Lis 162014
 

 

To już kolejny występ Combichrist, jaki miałem okazję zobaczyć i usłyszeć. Norwegowie znani są z tego, że dają takie impulsy energii dla fanów, że czasami trudno ją potem wydać w przytupywaniu, machaniu głową czy rękami. Schodzi ona jeszcze długo po koncercie a to jest naprawdę cenne. Tym razem też tak było, choć jeśli mam porównywać „razy” to ten koncert był ledwie przeciętny.

Zaczął jednak support czyli William Control. Gotycka scena pewnie go kojarzy bo dla mnie to jeden z wielu twórców na niej i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Charakterystyczne dźwięki synthpopu ubrane były w podobnie brzmiące słowa i melodie ocierające się miejscami o Depeche Mode. Gość jednak walczył i chwała mu za to, bo publika się rozgrzała i była gotowa na Combi. To, co było lekko denerwujące, choć niekoniecznie w występie Williama to opóźnienie. Choć może inaczej – nie same opóźnienie co późne rozpoczęcie koncertu. Podejrzewam że było to podyktowane późniejszym afterparty ale jeśli ktoś nim nie był zainteresowany to musiał poczekać co najmniej do 21 na Williama albo do 22 na Combi. Wiem, że sporo ludzi zrezygnowało właśnie dlatego, że to było tak późno.

Ale nic to, czas na Combi. Zagrali wszystko to, co trzeba. Fajne intro z nowej płyty to jedyny kawałek, który mi się podoba. Na szczęście potem już było to, co tygrysy lubią najbardziej czyli „Blut Royale”, „This is my rifle”, „Maggots at the party”, „Never surrender” i oczywiście „Get your body beat”. I dobrze, że było dużo starych kawałków bo przy nich najbardziej czuć energię. Szkoda tylko, że ta energia nie była tak, jak kiedyś. Teraz ten beat był jakiś taki płaski a „Blut Royale” niemal mi uciekł przez uszy – tak był mało wyrazisty. Za czasów trasy z Rammstein w zespole było dwóch perkusistów – wariatów ekstremalnych – którzy nie dość, że dawali show to jeszcze wznosili kawałki Combi na poziom niespotykany. To był niezapomniany koncert w Progresji te parę lat temu a potem przed występami R+. I to był artyzm i idealne wykonanie. Teraz to ledwie cień tych występów i tej energii. Czytałem, gdzieś na jakimś blogu, że jednak koncert się podobał i były zachwyty. Nie przeczę, że mógł się podobać – szczególnie jeśli ktoś nie znał ich wcześniejszych tras. Kawałki były odegrane poprawnie i brzmiały super ale pozbawione były tego klubowego nalotu szaleństwa i energii, której nie ma na płycie studyjnej i nie ma na wszystkich koncertach.

Norwegów zawsze warto posłuchać. Mają niesamowity sposób splatania dźwięków i jest to nie do podrobienia. Podobnie jak sposób poruszania się na scenie Andiego. Każdy znajdzie tu dla siebie masę energii i pozytywnych emocji. Tu nie ma nudy a muzyka atakuje z wściekłością karabinu maszynowego. Polecam każdemu!

A teraz porównanie. Combi z trasy w 2010 i Combi obecnie. Porównajcie sobie te dwa wykonania i sami oceńcie, czym się one różnią.

2010

2014

Sie 132012
 

Tegoroczna edycja obyła się bez specjalnych problemów związanych z pogodą czy organizacją. Na szczęście nie powtórzyło się zeszłoroczne odwoływanie koncertów czy innych dziwnych jazd związanych z biletami. Udało się przeprowadzić wszystko co trzeba i z powodzeniem zaliczyć do udanych kolejną odsłonę gotyckiej imprezy. Choć pogoda nie rozpieszczała, to zebrały się tłumy chcące zobaczyć gwiazdy, które ściągnęły do Bolkowa.

To, co mnie przyciągnęło, to oczywiście Combichrist oraz Hocico. Ciekaw byłem Deathcamp Project i At the Lake oraz nieodżałowanego Artuada w nowej odsłonie w postaci Merciful Nuns. Zespoły i muzyka to jedno, ale dodatkowym magnesem, jak zawsze z resztą, była magia miejsca oraz klimat uwięziony w uliczkach Bolkowa. Dla tego wszystkiego gotów byłem jechać pociągiem prawie osiem godzin, potem tłuc się jeszcze PKS-em kolejne 2 godziny by wreszcie ze szklanymi oczami stanąć na przystanku i zobaczyć wieżę bolkowskiego ratusza. Czy było warto? Zawsze…

Nocleg u pani Janiny to już niemal castlowa tradycja. Szybkie przebranie się, umycie oraz zjedzenie kilku pomidorów otworzyło drogę do zamku. Na rynku zebrały się już tłumy, które po piątkowych koncertach oraz imprezach w klubach, niemrawo przechadzały się pomiędzy ławkami. Część z nich zasiadła wokół fontanny a jeszcze inni uderzyli do Rekina by zacząć sobotę od czegoś mokrego i z procentami. Nabycie biletów nie sprawiło problemu. Oczywiście zakup karnetu na trzy dni znów był bardziej opłacalny niż pojedyncze bilety na sobotę i niedzielę. Choć to nadal wydatek rzędu 250 zeta to chyba warto wspomóc organizatorów. Niestety plastikowa opaska z napisem to Continue reading »

Mar 292010
 

Rammstein i Combichrist już pojechali. Nam zostały zdjęcia oraz masa pozytywnych wspomnień z wyjazdu. I nimi chcemy się z Wami podzielić. Ten dwugłos prowadzę ja – czyli Yarot – oraz Zbych. Zapraszam!

