Sie 262014
 

Czechy to takie miejsce na muzycznej scenie metalowej, które musi być odwiedzone przynajmniej raz w życiu przez szanującego się miłośnika tego rodzaju muzy. Od dobrych kilkunastu lat można tu przyjechać na Brutal Assault by nacieszyć ucho ostrzejszymi odmianami metalu. Podobną tradycję ma Masters Of Rock dla lubiących rockowe klimaty podlane metalowym sosem. Jest też Obscene Extreme dla fanów świńskiego rzężenia oraz objazdowy Metalfest goszczący gwiazdy metalu i hard rocka. Przy takim bogactwie imprez kolejna wydaje się niepotrzebna a jej ewentualne pojawienie się byłoby mocno niepewne. A jednak się udało. Made Of Metal (czyli MOM) pojawiło się, odbyło i można powiedzieć, że zakończyło się sukcesem.

Byłem ogromnie ciekaw, jak to wszystko wyjdzie. W przeciągu kilku lat zdarzało się, że ktoś organizował takie coś i nic z tego nie wyszło. Pal licho pieniądze, ale jechać taki kawał drogi tylko po to by zobaczyć kawałek pola to nie jest nic przyjemnego. Początkowo w sieci informacje na temat MOMa nie były bogate. Właśnie kawałek pola ze zdjęciem i namiarami GPS, plakat z niezłym lineupem, szeroko zakrojona sprzedaż biletów przez własną stronę – dawało to namiastkę realności, ale niepewność została. Im bliżej terminu festiwalu tym więcej rzeczy zaczęło układać się w całkiem przyzwoitą całość. Skończyło się dobrze i wszelkie obawy na miejscu rozwiał ogromy plakat Made Of Metal przed wjazdem na festiwalowe błonia.

Na początek kilka informacji podstawowych. Festiwal odbył się w Hodoninie, które leży jeszcze około 60 km od Zlina na południe, niemal przy granicy ze Słowacją. Trzydniową imprezę odwiedziło ponad 40 kapel obsłużonych przez dwie sceny w profesjonalnej oprawie. Miejsce festiwalowe to łąki, pola oraz jakieś magazyny, które przypominały pegeerowskie garaże dla traktorów. Wejście na miejsce nie było specjalnie drogie bo od 1000 do 1500 koron, co jak na taki skład zespołów jest ceną bardzo dobrą. Piwo na miejscu kosztowało od 25 do 35 koron czyli festiwalowy standard. Koszulki imprezowe za 250 koron to też standard.

Made of Metal muszę zacząć od końca czyli od organizacji a muzykę zostawię sobie na deser. W końcu jest ona zawsze taka sama a przygotowanie takiej imprezy już niekoniecznie. A zacznę od plusów. Od razu zaznaczę, że plusy są bardzo ogólne i w zasadzie nie ma już tu miejsca na minusy. Jedyne minusy to kilka szczegółów, które również wymienię. Ogólne wrażenie było bardzo, bardzo pozytywne. I czasami człowieka tylko zazdrość brała, że Czesi potrafią coś takiego zorganizować a my, Polacy, już niekoniecznie. I mówię tu o festiwalu metalowym jako takim, bo takich w Polsce nie ma. Jarocin czy Woodstock się nie liczą bo to masówka popowo-rockowa przeplatana niu rockiem i odgrzewanymi kawałkami z czasów wielkości polskiego rocka. Brak jest metalu a imprezy w stylu Hunterfestu czy Metalfestu że o Metalmanii nie wspomnę odeszły w przeszłość już chyba bezpowrotnie. Dlatego pierwszy plus MOM zdobywa za odwagę – że powstał mając takich świetnych krajowych konkurentów. Drugi plus to organizacja imprezy – zadbano o miejsce dla ludzi i zespołów, gastronomię oraz pole namiotowe. Duży szacunek należy się za autobus linii 666, który kursował pomiędzy miastem a festiwalem niemal co 20 minut od południa do wczesnych godzin rannych. Jeśli ktoś miał hotel w mieście to nie musiał się obawiać, że nie dostanie się, ze na taksę go nie stać czy spóźni się na ostatni autobus liniowy. Tego brakowało chociażby w Jaworznie i do dziś tego nie zapomnę, że od PKP trzeba było drałować jeszcze 4 czy 5 kilosów szosą przez las. W glanach. I słońcu.

