Paź 232014
 

Koncert w Stodole, jak wiele wcześniejszych w tym miejscu, odbył się z ogniem, zniszczeniem i destrukcją. Behemoth przyjechał, podpalił ognie piekielne i zostawił po sobie smród siarki czyli to, do czego przyzwyczaja od prawie 20 lat na całym świecie. Dlatego wiele nie ma co tutaj rozwodzić się nad samym koncertem tylko przejrzeć któreś z poprzednich wpisów. Wrażenia są takie same, zadowolenie nawet większe a całość bardzo satysfakcjonująca. Jest jednak coś, co wyróżnia tą trasę od innych – otoczka „religijna”.

Celowo ująłem istotę zagadnienia w nawias bowiem to, co działo się w Poznaniu, a co można było zobaczyć pod Stodołą w postaci minifestynu to jest właśnie „religia”. Nie chcę tutaj umniejszać znaczenia wiary, Kościoła czy chrześcijaństwa tylko wskazać, że pod ich osłoną niektórzy robią co tylko chcą. I tym samym wracają do czasów, gdzie widzimisię Inkwizycji i księży skazywało na stos niewinnych, gdzie słowo kościoła (jako władzy świeckiej) zastępowało wolę, wiedzę i kulturę. Przeważnie nie wychodziło to na dobre a teraz wychodzi z tego wszystko to, co najgorsze.

Obecne czasy są wyjątkowe. Wolność, o którą tak walczono, zmienia się w wolność sterowaną. Możesz robić wszystko, ale tylko we wskazanym przez kogoś obszarze. Nie mówię tu o patologiach bo nie o to chodzi, ale o wolność sumienia i wyznania. Każdy może teraz lubić co tylko chce i mieć gust taki, jaki mu pasuje. Nie trzeba słuchać radia by wiedzieć co ma mi się podobać. Nie muszę oglądać telewizji by dowiedzieć się co ma mnie kręcić. Przy rozwalaniu muru berlińskiego i po okrągłym stole chyba nikt nie przypuszczał, że rola religii w państwie spadnie tak bardzo. Bo wcześniej była ona przeciwko władzy i dawała ludziom nadzieje. Jednak kiedy nie ma już wspólnego wroga, kościół nadal stara się być przewodnikiem w dziedzinach nie tylko związanych z wiarą. Dlatego coraz bardziej udziela się politycznie, zaznacza obecność w szkołach, w mediach i w codziennym życiu. Kiedyś nie musiał niczego udowadniać, a teraz walczy o to, co było kiedyś naturalne.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Zmiany, jakie nastąpiły, są już nieodwracalne. Także funkcjonowanie kościoła musiało się zmienić. Zmieniło się wszystko, ale niektórzy chcą by jednak niektóre rzeczy się nie zmieniły. Jest to trudne nawet w prostych sprawach, a co dopiero w sprawach wiary. I szkoda, że odbywa się to kosztem rzeczy, które zapewniają nam wolność myśli, sposób wyrażania siebie i czynienia z siebie osób unikalnych. Bo muzyka taka właśnie jest. Pozwala nam mieć coś, co jest tylko nasze. Miło jest, gdy coś dzielimy z innymi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nie jesteśmy sami. I lubimy to, co sami wybraliśmy a nie to, co zostało nam wtłoczone lub wbite do głowy innymi metodami.

Czy Behemoth może się podobać? Pewnie tak. Ma swoich fanów, ma swoich antyfanów – jak wiele kapel na świecie. I to nawet na scenie black i death metalowej. Nie jest niczym wyjątkowym i nie jest zjawiskiem, którego nikt nigdy na świecie nie widział. Nie jest też unikalny jeśli chodzi o treści i przekaz – można nawet powiedzieć, że wypada doskonale w korycie nurtu tego typu grania metalowego. Nie oczekujmy, że będą śpiewać o miłości czy pszczółkach bo to nie ta stylistyka. To takie samo podejście jak to, że zespół disco-polo nie będzie śpiewał o szatanie czy o wojnie. Trasa Behemotha też nie jest pierwszą i oby nie ostatnią. Jednak akurat teraz skumulowały się działania niektórych ludzi, którzy nie chcą by Behemoth grał w ich mieście. W Poznaniu się udało, w Warszawie odbył się wiec, koronka różańcowa oraz wieczorne czuwanie pod klubem. Czemu to ma służyć? Bo na pewno nie kościołowi, nie ludziom, którzy wolą iść do kościoła niż pod klub i nie metalowcom, którzy i tak pójdą na koncert swojego ulubionego zespołu.

