Lis 302014
 

Zrobiło się zimno, mroźno i coraz ciemniej każdego dnia. Znak to, że nadchodzi zima a jesień powoli ginie we mgle i mrozie. W mieście czuć rosnące oczekiwanie przed gwiazdką, kolorowe reklamy atakują z każdego kąta a supermarkety pękają w szwach od klientów i dostawców. W całej tej zawierusze jeden wieczór zda się niczym, ale wypełniony przednią muzyką musi wystarczyć na tyle by przetrwać zimę. I taki wieczór zapewniła Progresja organizując metalowy Folk Fest, który bardzo udatnie i bez zbędnych formalności doskonale zamyka tegoroczną jesień.

Festiwal zaczynał się od 16.00 ale przy korporacyjnym tempie pracy niemożliwością byłoby dostanie się o tak pogańskiej porze do Fortu Wola. Nie w piątek po południem, gdzie cała „warszawka” rusza do domów w odległych miejscach i wszystkie wylotówki są zatkane niemiłosiernie. Dlatego obecność koło godziny 18 była już naprawdę dużym osiągnięciem. Akurat na końcówkę Percivala Schuttenbacha, który mile wprowadził w klimat festiwalu.

Percival pokazał się z jak najlepszej strony – zgrabne stroje, instrumenty oraz przaśna muzyka w sam raz do przytupywania i rozgrzania się po chłodzie okolic klubu. Nie dość, że grali bardzo fajnie i niezłym wykopem to jeszcze z jajem (choć są tam też panie). Naprawdę duża klasa muzyków  i bardzo dobry kontakt z publicznością, która była z zespołem przez cały czas. Najwyraźniej wszyscy czekali na „Satanismus” bo kiedy na koniec pojawił się ten kawałek to ludzie ryknęli jak dzikie świnie. A sam kawałek polecam, szczególnie dla wszelkiej maści obrońców czci i wiary. Skoro padają tam takie słowa „A kiedy przyjdzie do mnie Jezus | Pokażemy mu tabliczkę | Z kierunkiem na Wieliczkę” to chyba jest oczywiste, że musi się tym zająć prokuratura :) Folk już dawno przestał być nudny i bezpłciowy. Teraz ma solidną perkę, ostre riffy, fajne babki z chrypą w głosie i sporym dystansem do siebie i muzyki. Kiedy trzeba jest słowiańsko, a kiedy nie, to jest słowiańsko i zabawnie.

 

Jeśli chodzi o rozgrzewkę to by było na tyle. Po Percivalu mają grać już zagraniczne gwiazdy, których zestaw był naprawdę przedni. Stawkę otworzył islandzki Skalmold. Na żywca słyszałem ich pierwszy raz i wrażenie pozostawili bardzo dobre. Pieśni z dalekiej północy, śpiewane ochrypłym od zimna głosem, z ostrym akcentem i w rytmice wioseł drakkarów wpadały w ucho bez specjalnej pomocy. Słuchając tego można sobie było wyobrazić morski trud wikingów oraz uwalnianą furię po dopłynięciu do celu. Opowieści o Baldurze, Odynie i innych znanych bogach popłynęły z głośników i na kilka chwil zawładnęły tłumem. Ni w ząb nie wiedziałem o czym śpiewają poza pojawiającymi się nazwami własnymi, ale mogłem sobie wyobrazić ten cały śnieg, walkę z wielorybami i lodowymi gigantami. Mogłem przytupywać do marszowych rytmów perkusji myśląc, że to maszerują wikingowie bogaci w łupy. W ustach czułem smak maskonura oraz kawałków rekina, którym się zajadają Islandczycy. Jedyne, co mi lekko zgrzytało, to liczne „kopnięcia” w rytmie. Jak się słucha Germanów, którzy pod względem powtarzalności i marszowości są nie do zdarcia, to tam taka dysharmonia jest nie do pomyślenia. A tutaj występuje dość często. Człowiek macha głową, tupie do rytmu lub klaszcze w takt, a tutaj po kilku sekundach wpada zmiana tempa i rozwala cały dotychczasowy rytm. W Skalmoldzie trzeba się do tego przyzwyczaić, bo wiadomo, że na Wikingów nikt nie jest gotowy.