Trzeci plus to lineup i sama koncepcja festiwalu. Bowiem wreszcie jest miejsce dla melodyjnego metalu, power metalu, female fronted metalu i folk metalu. Nie trzeba chodzić na kilka jednodniowych imprez dedykowanych właśnie takim gatunkom tylko wybrać się raz a porządnie na MOMa. Gwiazdy tego festiwalu bywają na innych tego typu imprezach i dobrze się mają, ale tutaj błyszczały naprawdę jasno. Organizatorzy postarali się i ściągnęli naprawdę niezły skład zespołów. Bo obok Luki Turillego była Sirenia, był Haggard, Therion, Ensiferum, Alestorm oraz Desdemona, Pathfinder i Orden Ogan. To zwykle drugi skład na MoRze czy Wacken ale naprawdę solidny i godny posłuchania. Jeśli dla kogoś te pozytywy wystarczają to śmiało może uderzać w przyszłym roku na kolejną edycję festiwalu. Jeśli zaś ktoś jest dociekliwy, to niech czyta dalej by dowiedzieć się, gdzie zgrzytało.

A zgrzytało w paru miejscach. Jednak jak na to patrzę teraz to widzę, że brało się to z racji braku dotarcia kilku elementów. Jak zawsze przy czymś nowym jest miejsce na niedociągnięcia bo zwyczajnie nie przewidzi się wszystkiego i nie da się zapanować nad wszystkim. Skoro pierwszym plusem było samo zaistnienie, to jako minus w tym niewątpliwie pozytywie będzie brak odpowiedniej reklamy. MOM słabo się reklamował. Poza oficjalną stroną niewiele się działo a i na niej było pusto. Facebookowa odsłona była uboga a informacja na portalach muzycznych niemal żadna. Gdy przyjechałem do Hodonina, to nie widziałem żadnego plakatu, nawet skrawka kartki. Dopiero drugiego dnia, na słupie ogłoszeniowym przy Kauflandzie, zobaczyłem plakat. Jeśli MOM miałby być czymś więcej to dobrze by było gdyby miasto jakoś się w to włączyło. A tak nie wiem nawet, czy mieszkańcy wiedzieli o tym, co dzieje się parę kilometrów od nich. Jedynie po czarnych chodzących po ulicy mogli podejrzewać, że coś się dzieje. Możliwe, że to celowe działanie. Gdyby festiwal nie wyszedł, to nic się nie dzieje. Jeśli by wszystko wypaliło, to następnym razem będzie tylko lepiej. Oby.

Kolejnym organizacyjnym minusem był dobór stoisk z żarciem i piciem. To raczej minusik i to z mojej strony, ale odczuwałem go bardzo, szczególnie w zimne noce. Do piwa nie mogę się przyczepić. Było do dużo, było go wszędzie i, co najważniejsze, w kilku gatunkach, co jest niespotykane. Brakowało za to… herbaty. Gdyby nie jedna Słowaczka ze swoim samochodem-orkiestrą to byłoby słabo. Trzeciego dnia widziałem gdzieś jeszcze gorącą herbatę, ale mogłem się przewidzieć. Wieczorami i nocami było już chłodno i ciepła herbata byłaby na miejscu. A nie było jej w takiej ilości by wystarczyło dla wszystkich. To jest do poprawy na przyszłość tym bardziej, że piwa nie zabrakło J Aha, nie było tyrdla. Skandal. Za to obecny był langosz, bramborak oraz wszelkiej maści burgery a nawet pizza. To była kwestia jednej budki na każdy rodzaj żarcia, ale chyba wystarczyło dla wszystkich. Tutaj dało się wyczuć, że organizatorzy panowali nad liczbą ludzi na festiwalu. Wiedziano ile biletów sprzedano i pod tym względem dostosowano wiele rzeczy. Liczba tojek czy żarcia była akurat. Kolejki były, ale szybko się rozładowywały. Do tojek zaś nie trzeba było czekać. Mydło do wykorzystania bez wody czekało na zewnątrz, w środku zaś lusterko, woda i całkiem znośne zapachy. Znów zadziałało prawo ilości – mniej ludzi na festiwalu to i warunki sanitarne lepsze. Nie wiem, jak było na wymiotowym, ale ludzie nie narzekali więc chyba było jak wszędzie.