To przykład na to, jak ktoś próbuje wmówić ludziom, że ten typ muzyki zniszczy naszą duszę, nasze postrzeganie świata i naszą moralność. Jest gorsze niż palenie papierosów, kupowanie noży w markecie i przemoc rodzinna. Piraci drogowi szaleją po Warszawie i nic się z tym nie robi. Przekręty na zbiórkach pieniędzy uchodzą bez echa a o politycznych indoktrynacjach nie ma nawet co wspominać. Behemotha łatwo jest atakować bo śpiewa o szatanie (celowo z małej, niech ludzie z drugiej strony barykady to docenią), gardzi religią jako elementem zniewolenia i muzycy wyglądają jak z najgorszego koszmaru. Trudno temu zaprzeczyć, a odbiór tego jest raczej jednoznaczny. I nie ważne jaka jest wymowa twórczości czy podejście muzyków do tego bo to zostaje przyćmione tym, co widać od razu. Nie wkłada się wysiłku by to zrozumieć. Bo tak łatwiej. Po co zagłębiać się w to skoro widać od razu, o co chodzi.

Nie chciałbym tutaj zaraz wbijać w fanowskie tony o tym, że słowa piosenek Behemotha to objawienie najwyższe. Sądzę nawet, że nie wyróżniają się specjalnie w całej masie black i death metalowych kompozycjach. Taktowanie ich jako nawoływanie do szatanizmu czy zabijania albo innych czynów równie spektakularnych to cofnięcie się co najmniej 20 lat wstecz w rozwoju ludzkości. Były co prawda takie przypadki w Norwegii ale nawet w światku metalowym jest to traktowane jako wybryk jednostki. I chyba tylko dlatego dostaje się Behemothowi, bo jest znany. Ma większą siłę rażenia, jest na świeczniku i wszyscy go widzą. Nie widać jednak wysypu metalowców w miastach, wzmożonych działań sekt czy spadku pogłowia czarnych kotów. Metalowcy to wiedzą, że to nie tak działa. Przypisywanie czegokolwiek komukolwiek tylko dlatego, że tak się wydaje, to jest już średniowiecze. Włączenie się w to kościoła to najgorsza forma indoktrynacji jaką można zrobić by niszczyć wolność. Metalowiec jak zabije to będzie siedzieć jak normalny człowiek i będzie sądzony jak każdy, kto się takiego czynu dopuści. Nie będzie zaś postrzegany jako zabójca bo jest metalowcem i szatan mu kazał. Psychiatra właściwie oceni tą postawę :)

Dobra, miałem już nic nie pisać w tej kwestii. I tak nikt tego nie przeczyta a już ci, których to dotyczy, będą ostatnimi do których to dotrze. Może. Niech przemówi Miciński czyli głos Młodej Polski przez usta Maleńczuka prosto z gardła bestii :)

 

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
Lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy —
Ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
Iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy
Jak pył pustyni w zwiewną piramidę —
Ja piorun burz — a od grobowca cichszy
Mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą
Jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach —
Jam błysk wulkanów — a w błotnych nizinach
Idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga —
I słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

Lis 262013
 

Mówią płonie stodoła płonie aż strach , aż kurzy się z niej
Trzeszczy wszystko dokoła ściany i dach gorąco, że hej

Tak przywitała nas warszawska Stodoła. Wcześniej zebraliśmy się wszyscy pod klubem by tłumnie wejść do środka. Szatnia, piwo, mercze i papierosek – wstęp taki, jak zawsze. Choć minęło ładnych parę miechów odkąd było się w stodółce to jednak pewien rytuał pozostał. Supporty przebyliśmy przy piwie i rozmowach – rezerwowaliśmy siły na pomorską bestię, dla której warto było się spotkać. Piwo za 10 zeta to standard tylko szkoda, że smakowało wodą. To też się nie zmieniło.

