Sie 262014
 

Czechy to takie miejsce na muzycznej scenie metalowej, które musi być odwiedzone przynajmniej raz w życiu przez szanującego się miłośnika tego rodzaju muzy. Od dobrych kilkunastu lat można tu przyjechać na Brutal Assault by nacieszyć ucho ostrzejszymi odmianami metalu. Podobną tradycję ma Masters Of Rock dla lubiących rockowe klimaty podlane metalowym sosem. Jest też Obscene Extreme dla fanów świńskiego rzężenia oraz objazdowy Metalfest goszczący gwiazdy metalu i hard rocka. Przy takim bogactwie imprez kolejna wydaje się niepotrzebna a jej ewentualne pojawienie się byłoby mocno niepewne. A jednak się udało. Made Of Metal (czyli MOM) pojawiło się, odbyło i można powiedzieć, że zakończyło się sukcesem.

Byłem ogromnie ciekaw, jak to wszystko wyjdzie. W przeciągu kilku lat zdarzało się, że ktoś organizował takie coś i nic z tego nie wyszło. Pal licho pieniądze, ale jechać taki kawał drogi tylko po to by zobaczyć kawałek pola to nie jest nic przyjemnego. Początkowo w sieci informacje na temat MOMa nie były bogate. Właśnie kawałek pola ze zdjęciem i namiarami GPS, plakat z niezłym lineupem, szeroko zakrojona sprzedaż biletów przez własną stronę – dawało to namiastkę realności, ale niepewność została. Im bliżej terminu festiwalu tym więcej rzeczy zaczęło układać się w całkiem przyzwoitą całość. Skończyło się dobrze i wszelkie obawy na miejscu rozwiał ogromy plakat Made Of Metal przed wjazdem na festiwalowe błonia.

Na początek kilka informacji podstawowych. Festiwal odbył się w Hodoninie, które leży jeszcze około 60 km od Zlina na południe, niemal przy granicy ze Słowacją. Trzydniową imprezę odwiedziło ponad 40 kapel obsłużonych przez dwie sceny w profesjonalnej oprawie. Miejsce festiwalowe to łąki, pola oraz jakieś magazyny, które przypominały pegeerowskie garaże dla traktorów. Wejście na miejsce nie było specjalnie drogie bo od 1000 do 1500 koron, co jak na taki skład zespołów jest ceną bardzo dobrą. Piwo na miejscu kosztowało od 25 do 35 koron czyli festiwalowy standard. Koszulki imprezowe za 250 koron to też standard.

Made of Metal muszę zacząć od końca czyli od organizacji a muzykę zostawię sobie na deser. W końcu jest ona zawsze taka sama a przygotowanie takiej imprezy już niekoniecznie. A zacznę od plusów. Od razu zaznaczę, że plusy są bardzo ogólne i w zasadzie nie ma już tu miejsca na minusy. Jedyne minusy to kilka szczegółów, które również wymienię. Ogólne wrażenie było bardzo, bardzo pozytywne. I czasami człowieka tylko zazdrość brała, że Czesi potrafią coś takiego zorganizować a my, Polacy, już niekoniecznie. I mówię tu o festiwalu metalowym jako takim, bo takich w Polsce nie ma. Jarocin czy Woodstock się nie liczą bo to masówka popowo-rockowa przeplatana niu rockiem i odgrzewanymi kawałkami z czasów wielkości polskiego rocka. Brak jest metalu a imprezy w stylu Hunterfestu czy Metalfestu że o Metalmanii nie wspomnę odeszły w przeszłość już chyba bezpowrotnie. Dlatego pierwszy plus MOM zdobywa za odwagę – że powstał mając takich świetnych krajowych konkurentów. Drugi plus to organizacja imprezy – zadbano o miejsce dla ludzi i zespołów, gastronomię oraz pole namiotowe. Duży szacunek należy się za autobus linii 666, który kursował pomiędzy miastem a festiwalem niemal co 20 minut od południa do wczesnych godzin rannych. Jeśli ktoś miał hotel w mieście to nie musiał się obawiać, że nie dostanie się, ze na taksę go nie stać czy spóźni się na ostatni autobus liniowy. Tego brakowało chociażby w Jaworznie i do dziś tego nie zapomnę, że od PKP trzeba było drałować jeszcze 4 czy 5 kilosów szosą przez las. W glanach. I słońcu.