Jeśli jeszcze jestem przy organizacji to jeden minus trzeba przyznać dla ochrony. To taki problematyczny minus bo w zasadzie wykonywali swoją robotę. Szkoda tylko, że bez specjalnej wyobraźni. Pierwszy zgrzyt był przy parasolu. Padało tego dnia i lepiej stać pod parasolem niż w pelerynie. Jednak ochroniarz nie wpuścił mnie na teren festiwalu. Bo takim parasolem można zabić przecież (parasol w wersji krótkiej, bez szpikulca czy coś takiego). Drugi zgrzyt był już na koncercie. W momencie, gdy wokalista „Atrocity” zaprosił na scenę dwie dziewczyny by zatańczyły razem z nim, ochrona nie chciała ich wpuścić. I nawet interwencja Alexandra na nic się zdała. Dopiero pojawienie się szefa ochrony zmieniło ten stan rzeczy. Ja rozumiem, że bezpieczeństwo to podstawa, ale przy takich festiwalach powinna być jakaś większa tolerancja. Tym bardziej, że ludzie wchodzili z ćwiekowanymi pasami czy butami, które więcej narobią krzywdy niż parasolka. Ale ochrona okazała się stalowa do końca – na bramce sprawdzali dokładnie, patrolowali teren i czujnie patrzyli na wszystko, co dzieje się wokół.

Jeszcze jeden zgrzyt. Tym razem tradycji stało się zadość i musiało trafić na dźwiękowców. Mała scena, gdzie grała alternatywa, była super – nagłośnienie czy światła śmigały. Duża miała problemy z dźwiękiem. Czasami było wszystko tak rozbujane, że trzeba było zatykać uszy. Zwykle się mówi, że nie ważne jak, byleby napierdalać. To nie jest tak i podkręcona głośność bardziej szkodzi odbiorowi niż pomaga. I tak się zdarzało, szczególnie za dnia. W nocnych koncertach, a szczególnie gwiazdach, już było lepiej. Nie wiem tylko czy to uszy się przyzwyczaiły, czy faktycznie zmieniono ustawienia. Odbiór był już lepszy. Inna sprawa, że obie sceny mają zupełnie inne otoczenie, które może wpływać na rozchodzenie się dźwięku. Duża scena była ustawiona pomiędzy blaszanymi pawilonami i tworzy się tunel, który może wywoływać dudnienie lub pogłos oraz wzmacniać dźwięki. Mała scena miała otwartą strukturę i wychodziła głośnikami „na pole” więc dźwięk miał gdzie uciekać i całkiem miło się słuchało nawet największego napierdalania. Widocznie już taka praca dźwiękowca, że zawsze dostaje po tyłku J