A ludzi z każdą minutą przybywało. Zakończenie trasy Behemotha i wizyta w Wawie to miła odmiana od zwyczajnych koncertów, których zrobiło się naprawdę sporo. Widzieliśmy już chłopaków na Brutal Assaulcie, szczególnie że mieli nowe wdzianka i nowy kawałek z nadchodzącej płyty. Teraz można było ich podziwiać dużo bliżej i głośniej niż na festiwalu, na co liczyliśmy. Czarne koszulki dominowały, co akurat dziwnym nie jest, jak by powiedział Entombed. Mercze były nawet dość przystępne bo za koszulkę 40 czy 50 zeta to niemal okazja. Wiadomo, polskie to tanie, ale nie znaczy gorsze. Wzorki koszulek dość przeciętne i swojej czarnej nie zmienię na nic innego. Z resztą jakoś stoisko nie było specjalnie oblegane. Jeśli ktoś chciał się w coś zaopatrzyć to w zasadzie z marszu mógł to zrobić.

Spotkanie z brutalowymi towarzyszami też wyszło przednio. Wróciły wspomnienia, zabawne sytuacje i zdarzenia, które budowały tegoroczny wyjazd do Czech. Dobrze, że mimo licznych obowiązków, natłoku pracy i rzeczywistości udało się każdemu wyrwać te kilka godzin i spotkać się. To siła muzyki, nie ma co.

 

W swojej stodole zrobił bal, tańczyłem i ja….
Tak mogą płonąć stodoły każdego dnia…

Behemoth zaczął z przytupem bo „Ov Fire and Void”. Zrobiło się mroczno, głośno i behemotowo. Miałem wrażenie, że nagłośnienie trochę spłaszcza dźwięki i miało się wrażenie słuchania tego z puszki. Na szczęście potem było już lepiej, ale i tak kilka pierwszych kawałków poszło z takim posłuchem u mnie. Nowy wygląd urzekał i zamiana skór oraz ćwieków na podarte łachy, wyświechtane płaszcze i resztki całunów, była udana. Malunki na twarzy też były inne – bardziej brudne, mniej kontrastowe. Wapienna maska została zamieniona na plemienne barwy ciemności. I to u wszystkich. Duży plus.

Kolejne kawałki tylko udowadniały, że Behemoth jest w formie. „Demigod” z obowiązkowym wstępem Nergala o człowieku i jego roli w samostanowieniu (ach, nie ma to jak wydumana koncepcja na temat bycia sobą), potem „Moonspell Rites” (mega stary kawałek) oraz „Conquer All” dedykowany wszystkim przeciwnikom. To wstęp do kawałka z nowej płyty, który jest ogrywany na koncertach – „Blow Your Trumpet Gabriel”. Wypadł bardzo dobrze i rozpalenie ogniska na scenie tylko wzmocniło przekaz muzyczny. Niewątpliwie „Satanist” będzie czymś nowym i z nowymi brzmieniami. Będzie na co czekać.

A potem już klasyka za klasyką czyli to, co na koncercie Behemotha jest niemal zawsze. „The Seed ov I”, „Alas, Lord is upon me”, „Christians to the lions”,”Decade of therion”, „At the Left hand ov God”, „Slaves shall serve” i „Chant for Eschaton”. Chwila na danie szansy ludziom by trochę poskanować nazwę zespołu i wywołać go na scenę. Chłopaki nie dali na siebie długo czekać choć bis wyszedł dość skromnie, ale z przytupem. Najpierw „23” z „Telemy” a potem mój ulubiony „Lucyfer” z fajnymi gitarkami zaczynającymi kawałek. Jakoś inaczej wyszło niż na albumie, ale równie fajnie. Miciński głosem Maleńczuka został zagłuszony muzyką, ale i tak każdy zna te słowa. „Na harfach morze gra, kłębi się rajów pożoga”. Ech, zrobiło się niemal romantycznie.

Szkoda, że tak krótko grali bo nocka się dopiero rozwijała. W listopadową noc nie ma to jak posłuchać sobie czegoś czarnego, poczuć na skórze gorący podmuch ogni piekielnych i pokrzyczeć na całe gardło „Slaaaaaveeee shal seeeeeerveeee!!!!”

