Lip 052011
 

Koncertowy rok 2011 nie zaczął się w styczniu tylko w lutym i to w dodatku w jego drugiej połowie. Otwierał go nie kto inny tylko Rhapsody of Fire czyli dawne Rhapsody. Takiej okazji do obejrzenia legendy, która po raz pierwszy pojawiła się w naszym kraju, może nie być już nigdy, więc nie wahając się (za)specjalnie udaliśmy się raźno na mroźny Śląsk. Koncert miał odbyć się w katowickim Mega-klubie, którego podwoje otworzyły się przed nami po raz pierwszy. (Marcin: Niczego z tego koncertu nie żałuję bo nie dość, że przejechało się szmat drogi to jeszcze można było na żywo usłyszeć „Emerald Sword”).

Wszystko tradycyjne zaczęło się w Warszawie, skąd ruszył raźno Wilk mając na swoim grzbiecie naszą trójkę: Marcin, Zbyś i Minkar. O tym, że muzyka nakurwiała przez cały czas tematyczne kawałki, nie muszę chyba pisać, bo to jest oczywiste. Głównie leciały kawałki Rhapsody, ale też i inni koncertowi wykonawcy znaleźli swoje miejsce na CD-ku – chociażby Vision of Atlantis – albo też szły seciki utrzymane w podobnych klimatach. W mroźny lutowy dzień (Zbych: to była nie lada przeprawa dla Wilka, jestem z niego bardzo dumny, temperatura wskazywała -20 stopni na trasie więc nie było lekko, nawet na siku nie chciało nam się zatrzymywać z powodu panującego mrozu) cięliśmy przestrzeń jak przecinak do metalu. Ponieważ był to środek tygodnia, to ruchu na drodze nie było i dość gładko udało się przemknąć katowicką pod sam hostel w dawnym Stalinogrodzie.
Continue reading »