To teraz już przejdźmy do muzyki. Made of Metal miał podtytuł „melodic festiwal” zatem wszystko co prezentował na głównej scenie to pochodnie wszelkiej maści melodyjnego metalu, symfonicznego, gotyckiego czy power metalu lub folk metalu. Na małej scenie już było trochę ostrzej i różnorodniej – od trashu po speed i black choć grindu nie słyszałem. Było to zatem wydarzenie nie lada, szczególnie że dobór zespołów był bardzo dobry. Pierwszego dnia gwiazdą był teoretycznie właściwy odłam Rhapsody. Dowodzony przez Lukę Turillego stanowił naturalną odskocznię do Rhapsody of Fire. Byłem ciekaw jak wypadnie bo RoF jest super i przebić go byłoby trudno. Poza nimi wystąpili Edenbridge z niezłym żeńskim wokalem, przebojowi jak zawsze Atrocity, węgierscy wojownicy z Wisdom, piraci z Alestorm i późno w nocy zjawiskowa Sirenia. Na małej scenie przewijało się mieszane towarzystwo z czego zapamiętałem czeski „Cast of Mind”, folkowy Cruadalach oraz dziadka Roota. Te zespoły potrafią pokazać na co ich stać i nie było inaczej tym razem. Duża różnorodność pokazała siłę takiego festiwalu bo człowiek nie miał czasu zanudzić się przy jednym stylu. Oczywiście największe oczekiwania były w stosunku do Rhapsody i muszę przyznać, że wyszli słabo. Spodziewałem się poweru, emerald sword i ognia. Tymczasem było pełno patosu z filmików z youtuba wyświetlanych na telebimach, dużo gadania o „true and Orly Rhapsody” i temu podobne klimaty. Dużo osób przyszło właśnie dla nich i pewnie dobrze się bawili, ale dla mnie pozostał pewien niesmak. Na ostatniej tego dnia Sirenii mogłem odpocząć i skupić się na muzyce, którą znam i lubię.

Drugi dzień był trochę lżejszy, ale deszczowy. Jednak pod względem muzycznym dużo ważniejszy bo zagrać miał Haggard. Poza nim grał polski Pathfinder, Orden Ogan, babki z Crucified Barbara, gotycki Stream of Passion oraz druga odnoga Atrocity czyli Leaves Eyes z eteryczną Liv. Na małej niezłym kontaktem z publiką błysnęli … Polacy z Titanium oraz srodzy Rosjanie z Welicoruss. Wszystko słuchało się bardzo dobrze. A sam Haggard to mistrz nad mistrze – kto nie słuchał ten koniecznie musi to nadrobić. Najweselej wyszedł koncert Leaves Eyes bo występował tam Alexander z kilkoma gościami od siebie z zespołu, którzy zamiatali grzywami jak trzeba. W zestawieniu do drobniutkiej Liv wyglądali jak niedźwiedzie. Gość z Atrocity to też niezły showmen i nakręcał publikę co i rusz. Tego dnia wieczorem niezbędna okazała się herbata bo po deszczu było zimno. Wiele osób odpuściło ale wytrwałem twardo na posterunku. Warto było bo wieczorne koncerty były super.

Ostatni dzień to już w zasadzie podsumowanie ale i dwie największe gwiazdy – Therion oraz Ensiferum. W zasadzie poza nimi to niewiele innych kapel się liczyło. Bardzo przyzwoicie oraz wizualnie zaprezentował się Amaranthe – z trzema wokalistami w tym z piękną Elize. Nieźle też brzmiał Dark Moor choć do Wisdom się nie umywał. Na małej zaś była polska Desdemona, ostrzy Irlandczycy z Dead Label oraz zupełnie zakręceni Hiszpanie z Far`n`Hate. Gość był tak nakręcony że wbiegał pod scenę gdzie trochę zakręcił włosami, odśpiewał kilka fraz i zaczął wspinać się na stelaż sceny. A na głównej przybił drakkar z wikingami i Enisferum zaczęło niszczyć wszystko i wszystkich. Takiego kopa nie czułem już dawno. Szybko zagrane kawałki, melodie z dalekiej północy i ostre riffy. Do tego światła, nagie torsy grajków i walkiria za konsolą. To była idealna przeciwwaga do grającego po nich Theriona, który zrobił to, co zawsze. Od pierwszych taktów „Rise of Sodom” po „Megatherion” była moc na scenie. Ostro zagrane kawałki miażdżyły a sam zespół jakby zapomniał, że wydał francuskojęzyczną płytę.