Druga w kolejności była Arkona. O niej pisałem już nie raz i nie dwa. Pojawienie się Rosjan jest zawsze żywiołowe, zawsze dobrze przyjęte i zawsze z uwielbieniem. Ich reklamować nie trzeba za bardzo, bo bronią się swoją muzyką. Słowiańskie nuty i ostry śpiew Maszy to wizytówka zespołu. Zagrali sporo z nowej płyty oraz kilka nieśmiertelnych kawałków na czele ze „Stenka na stenku”. Harmonia, dudy i przaśne granie od razu wprowadzają w niemal weselno-zabawowy klimat. Niektórym się to udzielało bo brali się pod boki i tańcowali (a nie tańczyli bo Słowianie tańcują). Obowiązkowy wall of death też był i wyszedł bardzo zacnie. Przy niemal pełnej sali udało się zrobić coś naprawdę fajnego. Ludziska bawili się przednio i o to chodzi w tym całym zamieszaniu spowodowanym muzyką. Bo ma być dla ludzi i jeśli ktoś przychodzi na koncert to dostaje to, co najlepsze. Na Arkonie nikt się nie zawiedzie, choć teraz było już krucho. Początek był bardzo słaby – nastrojenie instrumentów padło przez co śpiew i muzyka rozjechały się koszmarnie. W dodatku wypadło to na nowych kawałkach więc nawet nie było wiadomo, czy to tak ma być i publika milczała. Na szczęście potem było już lepiej. Mimo tego całego ognia i temperamentu Maszy koncert w ich wykonaniu był przeciętny. Słyszałem już lepsze i bardziej ogniste. Może to złe wrażenie tym nastrojeniem a może akurat faktycznie w ten piątek byli w gorszej formie. Mimo to, jeśli ktoś był pierwszy raz to zapamięta go bardzo dobrze i będzie przytupywał nogą jeszcze długo po koncercie. „Slawa bratia!” brzmiało co jakiś czas ze sceny i słowiańska dusza odzywała się we wszystkich zebranych przed sceną. Pogo, młyny, crowd surfing i nasz prosty, warszawski ogień było widać i … czuć. Klimatyzacja nie dawała rady i choć było ciepło i przytulnie, to jednak waliło jak z arki noego. Jakoś ta cała energia musiała wyjść z ludzi i wychodziła wszelkimi możliwymi porami :)

 I na koniec gwiazda czyli szwajcarski Eluveitie. To jest maszyna równie precyzyjna co piękna. Profesjonalizm z jakim został przeprowadzony koncert było czuć w każdej nutce i geście. Chęć grania, kontakt z publicznością i wspaniałe, celtycko-germańskie melodie, idealnie komponowały się z całością festiwalu. Prawdziwy Folk Fest było czuć właśnie wtedy, kiedy po dwóch wielkich blokach – nordyckim i słowiańskim – wjechali Celci i Germanie. A Eluveitie potrafi zagrać, zaśpiewać i wymęczyć wszystkich machaniem głową, skakaniem i porządnym poobijaniem się. O nich też już pisałem nie raz i powtarzać się nie będę. Ten koncert tylko potwierdza ich wielką formę i zawsze wyśmienite przygotowanie. Zagrali wszystko to, czego się należało spodziewać i choć „Inis Mona” była ledwie, ledwie na końcu, to jednak się pojawiła. A ten kawałek niezmiennie gra w mojej głowie, jest pamiętany i chwyta.

Wszystko skończyło się po północy zatem po ponad 6 godzinach słuchania muzyki. Zleciało naprawdę szybko i w bardzo dobrym towarzystwie. Nie wszyscy wytrzymali trudy stania i siadali gdzie popadnie choć głównie na podłodze. Niektórzy zaczęli to robić już koło 18 jakby już brakowało im sił. To ciekawe co by powiedzieli, gdyby mieli wytrzymać 10 lub 12 godzin na festiwalu, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek. Słaba ta młodzież dzisiejsza, o słaba. A najgorsze jest to, że jak się wszyscy rozsiedli to zablokowali przechodzących. To powodowało, że ludzie przeciskali się, popychali i szturchali. Wylało się niejedno piwo i dostało się nie raz z kolana przez przechodzących. Ale są sobie sami winni – skoro jest się na koncercie to nie ma siedzenia tylko stanie w oczekiwaniu na muzyków. Tak było zawsze  i pewnie młode pokolenie tego nie pojmuje, ale po staremu tak właśnie się robiło. „Wystanie” czegoś było normą i oznaką szacunku dla obu stron.

