościem są dość często (chyba już z 5 razy byli). (Zbych: Jeszcze miesiąc i powtórka na Wacken) Gdy tylko skończyli był czas na szybkie piwo, szybkiego TOYTOYa i szybką zapiekankę. Niektórzy już okupowali wcześniejsze miejsce, by nikt go nie zajął. Wszyscy stłoczyli się na wprost sceny aż podniosło to temperaturę tłumu. Tysiące ludzi, gorąco buchające od nich i gorączka oczekiwania na gwiazdę. Dla umilenia oczekiwania śmigłowiec (Zbych; Red Bull doda Ci … no i urwał) wywijał pętelki nad naszymi głowami. Słońce całkiem miło zachodziło (niemal jak w „Czasie Apokalipsy”). Jak spojrzało się za siebie, to uderzał widok morza głów, czarnych koszulek i patrzących oczu. Tysiące ludzi w jednym miejscu robiło swoje. I dobrze, bo widowisko było niesamowite. To się miało dokonać i dokonało jak tylko na telebimach pojawiła się postać  przemykającego między nagrobkami rewolwerowca a z głośników popłynęły dźwięki westernowej etiudy.

16 czerwca, lotnisko Bemowo, 21:30 GTM

Metallica wjechała jak przecinak do metalu i zmiażdżyła wszystko, co tylko było można zmiażdżyć. „Creeping Death”, “For whom the bell tolls”, „Nothing else matters” czy z nowej płyty „All nightmare long” czy „That Was Just Your Life” rozpoczętym biciem serca. Klasyka i nowości, mega gitarowe riffy i perkusyjna galopada. Wszystko za co kocham Metallicę było i wynagrodziło kolejne dwa lata oczekiwania. „One” jak zawsze mroziło żeberka, „Enter Sandman” kopało po tyłku a „Fade to Black” otwierało żyły ze szczęścia. Mimo że to mój czwarty koncert Mety to zawsze będzie to niesamowite przeżycie. I jeśli przyjadą ponownie, to z całą pewnością będę, bo warto przeżyć ten koncert nie tylko muzycznie ale smakować każdy rodzaj doznań. Wszyscy się świetnie bawili, skakali, śpiewali. Błyszczące oczy chłonęły widok sceny oraz te krótkie spojrzenia na telebim (kiedy działał). Skakanie było, a bliżej sceny niezłe młyny i wojna na całego. Nie ma litości dla nikogo. (Zbych: chłopaki polecieli jeszcze z Sanitarium, Władcą Marionetek czy Sad but True, a nawet zagalopowali Jeźdzcy Apokalipsy; najbardziej liczyłem na kawałki z nowej płyty, czy dadzą radę, wszak płyta jest w „starym” stylu i nie ma miętkiej gry; tym bardziej szacunek dla majstersztyku i powera tych nieposkromionych głosicieli Metalu)

James podkreślał wiele razy, że to wyjątkowe wydarzenie i sam cieszy się z tego. Dla wszystkich zespołów zadedykował „Sad but true” nie pomijając niektórych zespołów z „Garage Inc.”, którym wiele zawdzięczają. Grali najdłużej i najlepiej (choć to pewnie przez dźwięk). 2 godzinki przeszły jak dym a już rozbrzmiewało „Seek and Destroy”, który zawsze i nieodmiennie kończy koncert. Nie mogło zabraknąć podziękowań, larsowego „See you fuckin soon” czy mega pozytywnego „zajebiscie” z ust Roberto. Kto nie był ma czego żałować. 80 tysięcy ludzi uczciło niewątpliwe wydarzenie roku i nie zamierzało łatwo odpuścić.

17 czerwca, Powstańców Śląskich, 0:30 GTM

Pomyślcie teraz o tym, jak te tysiące ludzi chcą dostać się do Centrum? Macie to przed oczami? To zapomnijcie o tym, bo i tak nie tego byście się spodziewali. Cała ulica Powstańców była zablokowana a ludzie szeroką ławą szli w stronę McDonalda. Podstawiano autobusy, ale były one bezlitośnie oblepione wiszącymi ludźmi, jak za czasów rzeźni do Zakopanego. Krzyki, ścisk, śmiechy, rozmowy i nucenia. Noc okazała się ciepła i nie przeszkadzała w marszu. Patrząc na to wszystko, co się działo, zdaliśmy się na przewodnictwo Lidki, która znała okolicę jak własną kieszeń. Trzeba było dopchać się do miejsca, gdzie złapie się taksówkę. Oraz zasięg. Nie było łatwo, bo wszyscy dzwonili a telefon do taksy milczał lub był zajęty. Wszyscy biegają pytając się gdzie jedzie ten albo tamten autobus. Chaos wybuchł na ulicach i ciężko było coś poradzić niż odejść jak najdalej i liczyć na szczęście. Ostatecznie udało się i już o 2-3 wszyscy z nas byli w domach. Przygoda z koncertem została zakończona, ale Metallica gra nadal i oby grała jak najdłużej. (Zbych: głównym trzon grupy udał się na autobusy, a nasza trójka czyli Ania, Tomek i moi, uderzyliśmy do Metra, i powiem wam że to był najlepszy wybór !! autobusy zgarniały ludzi jak łopatą i co i rusz grzały w kierunku metra, oczywiście miasto zapomniało wyłączyć świateł (przynajmniej na 2 godzinki) na skrzyżowaniu Powstańców i Broniewskiego więc od razu zrobił się koras, ale już po 20 minutach byliśmy w metrze, a o 0.38 jechałem z Metra Marymont ostatnim busem do domu i już o 1.00 leżałem w wyrku; słysząc o problemach załogi mogli spokojnie jechać metrem i w Centrum sprawnie udać się każdy w swoją stronę, ale tak się właśnie zdobywa doświadczenie ! więc, Metallica, zapraszamy ponownie, Slayer, zapraszamy ponownie, niech Sonisphere liczy 30 kapel, nie tylko 5 !! Do boju Polsko, czas na poważny metalowy festiwal w Polsce, chcemy własną odmianę 3 dniowego Brutala, Wacken czy Masterów, tereny są, ludzie są, więc … może się uda czego Wam i sobie życzę, do zobaczenia na następnym koncercie; A propos, robi się nas coraz więcej, z czego jestem bardzo rad, wszak w kupie raźniej, DO ZO !!!!)

„See you fuckin soon!!!!!!!!!!!”

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)