Trzeci plus to lineup i sama koncepcja festiwalu. Bowiem wreszcie jest miejsce dla melodyjnego metalu, power metalu, female fronted metalu i folk metalu. Nie trzeba chodzić na kilka jednodniowych imprez dedykowanych właśnie takim gatunkom tylko wybrać się raz a porządnie na MOMa. Gwiazdy tego festiwalu bywają na innych tego typu imprezach i dobrze się mają, ale tutaj błyszczały naprawdę jasno. Organizatorzy postarali się i ściągnęli naprawdę niezły skład zespołów. Bo obok Luki Turillego była Sirenia, był Haggard, Therion, Ensiferum, Alestorm oraz Desdemona, Pathfinder i Orden Ogan. To zwykle drugi skład na MoRze czy Wacken ale naprawdę solidny i godny posłuchania. Jeśli dla kogoś te pozytywy wystarczają to śmiało może uderzać w przyszłym roku na kolejną edycję festiwalu. Jeśli zaś ktoś jest dociekliwy, to niech czyta dalej by dowiedzieć się, gdzie zgrzytało.

A zgrzytało w paru miejscach. Jednak jak na to patrzę teraz to widzę, że brało się to z racji braku dotarcia kilku elementów. Jak zawsze przy czymś nowym jest miejsce na niedociągnięcia bo zwyczajnie nie przewidzi się wszystkiego i nie da się zapanować nad wszystkim. Skoro pierwszym plusem było samo zaistnienie, to jako minus w tym niewątpliwie pozytywie będzie brak odpowiedniej reklamy. MOM słabo się reklamował. Poza oficjalną stroną niewiele się działo a i na niej było pusto. Facebookowa odsłona była uboga a informacja na portalach muzycznych niemal żadna. Gdy przyjechałem do Hodonina, to nie widziałem żadnego plakatu, nawet skrawka kartki. Dopiero drugiego dnia, na słupie ogłoszeniowym przy Kauflandzie, zobaczyłem plakat. Jeśli MOM miałby być czymś więcej to dobrze by było gdyby miasto jakoś się w to włączyło. A tak nie wiem nawet, czy mieszkańcy wiedzieli o tym, co dzieje się parę kilometrów od nich. Jedynie po czarnych chodzących po ulicy mogli podejrzewać, że coś się dzieje. Możliwe, że to celowe działanie. Gdyby festiwal nie wyszedł, to nic się nie dzieje. Jeśli by wszystko wypaliło, to następnym razem będzie tylko lepiej. Oby.

Kolejnym organizacyjnym minusem był dobór stoisk z żarciem i piciem. To raczej minusik i to z mojej strony, ale odczuwałem go bardzo, szczególnie w zimne noce. Do piwa nie mogę się przyczepić. Było do dużo, było go wszędzie i, co najważniejsze, w kilku gatunkach, co jest niespotykane. Brakowało za to… herbaty. Gdyby nie jedna Słowaczka ze swoim samochodem-orkiestrą to byłoby słabo. Trzeciego dnia widziałem gdzieś jeszcze gorącą herbatę, ale mogłem się przewidzieć. Wieczorami i nocami było już chłodno i ciepła herbata byłaby na miejscu. A nie było jej w takiej ilości by wystarczyło dla wszystkich. To jest do poprawy na przyszłość tym bardziej, że piwa nie zabrakło J Aha, nie było tyrdla. Skandal. Za to obecny był langosz, bramborak oraz wszelkiej maści burgery a nawet pizza. To była kwestia jednej budki na każdy rodzaj żarcia, ale chyba wystarczyło dla wszystkich. Tutaj dało się wyczuć, że organizatorzy panowali nad liczbą ludzi na festiwalu. Wiedziano ile biletów sprzedano i pod tym względem dostosowano wiele rzeczy. Liczba tojek czy żarcia była akurat. Kolejki były, ale szybko się rozładowywały. Do tojek zaś nie trzeba było czekać. Mydło do wykorzystania bez wody czekało na zewnątrz, w środku zaś lusterko, woda i całkiem znośne zapachy. Znów zadziałało prawo ilości – mniej ludzi na festiwalu to i warunki sanitarne lepsze. Nie wiem, jak było na wymiotowym, ale ludzie nie narzekali więc chyba było jak wszędzie.