I jeszcze łyżka dziegciu w tym wszystkim. Pisałem poprzednio, ale teraz muszę to zrobić jeszcze raz i bardziej dosadnie. Progresjo – zrób coś do cholery z tymi szatniami!!!! Ja wiem, że jest tak jak jest i nie bardzo można coś przestawić, ale to, co dzieje się po koncercie to najgorsze standardy znane mi dotychczas tylko z Krakowa, z hali Wisły. Ja z szatni nie korzystam, bo przyjeżdżam autem, ale i tak muszę odstać swoje bo JEDYNE schody do wyjścia dzielone są z szatnią przez co stoją tam i „szatniarze” i zwykli przechodzący. O ścisku, przeciskaniu się i rozpaczliwych nawoływaniach nie wspomnę. Człowieka krew zalewa, że musi stać choć nie ma już po co, a ci, co stoją po kurtki wkurwiają się, że im ludzie z boku dochodzą i biorą rzeczy bez kolejki. Rozwiązanie wydaje się być proste – podzielić schody, postawić ochroniarzy i zaprowadzić porządek. Trzeba sprawdzić czy to działa bo inaczej taka sytuacja będzie się powtarzać zawsze. Zwykle ludzie brali kurtki wcześniej by po koncercie można było od razu wyjść. Teraz nic z tego. Wszystko jest tak zablokowane, że niepotrzebnie się bierze wcześniej rzeczy skoro i tak się czeka. W lato to nie przeszkadza, bo wszyscy idą do wyjścia i nikt nie zostaje przy szatni, ale w jesienno-zimową porę to staje się dramatem. Jedyna alternatywa to wyjście wcześniej – na bisach lub mniej więcej pod koniec – ale kto chce wychodzić wcześniej z koncertu??? Prezesie, proszę poczytać i wziąć do serca. Naprawdę.

Folk fest zakończony. Muza odeszła z ostatnimi jesiennymi liśćmi, a w powietrzu czuć mróz. Nachodzi zima. Muzyka cichnie, dudy milkną a na fujarkach nikt nie zagra będąc w rękawiczkach. Pozostaje tylko miłe wspomnienie w głowie i szum w uszach. Słowa i melodia, szmery i wspomnienia.

I close my eyes, Inis Mona
And reminisce of those palmy days
I moon o’er you, Inis Mona
As long as I breathe
I’ll call you my home

 

Paź 262013
 

 

“The Preacher’s call to tell you all

He saw damnation in his crystal ball”

Lipiec od zawsze był wyjątkowy z racji festiwali. Szczególnie, że zwykle było miejsce na nie zarówno w Polsce (Castle Party) jak i w Czechach (MOR). Ten rok wprowadził istotną zmianę. Impreza w Bolkowie przesunęła się o kilkanaście dni wcześniej. Zwykle ostatni weekend lipca był jej a teraz wypadł środek miesiąca. To wprowadziło potężną kolizję z MOR-em, który jest równie dobry choć nie tak specyficzny. Jednak muzycznie są bardzo podobne i dają podobne doznania. Jednak nie posiadam zdolności translokacji i musiałem wybrać na co pojechać. Nie tylko mnie to dosięgło bo wielu znajomych też rozważało poważnie, co usłyszeć. Ostatecznie wygrał MOR bo jest bardziej zróżnicowany, tańszy i dłuższy. Dzięki uprzejmości samochodowej miałem zapewniony transport więc nie pozostało nic innego jak tylko oddać się muzie i posłuchać co przygotowali Czesi w tym roku.