Przy okazji zespołów o jeszcze jednym zgrzycie muszę wspomnieć. Ustawienia zespołów były takie, że pod koniec były nawet 50 minutowe dziury. Przy niesprzyjającej aurze i zimnie, czekanie tyle czasu na kolejny zespół, rozprasza całą energię zebraną do tej pory. Dobrze, że było gdzie przeczekać, ale i tak to za długo. Tak było z Therionem, na którego trzeba było czekać bardzo długo. To samo wcześniej z Haggardem i Rhapsody. Wyglądało jakby ramówka zespołów – szczególnie na małej scenie – coraz bardziej się rozjeżdżała i zostawiała coraz większe luki. To jest do naprawy więc nie jest to nic poważnego.

I tyle jeśli chodzi o Made Of Metal. Festiwal się skończył i okazał się bardzo udanym przedsięwzięciem. Teraz tylko czekać na przyszły rok, czy pojawi się po raz kolejny i potwierdzi swoją obecność na muzycznej mapie. A jak będzie trzeci raz to pewnie wejdzie na stałe do zbiorku miejsc, które trzeba koniecznie odwiedzić w każdy sierpień. Oby tak było i zapał organizatorów nie osłabł. Obecnie na stronie fejsbukowej kolejne zespoły i obserwatorzy wrzucają info o festiwalu i o tym, jak się dobrze bawili. I nie kłamią. Zabawa była przednia. Muzy jeszcze więcej a do tego wszystko w przyjaznej atmosferze. Dla wszystkich był przygotowany nawet specjalnie ważne piwo z okolicznego browaru o nazwie „MOM`s Beer”. Wszelkie konotacje tej nazwy są wskazane i całkiem trafne. Festiwal przeżyłem choć było dużo muzyki i spędziłem na nim bardzo dużo czasu. Nie otępiał monotonią, nie zagłuszał ścianami dźwięku i nie męczył krzykami. Na miejscu było najwięcej Czechów i Austriaków. Sporo było Węgrów i Słowaków a Polaków wyjątkowo mało. Podejrzewam, że za rok będzie już nas dużo więcej. Czesi będą kolejny festiwal narzekać, że wszędzie pełno Polaków :) Ale niech nikt się nie zraża. Przyjechać trzeba, spróbować langosza i bawić się łagodniejszą stroną metalu.

 

Cze 062012
 

Pogoda początkowo dobra szybko zmieniła się w pluchę. Padało gorzej niż pierwszego dnia i można było przemoknąć parę razy. W tym dniu miałem zdążyć na Brainstorm, ale słyszałem ich tylko z oddali bo mój telefon postanowił, że w dniu dzisiejszym pojedzie do Krakowa. Chwilę trwało zanim dobra dusza pomogła mi zdalnie i mogłem po dwóch godzinach odebrać telefon ze stacji Jaworzno. Taka przerwa odbiła się tym, że straciłem zobaczenie Brainstormu, części Death Angela i In Extremo. Część to nie wszystko, a to, co zobaczyłem, było bardzo dobre. Death Angel jak solidna lokomotywa miarowo i solidnie przecinała powietrze strunami gitar. Miłe dla ucha metalowe granie było efektem świetnej pracy perki i gitar. To akurat chłopaki ze Stanów opanowali do perfekcji a szlifowali to ponad dwadzieścia lat. Pochwalili też polską publikę za walkę pod sceną. Powiedzieli, że w dwóch poprzednich miastach gdzie grali ludzie niemal spali a oni czuli się jakby byli w kinie. Dopiero ogień i szał doświadczyli tutaj i dla naszych zagrali „Kill as one”.

In Extremo to radosna twórczość metalowo-folkowa z Niemiec. Widziałem ich na Cover Festiwalu w Płocku i zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie. Na luzie, radośnie, bez tremy i skocznie – to cały In Extremo. „Do you like beer?” padło pytanie retoryczne w stronę moshujących braci czarnych. Odpowiedział ryk setek gardeł zwilżanych Tyskim – sponsorem piwnym metalfestu. Kobza, flet, harfa i inne wynalazki były w użyciu i to właśnie dzięki nim Volmond brzmi tak, jak brzmi. Tego nieśmiertelnego kawałka nie da się zagrać inaczej.

Continue reading »