Jeśli jeszcze jestem przy organizacji to jeden minus trzeba przyznać dla ochrony. To taki problematyczny minus bo w zasadzie wykonywali swoją robotę. Szkoda tylko, że bez specjalnej wyobraźni. Pierwszy zgrzyt był przy parasolu. Padało tego dnia i lepiej stać pod parasolem niż w pelerynie. Jednak ochroniarz nie wpuścił mnie na teren festiwalu. Bo takim parasolem można zabić przecież (parasol w wersji krótkiej, bez szpikulca czy coś takiego). Drugi zgrzyt był już na koncercie. W momencie, gdy wokalista „Atrocity” zaprosił na scenę dwie dziewczyny by zatańczyły razem z nim, ochrona nie chciała ich wpuścić. I nawet interwencja Alexandra na nic się zdała. Dopiero pojawienie się szefa ochrony zmieniło ten stan rzeczy. Ja rozumiem, że bezpieczeństwo to podstawa, ale przy takich festiwalach powinna być jakaś większa tolerancja. Tym bardziej, że ludzie wchodzili z ćwiekowanymi pasami czy butami, które więcej narobią krzywdy niż parasolka. Ale ochrona okazała się stalowa do końca – na bramce sprawdzali dokładnie, patrolowali teren i czujnie patrzyli na wszystko, co dzieje się wokół.

Jeszcze jeden zgrzyt. Tym razem tradycji stało się zadość i musiało trafić na dźwiękowców. Mała scena, gdzie grała alternatywa, była super – nagłośnienie czy światła śmigały. Duża miała problemy z dźwiękiem. Czasami było wszystko tak rozbujane, że trzeba było zatykać uszy. Zwykle się mówi, że nie ważne jak, byleby napierdalać. To nie jest tak i podkręcona głośność bardziej szkodzi odbiorowi niż pomaga. I tak się zdarzało, szczególnie za dnia. W nocnych koncertach, a szczególnie gwiazdach, już było lepiej. Nie wiem tylko czy to uszy się przyzwyczaiły, czy faktycznie zmieniono ustawienia. Odbiór był już lepszy. Inna sprawa, że obie sceny mają zupełnie inne otoczenie, które może wpływać na rozchodzenie się dźwięku. Duża scena była ustawiona pomiędzy blaszanymi pawilonami i tworzy się tunel, który może wywoływać dudnienie lub pogłos oraz wzmacniać dźwięki. Mała scena miała otwartą strukturę i wychodziła głośnikami „na pole” więc dźwięk miał gdzie uciekać i całkiem miło się słuchało nawet największego napierdalania. Widocznie już taka praca dźwiękowca, że zawsze dostaje po tyłku J

To teraz już przejdźmy do muzyki. Made of Metal miał podtytuł „melodic festiwal” zatem wszystko co prezentował na głównej scenie to pochodnie wszelkiej maści melodyjnego metalu, symfonicznego, gotyckiego czy power metalu lub folk metalu. Na małej scenie już było trochę ostrzej i różnorodniej – od trashu po speed i black choć grindu nie słyszałem. Było to zatem wydarzenie nie lada, szczególnie że dobór zespołów był bardzo dobry. Pierwszego dnia gwiazdą był teoretycznie właściwy odłam Rhapsody. Dowodzony przez Lukę Turillego stanowił naturalną odskocznię do Rhapsody of Fire. Byłem ciekaw jak wypadnie bo RoF jest super i przebić go byłoby trudno. Poza nimi wystąpili Edenbridge z niezłym żeńskim wokalem, przebojowi jak zawsze Atrocity, węgierscy wojownicy z Wisdom, piraci z Alestorm i późno w nocy zjawiskowa Sirenia. Na małej scenie przewijało się mieszane towarzystwo z czego zapamiętałem czeski „Cast of Mind”, folkowy Cruadalach oraz dziadka Roota. Te zespoły potrafią pokazać na co ich stać i nie było inaczej tym razem. Duża różnorodność pokazała siłę takiego festiwalu bo człowiek nie miał czasu zanudzić się przy jednym stylu. Oczywiście największe oczekiwania były w stosunku do Rhapsody i muszę przyznać, że wyszli słabo. Spodziewałem się poweru, emerald sword i ognia. Tymczasem było pełno patosu z filmików z youtuba wyświetlanych na telebimach, dużo gadania o „true and Orly Rhapsody” i temu podobne klimaty. Dużo osób przyszło właśnie dla nich i pewnie dobrze się bawili, ale dla mnie pozostał pewien niesmak. Na ostatniej tego dnia Sirenii mogłem odpocząć i skupić się na muzyce, którą znam i lubię.