Jednak zanim o samym mięsie muzycznym to jeszcze chwila nad organizacją. Co roku jest niemal tak samo i widać, że przygotowania są na całego. Zabezpieczone miejsca parkingowe, pola wymiotowe ciągnące się już od zjazdu na kurort Luhacovice i organizacja ruchu już na samym polu festiwalowym. Podoba mi się to wszystko bo przynajmniej wiadomo co i gdzie. Jedynym minusem, choć raczej wynikającym z mojego roztargnienia, było zamieszanie z kubkami. Kubki do napojów były klasyczne, plastikowe, wymienialne przy kolumienkach na kolejne. Trzeba tylko zapłacić kaucję. Podobne kubki, ale z nadrukiem mastersowym, można było kupić na stoisku z oficjalnymi merchami, ale nie nalewano do nich piwa i nie wymieniano. Zatem by się napić piwa i tak trzeba było wykupić zwykły kubek. Jakaś tam wywieszka o tym wisiała, ale nie zauważyłem jej i chwilę postałem zanim Czeszka przy piwie wyjaśniła w czym rzecz. Reszta była już w porządku. Koszulki, jak co roku, nie zachwycały ale z obowiązku trzeba mieć. Gadżetów było nawet sporo i każdy mógł sobie coś wybrać – od latarki po opaski na głowę. Program też był – i jak zawsze za wszystko trzeba było płacić oddzielnie.

W tym roku zapowiadało się całkiem nieźle biorąc pod uwagę występ kilku zespołów, które chciałem zobaczyć ze zwykłej ciekawości. Ich usłyszenie w Polsce byłoby niemożliwe, bo nadal sporo tras omija Polskę mimo że to takie dobre miejsce do koncertowania. I często, po długiej nieobecności, wszyscy się przekonują i dziwią, że jeszcze  u nas nie byli. No, ale to może takie patriotyczne podejście choć dobrze tłumaczy wiele takich tekstów, które dało się słyszeć nie raz ze sceny. Dzięki większym imprezom dość blisko naszych granic – jak MOR czy BA – można naprawdę wiele usłyszeć i poczuć choć troszkę powiew wielkiego metalu z całego świata.

“Warning from the bible of the beast
Never trust a werewolf from the east”

Pierwszy dzień nie jest za długi. To taka rozgrzewka przed resztą festiwalu, ale już z gwiazdami i wielką pompą. MORa otwierał, jak kilka lat temu, Fleret. To miejscowa kapela rockowa, którą znają wszyscy. Wszyscy Czesi oczywiście. To też dobry moment by rozejrzeć się wokół – szczególnie rzucić okiem na stoiska i zabawy ludyczne. To też jest nieodzowny element MORa. Masa pierdółek wszelkiej maści i jakości – od płyt i naszywek po dmuchane gitary, kolczyki do nosa i lateksowe maski zombie na twarz. Na placu niedaleko bocznej sceny rozstawiło się miasteczko rozrywki, gdzie można było wejść na dmuchaną ściankę, powalczyć w puchowych strojach zawodników sumo oraz skoczyć na bangee. Ja z tych atrakcji wybrałem sobie zrobienie puszki coli z moją ksywą. Kosztowało to 35 koron więc nie majątek a pamiątka jest przednia.

A wracając na główną scenę to wypełniło ją mocne trio w postaci Arkony, Primal Fear i Grave Diggera. Niemal klasyka festiwalowa i to w dodatku już oglądana w tym roku. Masza i reszta kapeli jak zawsze żywiołowa i w słowiańskim żywiole. Klapki tylko furkotały jak ludzie wpadali w młyn. Spokojnie było na Primalach bo to już starszy zespół, ale ogień też był – szczególnie na „Metal is forever”. I wreszcie Grave Digger w szkockich klimatach. Obowiązkowe wykonanie „Rebelliona” odbyło się chóralnie i z pompą. Co prawda nie było spódniczki i dud, ale i tak było fajnie. W międzyczasie chodziłem na drugą, mniejszą scenę by zobaczyć jak dają sobie radę mniejsze zespoły. I dawały radę. Co prawda przypominało to trochę garaż, ale na pewno występ na takiej imprezie będzie dla nich czymś wyjątkowym. I wielu ludzi też tak sądziło, skoro przychodziło oglądać i posłuchać kogoś na mniejszej scenie. Nie pamiętam teraz, kto jak grał, ale posłuchać było można.