 

 

Sie 152013
 

W tym roku wyjątkowo nie ma Sonisphere ale jest Impact. Nie bardzo się orientuję skąd taka zmiana, ale pewnie skoro nie wiadomo co to chodzi o kasę. W zeszłym roku oba koncerty były i miały się dobrze. W tym roku zabrakło Sonika, ale rozrósł się za to Impact co wskazuje, że ktoś się z kimś dogadał i ustalili, że będzie jedna impreza. Dwa dni podzielone były wyraźnie na dwa obozy – dzień pierwszy to metal czyli to, co by było na Soniku oraz dzień drugi – new rock i nie wiadomo co czyli to, co by było na Impact. Byłem tylko na dniu pierwszym bo był bardziej wartościowy dla mnie. Dla takich tuzów jak Slayer czy Rammstein warto iść zawsze i wszędzie. Dlatego byłem i oto co tam zobaczyłem.

Lotnisko na Bemowie po raz kolejny gościło metalowców i tłumy fanów. W tym roku było kogo witać, bo headlinerem był Rammstein to pozostali nie byli wcale gorsi – Slayer, Behemoth czy Airborne – i dzielnie dawali radę. Pogoda za to fikała kozły i lało niemiłosiernie. Na wejście, tak koło 15, by zdążyć na Ghosta, ruszyliśmy na pola. Spadł wtedy taki deszcz, że peleryny nie dawały rady i lało się dosłownie wszędzie. Ludzie od merchów nie wychodzili spod osłon i trzeba było stać w deszczu zanim ktoś się pofatyguje i poda koszulkę czy coś. Po pół godzinie było po wszystkim, ale to i tak o 29 minut za długo. Zimne piwo nie poprawiało nastrojów, ale gorąca zapiekanka i owszem. Continue reading »

Paź 302010
 

„Slave shall serve”

Sobota, dzień w którym nadciągnęły chmury. Od samego rana, gdzieś na horyzoncie, było widać kłębiące się chmurzyska. Burza wisiała na włosku. Dodatkowo potęgował to (o ile to możliwe) zwiększony żar i duchota. W czeskiej telewizji trąbili głośno o fali nawałnic idących od zachodu i o zniszczeniach, których dokonały na północy kraju. Dawało to nadzieję, że może się w końcu trochę ochłodzi i będzie znośniej delektować się urokami imprezy. Z drugiej strony burza nad festiwalem…zapamiętajcie tą myśl. Jednak zanim popadało, to trzeba było przetrwać kolejną falę upałów. W inwazjona graliśmy polewając się kofolą i patrząc przez okno na niebo czy nic deszczowego nie nadchodzi. Spokojnie przeczekaliśmy największy południowy żar i wybraliśmy się na Behemotha na godzinę 18.00.

Polski akcent na Mastersach wypadł bardzo dobrze. Fani naprawdę solidnego grania wypełzli ze wszystkich możliwych dziur. Nergal i spółka wyglądali jak zawsze a że ukrop z nieba lał się w najlepsze to współczułem im w ich skórzanych wdziankach i z makijażem spływającym z każdą minutą. Urzekł nas jeden Meksykaniec, który nadciągnął z polską flagą i trzymał ją uparcie nad głową. Fajna sprawa, ale na dłuższą metę niepraktyczna bo zasłaniał wszystkim widok. Ktoś zwrócił mu uwagę i machanie flagą ograniczył do przerw między piosenkami. A Behemoth grał swoje. Ogromny banner za ich plecami przedstawiał okładkę z najnowszego albumu. Nie doczekaliśmy się Lucifera, ale dla Czechów to jak perły między wieprze. Było za to „ov fire and void”, „Slave shall serve” i „Christian to the lions” oraz cała masa innych fajnych kawałków. Chłopcy zaprezentowali się bardzo dobrze i dali z siebie wszystko. W porównaniu z czeskimi tublatankami wyglądali jak demony i zmietli wszystko i wszystkich. Po koncercie, podczas rozdawania autografów, udało nam się dopchać w pobliże zespołu. Już bez makijażu i strojów wyglądali normalnie i z uśmiechem podpisywali koszulki i bilety. To był bardzo, bardzo udany koncert. Continue reading »