Drugi dzień był trochę lżejszy, ale deszczowy. Jednak pod względem muzycznym dużo ważniejszy bo zagrać miał Haggard. Poza nim grał polski Pathfinder, Orden Ogan, babki z Crucified Barbara, gotycki Stream of Passion oraz druga odnoga Atrocity czyli Leaves Eyes z eteryczną Liv. Na małej niezłym kontaktem z publiką błysnęli … Polacy z Titanium oraz srodzy Rosjanie z Welicoruss. Wszystko słuchało się bardzo dobrze. A sam Haggard to mistrz nad mistrze – kto nie słuchał ten koniecznie musi to nadrobić. Najweselej wyszedł koncert Leaves Eyes bo występował tam Alexander z kilkoma gościami od siebie z zespołu, którzy zamiatali grzywami jak trzeba. W zestawieniu do drobniutkiej Liv wyglądali jak niedźwiedzie. Gość z Atrocity to też niezły showmen i nakręcał publikę co i rusz. Tego dnia wieczorem niezbędna okazała się herbata bo po deszczu było zimno. Wiele osób odpuściło ale wytrwałem twardo na posterunku. Warto było bo wieczorne koncerty były super.

Ostatni dzień to już w zasadzie podsumowanie ale i dwie największe gwiazdy – Therion oraz Ensiferum. W zasadzie poza nimi to niewiele innych kapel się liczyło. Bardzo przyzwoicie oraz wizualnie zaprezentował się Amaranthe – z trzema wokalistami w tym z piękną Elize. Nieźle też brzmiał Dark Moor choć do Wisdom się nie umywał. Na małej zaś była polska Desdemona, ostrzy Irlandczycy z Dead Label oraz zupełnie zakręceni Hiszpanie z Far`n`Hate. Gość był tak nakręcony że wbiegał pod scenę gdzie trochę zakręcił włosami, odśpiewał kilka fraz i zaczął wspinać się na stelaż sceny. A na głównej przybił drakkar z wikingami i Enisferum zaczęło niszczyć wszystko i wszystkich. Takiego kopa nie czułem już dawno. Szybko zagrane kawałki, melodie z dalekiej północy i ostre riffy. Do tego światła, nagie torsy grajków i walkiria za konsolą. To była idealna przeciwwaga do grającego po nich Theriona, który zrobił to, co zawsze. Od pierwszych taktów „Rise of Sodom” po „Megatherion” była moc na scenie. Ostro zagrane kawałki miażdżyły a sam zespół jakby zapomniał, że wydał francuskojęzyczną płytę.

Przy okazji zespołów o jeszcze jednym zgrzycie muszę wspomnieć. Ustawienia zespołów były takie, że pod koniec były nawet 50 minutowe dziury. Przy niesprzyjającej aurze i zimnie, czekanie tyle czasu na kolejny zespół, rozprasza całą energię zebraną do tej pory. Dobrze, że było gdzie przeczekać, ale i tak to za długo. Tak było z Therionem, na którego trzeba było czekać bardzo długo. To samo wcześniej z Haggardem i Rhapsody. Wyglądało jakby ramówka zespołów – szczególnie na małej scenie – coraz bardziej się rozjeżdżała i zostawiała coraz większe luki. To jest do naprawy więc nie jest to nic poważnego.

I tyle jeśli chodzi o Made Of Metal. Festiwal się skończył i okazał się bardzo udanym przedsięwzięciem. Teraz tylko czekać na przyszły rok, czy pojawi się po raz kolejny i potwierdzi swoją obecność na muzycznej mapie. A jak będzie trzeci raz to pewnie wejdzie na stałe do zbiorku miejsc, które trzeba koniecznie odwiedzić w każdy sierpień. Oby tak było i zapał organizatorów nie osłabł. Obecnie na stronie fejsbukowej kolejne zespoły i obserwatorzy wrzucają info o festiwalu i o tym, jak się dobrze bawili. I nie kłamią. Zabawa była przednia. Muzy jeszcze więcej a do tego wszystko w przyjaznej atmosferze. Dla wszystkich był przygotowany nawet specjalnie ważne piwo z okolicznego browaru o nazwie „MOM`s Beer”. Wszelkie konotacje tej nazwy są wskazane i całkiem trafne. Festiwal przeżyłem choć było dużo muzyki i spędziłem na nim bardzo dużo czasu. Nie otępiał monotonią, nie zagłuszał ścianami dźwięku i nie męczył krzykami. Na miejscu było najwięcej Czechów i Austriaków. Sporo było Węgrów i Słowaków a Polaków wyjątkowo mało. Podejrzewam, że za rok będzie już nas dużo więcej. Czesi będą kolejny festiwal narzekać, że wszędzie pełno Polaków :) Ale niech nikt się nie zraża. Przyjechać trzeba, spróbować langosza i bawić się łagodniejszą stroną metalu.