“We are devils in disguise
We’re the demons of the night”

Drugi dzień już poważniejszy i znacznie cieplejszy. Upał był potworny i tylko arbuz ratował sytuację. Dobrze, że pod Sole jest Albert więc zaopatrzenie było bezproblemowe. Sjesta trwała jakiś czas bo w słońcu nie dane było wytrwać. Zaplanowałem na dzisiejszy dzień zobaczenie „Elvenkinga” i później „The 69 Eyes”. Dzięki temu przynajmniej przez godzinkę poczuje się jak w Bolkowie. „Elvenking” dał radę choć studyjnie z ozdobnikami brzmią ciekawie niż prezentowana na surowo dawka power metalu. Goci dla odmiany brzmieli dobrze i ciekawie. Nagłośnienie dało radę i ten pierwszy raz z nimi nie był niczym zakłócony. Dobry koncert wieczorową porą był czystą przyjemnością. I nawet bramboraki, które znikały wokół w tempie wody, nie przeszkodziły swoim zapachem w odbiorze niemaszków. Na mniejszej scenie zaś furorę zrobiła „Good Girl Maggie”. Polacy z Cieszyna i z fajną laską na wokalu dali radę i byli bardzo dobrze przyjęci. Muzycznie jeszcze surowo brzmią, ale za to mają chwytliwe kawałki. Komentarze początkowo po angielsku szybko przeszły na polski. W końcu Czesi też to rozumieli więc nie trzeba było się gimnastykować. Ciekawy występ był znacznie lepszy niż grający na głównej „Prong”. I to pokazało, że czasami tutaj lepiej grają niż gwiazdy. Tutaj zaczynał przecież Dymytry, który w niedzielę zagrał już na głównej. Jak widać, można się wybić jeśli ma się pomysł i uparcie dąży do celu.

Bardzo byłem ciekaw Rage z orkiestrą symfoniczną i nie zawiodłem się. Surowe kawałki w orkiestrowej aranżacji zawsze chwytają za serce. W dodatku grane z zespołem więc przy wspomaganiu metalowym. Bardzo ciekawa koncepcja i bardzo udany występ. Ten zespół orkiestrowy – Lingua Mortis Orch – wydał swoją płytę i nie wiem, czy jej nie zakupić. Mają swoje kawałki a nie tylko covery więc byłoby co posłuchać. Pewnie drugiej Apocalypticy z tego nie będzie, ale inicjatywa jest nad wyraz ciekawa.

“All we pray, alone we can’t decide
Catholic in the morning
Satanist at night”

Trzeci dzień czyli sobota już była chłodniejsza i deszczowa. Skoki temperatur były duże i można było się załatwić jak się nie pilnowało. Jakoś udało się bez chrypy i kaszlu przebyć tą zmianę i z trdlo migdałowym w ręku zameldowałem się pod sceną. Na dziś przewidziałem kilka ciekawych punktów choć głównie powtórkowych, ale za to jakich. Obowiązkowa rundka po merczach nie ujawniła niczego nowego. W miasteczku też nic nowego. Coraz więcej za to było ludzi idących na azymut, śpiących pod zaszczanym płotem i patrzącym wokół niewidzącym wzrokiem. Takie są prawa festiwalu i nie wierzę, że na Woodstocku nie było pijanych i nie palono trawy. Chwalono się tym, ale to propaganda, której kłam zadaje każdy inny festiwal, na którym byłem. Skoro na mniejszych jest to dość częsty widok, to przy ponad pół milionowej widowni jest to pewnik. I żadna propaganda tego nie zmieni.