„Reise, reise”

Wyprawa do Łodzi zaczęła się o 12, gdy tylko autokar ruszył spod Dworca Gdańskiego. Rozsiedliśmy się, pośmialiśmy i ruszyliśmy (Zbych: w autobusowym TV pojawiła się wizja i autokar wypełnił się rykiem niesfornych wokalistów, rytmiczną perką oraz ulewą gitarowych riffów, zestaw piosenek znany z poprzedniej listopadowej wyprawy do Katowic 2009). Podróż minęła na rozmowach, oglądaniu i słuchaniu muzyki w tym koncertu Rammsteina z Nicei (Zbych: koncert odpalono zaraz po 15 minutach na siku gdzie w ruch poszła słuszna inicjatywa soku malinowego, taki mały before). Zrobiło się gorąco (i to podwójnie bo grzanie w autokarze na maksa było podkręcone), niektórzy podśpiewywali, inni odsypiali a jeszcze inni rozmawiali o wszystkim i o niczym. Nie powiem, że trzy godzinki minęły jak z bicza strzelił, bo to jednak kawałek czasu, ale Łódź pojawiła się za oknami dość szybko (Zbych: Łódź zjawiła się niespodziewanie ponieważ szyby tak zaszły musztardą, że nic nie było przez nie widać). I abyśmy nie zapomnieli o jej wyglądzie to pokręciliśmy się wokół Atlas Arena by poszukać miejsca parkingowego. Łatwo nie było, ale udało się przycupnąć przy jednej z bram. Dla niektórych to już było za dużo i opuścili wcześniej autobus by odlać się w parku – jak człowieka przyprze to wiadomo, że zrobi wszystko. Cały autokar kibicował nieszczęśnikowi, ale wszystko się udało bez mandatu i gorszenia staruszek. Atmosfera oczekiwania na pierwsze dzięki klawiszy R+ rośnie.

Continue reading »

Mar 022010
 

Get Your Body Beat … Let Your Blood FLOW !!!!

Combichrist – Warszawska Progresja 11.03

Pierwsze spotkanie z Combichrist to jak piącha w NOS !! Mocny Beat, Cyberpunkowy klimat, ostra psychodela, błysk reflektorów po gałach, kilku freaków w maskach gazowych z irokezami bądź łysych, mechaniczne podrygiwanie korpusu i duża dawka elektroniki.

Pierwsze spotkanie z tymi Freakami zaliczyłem tuz przed Listopadowym 2009 koncertem Rammstein w katowickim Spodku. Cały czas wisiało w powietrzu przekonanie że jeszcze tylko jakieś mięczaki z supportu i wejdą Germańcy na scenę. Gasną światła, i ŁUP ŁUP ŁUP ŁUP zaczyna się ostra jazda !!I to po MAXIE !! Błysk reflektorów, Spodek na chwilę wypełnia się chorym toksycznym światłem i chłopaki z Combichrist zaczynają ostrym tempem kilka energetycznych kawałków.

Jak dla mnie, ich muza to mroczny cyberpunk, na teledyskach i ich wizerunkach widać niepokojący obłęd w oczach, pomysły mają wg. mnie dość nietuzinkowe i mocno mnie zaintrygowali. Stąd trochę historii:

Cały ten cyrk rozpętał niejaki Andy LaPlegua w 2003 roku tworząc utwory oznaczone banderolką Power Nosie. Początkowy projekt DRIVE, przekształcił się w Combichrist i zaatakował rynek albumem The Joy of Gunz. Seria singli i koncertów z popieprzonym scenicznym performancem i litrami sztucznej krwi na scenie J wywołały proces szybko rosnącej popularności. Ponadto zespół zanotował kilka wysoko notowanych na listach przebojów singli (min. Sex,Drugs und Industrial) a kawałek „Get your body beat” został dodatkowo wykorzystany w filmie science-fiction – The Gene Generation. Ich najnowszy album “What the fuck is wrong with you people?” był poparty trzyczęściową trasą koncertową obejmującą Europę, Australie i Amerykę Północną, zawitali wtedy też do Polski. Continue reading »

Lut 242010
 

Ave!

Koncert Rammsteina przed nami. Będzie nie gorzej niż w listopadzie w Spodku zatem dla wszystkich, którzy nie byli, mogę tylko powiedzieć jedno: SSSSSSSSSSSSSSTEEEEEEEEEEEERRRBBEEEEEEEENNNNNNNN!

Z tego co wiem i patrzę na setlisty, które już zagrali, to będzie dużo kawałków z LIFAD, ale bez obaw – klasyki też będą. Mnie szczególnie ucieszył „Angel” który 5 lat temu leciał z taśmy jak już wszyscy wychodzili z hali. A teraz były płomienie, skrzydła i oczywiście chóralny śpiew.

Odnośnie śpiewu – szlifujcie już gardła, bo „Sonne”, „Du hast” czy „Feuer Frei!” trzeba koniecznie zaśpiewać. Nie zabraknie również „Pussy” czy „Waidmanns Heil” zatem nie będzie litości dla nikogo! Sterben!!!

Wyjazd na koncert jest 12 marca (piątek) o godzinie 12 spod Dworca Gdańskiego. Tam będzie autokar, gdzie razem z innymi czarnuchami ruszymy do Łodzi. Cena przejazdu w obie strony to 55 zeta – to zapewni spokojną głowę o transport, parking, przebite opony i spokojny powrót do domu z koncertu. Według zapewnień – miejsca dla wszystkich wystarczy. Będzie pewnie jak zawsze telebim (znaczy telewizorek) oraz nagrania zarówno Rammsteina jak i innych zespołów (zależy kto co weźmie ze sobą na trasę).

Continue reading »