 

Sie 312013
 

Day 3

Tego dnia miałem dobre towarzystwo w pociągu do Jaworzna. Rodowite Ślązaki i w dodatku fani metalu ruszyli na „Sodom”. Spotkałem ich w pociągu i od razu usiedliśmy razem by powspominać stare, metalowe granie i ponarzekać na współczesność. Gdy powiedziałem, że jestem z Wawy to mało mnie nie pobili, ale jakoś udało się to zażegnać. To taki odruch Ślązaków by bić Warszawiaków. Udało się dojść do porozumienia i choć odwieczne animozje zostały to po wypiciu razem piwa na dworcu w Jaworznie wszystko wróciło do porządku.

Na ochłonięcie od Ślązaków (dobrze, że choć trochę znam gwarę to jakoś udało mi się ich rozumieć bo po polsku nie rozmawialiśmy) wpadłem na „The Dead Goats”. Zakrzyczeli, powalczyli na scenie i podziękowali za wysłuchanie. Słoneczko prażyło i zapowiadało się na burzę. Dlatego w duchocie przyszło wysłuchać na małej scenie „Ass to mouth”. Jak sugeruje nazwa to świniarze i to z Polski. Zawiało oborą i zrobiło się przaśnie. Dwa głosy świńskie uzupełniane czasami normalnym śpiewem dały radę i dobrze się tego słuchało. Ludzie przyszli z ciekawości nad brzmieniem, ale było kilku bywalców „Fekal Party”. Ostatecznie musieli skończyć, ale evil banan poszedł w publikę a skórka z niego tańczyła jeszcze na rękach niektórych.

Rozbawiony i po kilku piwkach przeszedłem posłuchać pierwszego terroru dzisiaj czyli duńskiego „Hatespere”. Ludzie rzucili się w młyn okrutnie walcząc i młócąc rękami. Czapki z daszkami furkotały aż miło. Jednak takie klimaty to tylko do posłuchania bo raczej mojego zachwytu nie wzbudzają. Ale potwierdzają starą prawdą o hardkorowym metalu – jest rytmiczny jak jasna cholera i nogi same tupią do rytmu.

Nad jeziorkiem złapałem chwilę wolnego akurat by być na sound checku „Antigamy”. Fajna kapela, z miłymi melodiami i nawet dość rytmicznymi. Łoją nieźle, śpiewają też – w zasadzie jak większość tego typu zespołów na świecie. Do błysku unikalności jeszcze im sporo brakuje, ale może kiedyś. Teraz to dobry zespół festiwalowy bo nie zaniża i miło jest do posłuchać. A nogi bolą, nie ma co. Coraz częściej muszę odpoczywać na siedząco. Normalnie dałbym radę bez problemów, ale ta droga w upale w glanach przez las pierwszego dnia dała mi się we znaki. Nie wziąłem innych butów i teraz płaciłem za to. Jednak wytrwać trzeba bo jeszcze dziś sporo przede mną.

Tym lepiej nastroiło to przed „Onslaught” na głównej scenie. Stary dobry trash, grany jak za dawnych lat. Ślązacy byliby zachwyceni. Ruchawka pod sceną wybuchała co i raz – ludzie mimo duchoty czuli moc i walczyli zacięcie. A nad wszystkimi górował potężny orzeł zespołu powieszony na bannerze z tyłu sceny. Robiło się duszno, burzowo i ogniście. Godne zakończenie Metalfestu było nieuniknione.

Burza wreszcie wybuchła. Akurat na przygotowaniach „Vedonist”. Zabrakło prądu, woda zalewała wszystko i wszystkich w takich ilościach, że nie zdążyła spływać do jeziora. Wszystkie ścieżki momentalnie zostały zatopione. Ludzie poszli ratować namioty, a reszta smutno przesiadywała albo pod drzewami albo pod parasolami. I tylko nieliczni tańczyli w kałużach śpiewając „Im singing In the rain”. „Vedonist” zagrał już po burzy, ale musiał poczekać na to, co zrobi „Arkona”.