Wrz 162010
 

Szukaliśmy miejsca do zaparkowania auta a Jaromerze podczas Brutal Assault, gdy dostałem esemeska z wiadomością, że Nergal ma białaczkę. Siedzieliśmy wtedy w samochodzie i nie mogliśmy się odezwać. Miałem w tym dniu koszulkę Behemotha na klacie i jakoś tak dziwnie się poczułem. Jeszcze niedawno widzieliśmy chłopaków na Masters of Rock i już zupełnie blisko na Castle Party. Ich koncerty są niezwykle energetyczne i nie było widać by coś się działo. Jednak choroba nie wybiera. Szczególnie taka.

Podobno poczuł się źle po koncercie w Bolkowie i po badaniach postawiono diagnozę. Wesoła nie jest, a nawet całkiem poważna – białaczka. Obecnie już chyba Adam zaczął już chemioterapię i nadal czeka na dawcę szpiku. Tylko przeszczep ostatecznie pozwoli na wygraną z chorobą. Oczywiście dzielnie wspiera go w tym Wiadomo Kto, której imienia  tu nie wymienię. Chwała jej za to i jeśli wszystko się uda to zyska w oczach czarnej braci spory kredyt szacunku. Podczas koncertu w Opolu dobitnie pokazała dla kogo tu jest i czyniła wszystko byleby pozyskać nowych dawców i by właśnie ten jeden okazał się właściwy (w Polsce jest zarejestrowanych 100 tysi taki ludzi – w Niemczech 4 miliony więc o czym tu mówić).

Dlaczego teraz, po dwóch miesiącach, umieszczam takie info? Nie jestem na bieżąco a blog to nie dziennik. O samej sprawie pisało już tylu mądrzejszych i większych, że nie warto powielać czegokolwiek. Chciałem jednak o innej rzeczy związanej oczywiście z życiem i śmiercią – bo to jest właśnie taka sprawa. Ze śmiercią, lub raczej z wielkimi smutkami, które nas w tym roku spotykają, dzieje się coś niedobrego. Rok 2010 jest fatalny dla metalu bo odchodzą z tego padołu ludzie, którzy coś znaczyli i zostawili swoje piętno na tym stylu muzyki. Z każdym rokiem trzeba się szykować, że stara wiara będzie się wykruszać, ale gdy to następuje, to zawsze jest zaskoczenie i szok. Przecież tacy ludzie są niemal bogami i są nieśmiertelni. Życie okrutnie sprowadza do parteru każdego, kto tak myśli. I nie oszczędza nikogo. Continue reading »

Wrz 092010
 

Słoneczny dzień, niewielki miejski ryneczek zalany słońcem i knajpka na rogu, gdzie można zjeść dobrą jajecznicę. Do lokalu zaczynają schodzić się osoby, dla których czerń to podstawa życia. Czerń smutna, owiana mgiełką tajemnicy i rozdzierającego bólu. Ich twarze zdradzające wieczorne przejścia muzyczno-alkoholowe zaś drżący głos, który szeptem prosi o kawę, świadczy o zdarciu gardła. Ranek w Bolkowie zawsze jest taki sam. A że odbywa się właśnie Castle Party to wszystko jest możliwe.
Tegoroczny CP zacząłem jak zawsze od śniadania w knajpce na rogu i szybkiej oceny tego, co działo się dnia poprzedniego. Z racji odległości od Wawy i terminu rozpoczęcia się festiwalu nie udało mi się nigdy trafić na wszystkie dni. Od czwartku do niedzieli zjeżdża tu co roku cała śmietanka gotyckiego grania wszelkiej maści. Od klasycznego gotyku po dark wave, industrial, rave, goth techno, ambient, metal czy sync pop. Dla każdego coś miłego. I do tego zwykle kilka gwiazd, dla których ściągają tu ludzie z całej Europy a nawet dalej. Poza Lipskiem, gdzie taki festiwal jest naprawdę ogromny, to nie ma niczego innego na terenach na wschód od Łaby. I dobrze, bo Bolków to dobre miejsce geograficznie, klimatycznie i społecznie. Gdyby tak nie było to nikt by tutaj nie przyjeżdżał już od prawie dwudziestu latek. Continue reading »