A muzycznie zaczęło się od fińskiego „Waltari”. Spokojnie i bez problemu wprowadzili oni przeciętnym występem w klimat konieczny dla „Moonspela”. A ci, jak przystało na profesorów metalu, rozwalili wszystko wykonaniami, których każdy zazdrości w ich repertuarze. Nie zabrakło hitów z dawnych lat i z tych całkiem nowych. „Full moon madness” zawładnął Czechami w pełni. A po nich przyszła kolej na potwory z Finlandii czyli “Lordi” w pełnej krasie. To showmani pełną gębą – nie dość, że mają niesamowite lateksowe stroje to jeszcze pokazują mini scenki obrazujące różne sposoby zgonu. Jest świecący topór, piła motorowa, sypiące iskrami gitary, wybuchy oraz petardy. Do tego przegląd wszystkich hitów – czyli bez „Rock Hallelujah” nie mogło się obyć. Publika szalała i cieszyła się z każdej sceny, którą pokazywał „Lordi”. To miłe zakończenie dnia bo już na Yngwie nie starczyło mi sił. Wiedziałem jak gra i dobrze jest go posłuchać na słuchawkach, ale na koncercie, który miał być do północy już niekoniecznie. Jeszcze szybkie wejście na bramboraka, oblecenie merczy i do hotelu „Sole”. Trzeci dzień można uznać za zakończony.

“And we all
Die, die, die tonight
Sanctified with dynamite
Die, die, dynamite
Halleluja!”

Niedziela wstała deszczowa, choć dość szybko się rozpogodziło. I całe szczęście bo stanie w deszczu nigdy i nigdzie nie jest przyjemne. Dłuższy odpoczynek niż zwykle należał się – tym bardziej, że dziś będzie dłużej i znacznie intensywniej. Zaczęło się od „Xandrii” – miły występ na początek ostatniego dnia festiwalu. Już ich słyszałem a zespół należy do czołówki female fronted metal. Ciekawy wokal i poprawne wykonania choć jakoś nie urzekły. Oczywiście nieśmiertelny „Ravenheart” musiał być. To ich największy przebój i jak na razie jedyny. Szkoda że takiego potencjału, jaki jest w tej piosence nie przekuto na inne. Może kiedyś?

„Sanctuary” przeszło bez echa. Wykonanie nawet niezłe i dobre na wczesny obiad w postaci kureci meso i opiekane bram borki. To wystarczyło by zdążyć na Anneke van Giersbergen. Byłej jej ogromnie ciekaw. Była w Warszawie kilka miesięcy temu ale nie poszedłem. Dziś miałem to nadrobić i ocenić czy ładniejsza część „The Gathering” ma nadal pazur. No właśnie. Wynudziłem się koszmarnie. Kawałki były jakieś takie płaskie, bez polotu i śpiewane tak jakby śpiewała to Sipińska a nie Anneke. Wyszedłem w połowie by obejrzeć merche i zobaczyć co dzieje się na małej scenie. I nawet kawałek „The Gathering” nie brzmiał tak, jak w zespole. Słysząc to nie żałowałem, że nie byłem w Wawie na jej koncercie. Byłbym jeszcze bardziej zawiedziony. Choć może w klubie łatwiej by trafiło to do mnie niż na dużej scenie. Ale trudno, stało się. Obecnie ani Anneke ani zespół nie brzmią tak, jak kiedyś razem. Coś się skończyło i coś się zaczęło. Jeszcze zespół kupuję, ale solówkę pani odpuszczam.