A Rosjanie wjechali jak zawsze – Masza w wilczych skórach, chłopaki w kierpcach i ogień ze sceny. Padało, grzmiało, ale to nie przeszkadzało najtwardszym fanom by taplać się w błocie i pluskać się w nim jak rusałki. Niebo otworzyło się nad sceną. „Arkona” dawała czadu a deszcz się wzmagał. Aparat nie łapał ostrości bo ciągłe strugi wody zaburzały automat zoomujący. Biedni zdjęciarze stawali na głowie by złapać jakieś zdjęcie. Skrajne warunki nie pozwalały na wiele, ale ci nieliczni złapali na pewno fajne ujęcia. Słowiańskie rytmy rozpalały publikę tak bardzo, że deszcz słabł aż wreszcie przestał w ogóle. Zostawił po sobie tylko olbrzymie bajoro na środku placu, które zaraz było obiektem kąpania, chlapania i rozbryzgiwania. Zapachniało Woodstokiem.

Przeniosłem się wpław na małą scenę by usłyszeć „Sceptic”. Głównie za sprawą Viery, która w zeszłym roku była tu z „Totemem”. I jak poprzednio teraz też urzekała chropawym głosem, dredami i prezencją. Zespół też daje radę i widać po nich wieloletnie obycie razem na scenie. Nie było już tak duszno i dobrze się stało słuchając „Sceptic”. A obok stali ci, którym woda zalewała sandałki i trampki. Przynajmniej w tej chwili nie żałowałem, że mam glany na nogach. Ale nogi i tak bolały.

Polszczyzny ciąg dalszy – tym razem na głównej scenie. To za sprawą „Illuzion”. Nie lubię ich choć grają dobrze. Po prostu nie pasują mi i tyle. A ich obecność na metalfeście traktuję jako zapchajdziurę. Dla mnie z nich jest taki metal jak rock z Biebera – wszystko jest kwestią gustu. Lipa dwoił się i troił – przynajmniej jego głos jest taki, że nie da się go pomylić z żadnym innym. Dobry czas na kapuśniak i piwo.

Przeniosłem się znów na małą scenę. Woda już schodziła choć nadal bajoro przed sceną się utrzymywało. I tutaj znów polszczyzna – tym razem srogi „Azarath”. I muszę powiedzieć, że dla niego należy się szacun. Grają black jak mało kto obecnie w Polsce – i mówię tu o prawdziwym blacku pokroju Mayhem czy Burzum a nie podróbek. Ściana dźwięku, jaką postawili, imponowała. Growle i karabinowa perkusja skutecznie komponowały się z zapychaczem gitarowym. Tak wytworzona ściana była nie do przebicia. Bardzo, bardzo miło się zaskoczyłem bo dawno już nie słyszałem czegoś takiego.

Na blackowcach polszczyzna się skończyła. Na głównej zaś pojawiła się gwiazda terroru czyli „Hatebreed”. „Destroy everything” zabrzmiało jak nigdy a rozjuszona młodzież w czapkach z daszkiem zaczęła radośnie pluskać się w bajorku ostatecznie je wysuszając. Wiedziałem, że Amerykańce będą na tegorocznym Brutalu i już widziałem te tłumy terror crew ciągnące na ich idoli. Miły gest wokalisty – dedykowanie piosenki Jeffowi – został dostrzeżony i nagrodzony. Dobrze, że zauważają oni takich wykonawców choć to zupełnie nie ich bajka. Szkoda Jeffa, ale takie jest życie. Tributy dla niego będą grane na wszystkich festiwalach w tym roku.

Przyszedł czas na kolację i piwo. I odpoczynek bo została ostatnia prosta festiwalu. Liczyłem na „Sodom” bo „Helloween” było za późno i PKP nie dała mi szansy ich zobaczyć w tym roku. I Siemaszki nie zawiedli. Znów granie w starym stylu, bez kompromisów i uników. Ogień pod sceną rozpalał się co i raz podsycany obłędną perką i sekcją gitarową. Sporo staro szkolnych fanów w katankach i z naszywkami przyszło by zobaczyć ich idoli z dawnych lat. To było godne zakończenie tegorocznego Metalfestu.