Lip 082010
 


16 czerwca, lotnisko Bemowo, 11.30 GTM

Tłum gęstniał z każdą chwilą. Stałem na skrzyżowaniu ulic i patrzyłem na przechodzących ludzi. Wszyscy odziani obowiązkowo na czarno lub przynajmniej w czarne koszulki. Dominowały nadruki nazw Wielkiej Czwórki czyli Metallicy, Slayera, Megadeathu czy Anthraxa. Przeciwsłoneczne okulary błyskały w słoneczku, włosy rozwiewały się na dość silnym wiaterku a nos drażnił zapach z ustawionych nieopodal TOYTOYów. Przysiadłem na trawie czekając na znajomych. To już dziś miało stać się coś, czego nie udało się zorganizować od ponad 20 lat. Wielka Czwórka miała zagrać razem i to u nas, w Warszawie. Pewnie Amerykanów krew zalewała, ale niech nie narzekają. Mają ich na co dzień więc mogą ich posłuchać do woli. W Polsce, gdzie koncerty powoli stają się rutyną, wielki świat dopiero wkracza i dobrze, że takie koncerty jak Sonisphere trafiają nad Wisłę. Wielki świat też wyczuł wyjątkowość tej chwili i zjeżdżał do Warszawki tłumnie. W autobusie jechałem z Ukraińcami i Włochami. Obok mnie Chilijczycy robili sobie zdjęcia na tle Careefoura. Nieopodal Continue reading »

Maj 082010
 

W czeskim mieście Vizovice (niedaleko Ostrawy) odbędzie się tegoroczne wydanie „Masters of Rock”. To festiwal z tradycjami i co roku zyskuje na popularności. Zapraszane są topowe kapele z Europy i czasami goście spoza naszego kontynentu. 4 dni rockowego wygrzewu czeka na prawdziwych fanów dobrego grania i śpiewania. Nie trzeba się obawiać o swoje uszy – to ciągle stary, dobry rock. Czasami coś mocniej przypieprzy, ale wszystko nie wykracza poza ogólną przyjętą konwencję hardrockowego grania. Srogiej rzeźni nie będzie, chlewni też nie.

W tym roku festiwal trwa od czwartku – 15 lipca – do niedzieli 18 lipca. Cztery dni wypełnione muzą i ostrą jazdą potrafią dokopać każdemu. Lista zespołów, jak zawsze w przypadku takich wielkich festiwali, nie jest jeszcze zamknięta, ale nie powinna się ona drastycznie różnić od tej, która już wisi na stronie festiwalowej. Kogo zatem można się spodziewać? Zacznijmy od tych, których powinno się kojarzyć.

Manowar – power metal czystej wody, czyli śpiewanie o tym jak dobrze jest być herosem i napierdalać smoki; to w dużym skrócie; a w mniejszym „Ulisses” co powinno wystarczyć z nawiązką;

Sabaton – Szwedzi śpiewający żołnierskie piosenki z całego świata; gdyby istniał jeszcze festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, to wzięliby wszystkie nagrody; „40:1” – kto nie słyszał to niech jak najszybciej uzupełnia braki;

Behemoth – ………………………… ……………… ………… ………… …………… …… …. …………. ……………….. …………….. ……………; „Lucyfer” moim skromnym zdaniem Continue reading »

Lut 072010
 

Hail!

Udało się! Jest miejsce na to, by pisać o muzyce, koncertach, przeżyciach i innych ciekawych i fajnych przygodach, które mogą nas spotkać. Nie udałoby się to bez Soliego, który przygotował wszystko, by można było czytać te słowa. Szacunek wielki dla Ciebie się należy. A dlaczego piszę „nas” a nie „mnie”? Bo skoro trafiłeś czytelniku na ten blog, to znaczy, że nie jesteś do końca anonimowym użytkownikiem. Jest nawet ogromna szansa na to, że znam Cię osobiście i pewnie na niejednym koncercie bywaliśmy. Ostatecznie, bo to nie jest prywatny blog tylko ogólnodostępne miejsce dla wszystkich, lubisz muzykę o której tu można poczytać. Już za samo to należy się respekt i ściśnięcie graby.
Continue reading »