Po niej na scenie pojawił się duet dość nietypowy, ale jak popatrzy się na skład zespołów to nawet logiczny. „Leaves Eyes” i „Atrocity” razem na scenie to jak ogień i woda. Zjawiskowa Liv z nieokrzesanym Niemcem. Delikatność brzmienia z metalowym łojeniem (dobra, nie każdy uważa że Atrocity to metal, ale nie brzmią przynajmniej jak Justin). Takie połączenie jest jednak możliwe. Muzycznie kiedyś występowali razem jako „Theathre of Tragedy” (chlip!), prywatne byli nawet małżeństwem. Obecnie każdy ma swoją drogę zawodową i prywatną. Spotkali się na scenie, przywitali, ucałowali i zagrali razem „Shout”. Dla mnie Atrocity to coverki i nic tego nie zmieni. Grają co prawda swój materiał, ale jest on tak przeciętny, że na koncercie prześlizgnąłem się nad nim. Szczególnie, że dużo lepiej zaprezentował się performance, który Niemcy przywieźli ze sobą. Obejmował on taniec dwóch rozebranych do bikini panienek. Dobrane były ze smakiem i widać, że tańczą profesjonalnie dla mniejszej widowni. I to okazało się dużo lepsze niż muzyka. Trochę szkoda, ale przynajmniej każdy patrzył się na laski a nie na zespół. Liv zagrała jeszcze jeden kawałek razem z Niemcami a potem zaprezentował się jej zespół. To tylko kawałek „ToT” i to słychać. Idealne połączenie delikatności z brutalnością dawało wtedy mieszankę nie do podrobienia. Teraz tego nie ma i brzmienie jest dużo bardziej przeciętne. Tym bardziej, że zespołów ffm jest już tak dużo i w naprawdę dobrej jakości muzycznej, że trzeba szukać czegoś unikatowego. „Leaves Eyes” to nadal czołówka ffm – to się nie zmieni. Jednak w porównaniu z „ToT” wypada przeciętnie. Mimo to podwójne wystąpienie było ciekawe i dość urozmaicone. Dzięki laskom nie wynudziłem się do końca a ciekawość oglądania obu zespołów po raz pierwszy wypełniła skutecznie czas i uszy.

Przerwa po podwójnym uderzeniu nie trwała długo. Tym bardziej, że potem miał zagrać „Powerwolf”. „Powerwolf”. Celowo dwa razy bo w powermetalu ostatnich lat chłopaki wymietli wszystko, co było do wymiecienia. Szczególnie w dziedzinie wampirów, religii oraz wilkołaków. „Sabaton” trzyma część wojskową, „Blind Guardian” i „Rhapsody” – fantasy, a „Powerwolf” – wiarę. Koncert był zajebisty. Co prawda podobny do tego z Metalfestu i do tego sprzed roku, ale co tam – Atillę można słuchać non stop a skoczne rytmy „Werewolf from Armenia” czy „Sancify with Dynamite” albo „Ressurection by erection” zostają w głowie jeszcze parę tygodni po koncercie. Jeśli jeszcze nie słyszałeś Powerwolfa to natychmiast to nadrób. Takiej radości z grania już dawno nie słyszałem a energia ładująca metalowe serce bije z każdego kawałku. W zasadzie na tym miłym akcencie można było zakończyć. Jednak na wieczór przewidziano coś specjalnego.

Wiedziony ciekawością i przymuszony tłumem zostałem na koncercie „Avantasii”. Dali 3 godzinny koncert w postaci metal opery wykonywanej specjalnie na MOR. Scenografia, kompozycje, orkiestra i cała reszta była na najwyższym poziomie. Wszystko wysmakowane i podane z pietyzmem. Nic dziwnego, że Czesi ich uwielbiają. Jakbym powiedział coś złego na Avantasię, to pewnie był został zatłuczony klapkami na żywca. Nie dotrwałem do końca. Jak dla mnie było to zbyt monotonnie. Nie znam aż tak bardzo Avantasii by wytrwać na ich specjalnym koncercie trzy godziny. Po godzinie dałem spokój i wyszedłem odprowadzany wzrokiem wściekłych Czechów, którym przeszkodziło się w celebrowaniu chwili. Godzinka jak dla mnie wystarczyła. Gdyby to była Metallica albo R+ to i cztery by się wytrzymało, ale nieznany zespół odpuszczam.

I to tyle z tegorocznego MORa. Było fajnie choć w składzie obejmującym moją osobę i ludzi, którzy mnie podwieźli. Jednak muzycznie trochę się działo. Czy byłoby tak samo jak na Castle Party? Nie wiem. Nie chcę żałować tylko pamiętać, że to był dobry czas. Pozostaje CP za rok, które znowu jest wcześniej i znów zahacza o MORa. Trzeba będzie uważniej popatrzeć na składy i zdecydować. A póki co „Powerwolf” rządzi i udowadnia, że moc jest wielka.