Powrót przez las, potem pociąg i nocleg w Katowicach by o 6 rano wstać i ruszać do Wawy. Końcóweczka była naprawdę hardkorowa. Ale warto było. Choć tegoroczna edycja była dużo słabsza muzycznie niż ubiegłoroczna, ale najważniejsza była kontynuacja i to, że coś takiego w ogóle się odbyło. Chyba metalowy światek przyzwyczaja się do tej daty i tego miejsca. I o to właśnie chodzi. Bo najważniejsze by ciągnąć to, choć nie ma co roku mega gwiazd i super bandów. Organizacyjnie też sporo poprawiono i jedynie została tylko współpraca z PKP lub przemyślenie czegoś odnośnie dojazdu do Katowic (przynajmniej do tego jednego miasta bo najbliżej). I za rok trzeba być. Nieważne co będzie grać, ale być trzeba. By idea nie umarła.

Sie 242013
 

Day 2

Rano herbatka w Subwayu i nabieranie sił przy kanapce. Nogi bolą jak cholera, a to dlatego że nie wziąłem innych butów niż glany i teraz to czuję. Butki są dobre, ale na trudny festiwalowy teren. Jak mam w nich popylać kilka kilosów przez las to już nie jest takie fajne. Porobiły się odciski i bąble z którymi zacząłem walczyć ogniem i plastrem. Przynajmniej żeby dojść do placu boju.

PKP znów pokazało pazur. Nie dość, że pociąg się spóźnił to jeszcze stanął kilkanaście metrów przed stacją i stał. Kurwica człowieka bierze na takie coś – ani informacji ani niczego takiego. Z kilkoma ludźmi zapakowaliśmy się i wyszliśmy by nożnie dojść do stacji i mieć to z głowy. Wcześniej posiedziałem trochę na informacji Intercity bo dowiedzieć się o ten pociąg co to tylko w piątek kursuje późno. Nie doczekałem się bo klient chyba jechał do Chin przez Zambię i tak kombinował, tak tworzył że cholera mnie wzięła i zawinąłem się stamtąd. To, że można kupować bilety w informacji to minus. Każdy się tam ładuje mając nadzieję, że nie postoi przy kasach. Ech, PKP w tym roku zasłużyło na czerwoną kartkę.

Opóźnienia spowodowały, że trochę zespołów mi uciekło. Na szczęście to rozbiegówka, więc strata nie była taka dotkliwa. Wpadłem do Jaworzna i na bolących nogach przeskoczyłem las i zasiadłem coś zjeść w jednej z bud. Kapuśniak był wodnisty, ale po trudach dojścia wszystko by smakowało. Tacka do śmieci a ja na małą scenę. Tam prezentował się „Terrordome”. Chłopaki z Krakowa jechali aż miło. Było w tym wiele z terror hip-hopu rodem z New Yorku i nawet noga sama tupała przy kombajnowej łupance. Wokalista co jakiś czas zagadywał do tłumu i czuć było w nim szołmena, który dobrze się czuje na scenie. Zachęcał do kupienia płyty na stoisku. Mówił, że to jacyś goście zgarną za to koks, ale i im coś wpadnie. Okrzyk z tłumu rzucony na scenę wywołał śmiech: „Dziwki, koks, tajski boks”. A potem już wokalista pojechał z nowym secikiem zaczynając do ludowej przyśpiewki „cała sala napierdala”.

Na dużej tymczasem rozgościły się tygryski i powiało pudel metalem z lat osiemdziesiątych. „Alpha Tiger”. Panowie w obcisłych rajtuzach w panterkę, z bandanami na czole, piórami na głowie i piskliwym głosem. Wokal jeszcze musi się w pianiu podszkolić, ale jak na 40 stopniowy upał to dało radę. Oczywiście gitarowe pasaże rządziły i słychać było w nich lekką naleciałość po żelaznej dziewicy. Żar z niema lał się strumieniami. Gaszenie piwem pomagało, ale szum w głowie rósł niebezpiecznie więc przerzuciłem się na yerbę. Gość sprzedawał ją z worków z lodem więc była mega chłodna i mroziła konkretnie. Można było walczyć dalej.

A dalej był „No-mads”. Polacy z babką na wokalu, która ma chyba z 60 lat. Podobno jest przedszkolanką i chętnie śpiewa kołysanki dla podopiecznych. Angelą z Arch Enemy nie jest, ale zdarty głos i moc są w nim wyczuwalne. Posiedziałem sobie by odpocząć i dać wytchnąć nogom. Spotkałem też weterana festiwalowego z całym naręczem opasek, które bym musiał zbierać chyba z 10 lat festiwalowania. Pokazywał nawet opaski z Korei i Chin, gdzie też nakurwiają metal. Cóż, może za jakiś czas dorobię się podobnej kolekcji. Póki co te kilka, które mam, musi wystarczyć. I tak dobrze wyglądają, ale do jego kolekcji jeszcze mi dużo brakuje.