“When the moon is high
Told you soon will die”

 

Wrz 062012
 

Ranek był zimny i wilgotny. Wizyta w kolonialu zaowocowała bułami, majką (pasztet) i dżemikiem. Akurat na rozruchowe śniadanie, które ma dać siły na początek brutalowego dnia. Potem wizyta w Dvur Kralowe po zapasy na resztę dni i szykowanie się na pierwszy koncert – Arkonę. Zakupiliśmy całą lodówę żarcia łącznie z jedenastokilowym arbuzem. Do tego piwo, kofola i kilka niezbędników życiowych w postaci pomidorów, chleba, parówek i kawy oraz mleka. Obróciliśmy sprawnie i ruszyliśmy na festiwal. Ludzi była już masa – tłok zrobił się już na drodze dochodzącej do scen a pod samymi scenami był już solidny. Arkona tego dnia dała radę i nie zawiodła. Babka w kożuchu i jej „Sława bratia!” zjednało sobie publikę. Skoczne, słowiańskie rytmy zmuszały do podrygiwania a niektórych wręcz kręciły do tańca. Piwo wchodziło jak woda, słoneczko świeciło w oczy a gwar wielonarodowych rozmów atakował z każdej strony. Nie oszukujmy się – polski dominował – choć słowo „kurwa” brzmi tak samo w większości słowiańskich języków. Po Rosjanach zostaliśmy na „General Surgery”. Chłopaki w lekarskich kitlach zachlapanych krwią uderzali w growl a nawet w lekką świńską muzę i zabawili wszystkich zebranych. „Daaaa da da, ta da da daaaaaaaaaaaaaaaaaaa!” świńska muza dla każdego.

Dłuższą chwilę po lekarzach zamieniliśmy na wizytę w Hospudce na obiedzie niedaleko Pensionu. Miejsce znalezione ostatnim razem (2 lata temu) znów ujęło nas smakiem, ceną i jakością wykonania. Znów byli z nami starzy znajomi w postaci forfitera, psa-pedała, węża, dinozaura z długą szyją i jego kompana – dinozaura na czterech łapach i krowią czaszką na ścianie. O żarciu lepiej nie będę się wypowiadać bo ślinka cieknie na samą myśl, a formę trzeba zachować. Ach ten kapuśniak… Nie, nie, nie. Nie będę o tym pisać. Wracajmy na festiwal. Continue reading »

Lip 122011
 

W tym roku Mastersi prezentują się całkiem okazale i nawet składem przebijają ubiegłoroczną edycję. To już za kilka dni więc jeśli jeszcze ktoś chce się załapać to ma ostatnie minuty na podjęcie decyzji i spakowanie gratów.

Dla tych, którzy jednak nie będą w Czechach przygotowaliśmy krótki spis tego, co będzie można posłuchać i pooglądać w Vizovicach. Autorem opisów jest Zbych – w tym roku jego kolejka była :) Cieszcie oko i żałujcie, że was tam nie będzie.

Czwartek, 14 lipca

Fleret (CZ) – Czeski folk-rock

Dark Gamballe (CZ) – Czech Industrial Metal :)

Alestorm (UK) – Chłopaki z Perth w Szkocji. Muza inspirowana pirackim brzmieniem określanym mianem „Pirate Metal”. Wesołe brzmienie, skoczne rytmy o pirackich kapitanach, bitwach morskich, skarbach i potworach z głębin. Skocznie, energetycznie i z JARRRRRRR.

Virgin Steele (USA) – Amerykański zespół grający heavy/power metal, z elementami symfonicznymi i progresywnymi. Założony w 1981 przez Jacka Starra. Od tego czasu wydali 12 albumów. Klasyczne brzmienie. Na ich koncie jest również działalność Metal Operowa. Mocne staroszkolne granie.

Bonfire (GER) – Heavy Metal z Niemiec. Założony w 1972 roku. Grupa z dużym dorobkiem muzycznym.

Amorphis (FIN) – Powstali w 1990. Początkowy death doom został zamieniony na melodic death metal po zmianie wokalisty w 2005. Nazwa pochodzi od słowa Amorphous – bezpostaciowy. W tekstach nawiązują do takich zagadnień jak śmierć, wojna, lokalne legendy oraz fińskiego poematu epickiego Kalevala. Spory dorobek albumowy. Dobra muza. Continue reading »