Tego dnia było dużo terror crew i hate hip-hopu. Na głównej zagrał „Unearth”, gdzie tenisówki beep boyów śmigały z prawa na lewo. Czapki z daszkiem fruwały i ekstaza na twarzach skateów była wyraźna. Oczywiście bez seplenienia nie mogło się obyć to tylko potwierdza zeszłobrutalową obserwację dotyczącą muzyków parających się tym czymś. Nie można im odmówić energii i rytmiki, która wymusza ruch i nogi same przytupują. Coś w tym musi być. Jednak opuściłem kilka kawałków by zobaczyć na małej coś, czego byłem ciekaw. W końcu śniadzi grający metal to niecodzienny widok u nas.

„Inner Sanctum” – tak nazywali się ci grajkowie z Indii – dali takiego ognia i takiej energii, że zakasowali wszystkich z małej sceny, którzy grali do tej pory. Trochę na początku dziwnie było to słuchać, ale potem już się rozkręcili i jechali równo. Chyba było dla nich trochę zimno bo część z nich była w kurteczkach. Wokalista nawet rozmawiał z ludźmi i czuć było, że jest bardzo zadowolony grając tutaj. Pozwolił sobie nawet na pewną obserwację, z którą się w pełni zgadzam. „If we came thousands of kilometers to you, you lazy motherfuckers from afar can came to stage” (pokazując na siedzących pod drzewami i nad wodą). Bardzo pozytywne granie i jeśli uda się dostać ich płytkę to polecam. Chociaż z Indii to wiedzą, jak szarpie się druty w gitarze.

Pozytywnie nastrojony po dawce azjatyckiego metalu ruszyłem na spotkanie starej, dobrej szkoły grania czyli fińskiego Turisas. Nie było dziewczyny, nie było „Rasputina” ale ogień i tak był. „Drink Song” czy „Helmgart” były obowiązkowe, podobnie jak przemowy do publiki i pochwała polskiej wódki (która jest o niebo lepsza od sikacza Finlandii). Zagrali sporo nowego materiału i zastrzegali, że chcą ruszyć coś i zmienić w swoim graniu. Nie chcą stać w miejscu i być kojarzonym tylko z Rasputinem, dlatego będą promować teraz własny styl grania i jeśli komuś to nie odpowiada, to oni już za to nie odpowiadają. Chcą zmian i ten koncert to pokazał. Zobaczymy jak to się zmieni ale w tych nowych kawałkach było czuć próbę ucieczki od pijacko weselnego grania. Nowy materiał niebawem więc będzie można to skonfrontować. Nie oznacza to, że koncert był słaby. „Turisas” to marka, która zawsze dobrze wypada i od malowania i wystroju po śpiew prezentuje najwyższy poziom.

Po dwóch występach na najwyższych obrotach czas na jedzonko i piwo. W międzyczasie rozklejono ulotki, że gwiazda wieczoru czyli „Volbeat” nie zagra. Wypięli się na Metalfest i odjechali, choć widzieli to wszystko, co tu jest, znali warunki i mieli wszystko dograne. Skoro nie wiadomo o co chodzi to chodzi pewnie o kasę. Pieprzyć Duńczyków i ich wybredność. I tak się na nich nie nastawiałem więc nawet tej straty nie poczułem. Widziałem jednak wielu zawiedzionych fanów i to nawet takich, którzy specjalnie dla nich dziś przyszli. Trudno się mówi i jedzie się dalej. Niesmak pozostał, szczególnie, że podobno byli już tutaj fizycznie i rozmawiali z organizatorami. Organizatorzy zwracali za bilety, jeśli ktoś to zrobi do jakiejś godziny. Poszli na rękę i załatwili to porządnie.

By zagłuszyć ten niesmak ruszyłem na „Accusera”. Solidny speed metal wyrywał kawałki uszu jak uderzenia kul karabinowych. Miło się słuchało, fajnie się bawiło i dało kolejną dawkę energii potrzebną do walki z nogami. Dochodziła dwudziesta czyli szósta godzina bycia tutaj i obolałe nogi coraz bardziej dawały o sobie znać. Muszę coś z tym zrobić za rok bo młodszy się nie robię a nic nie zapowiada by podciągnęli tu autobus. Pozostaje zatem zapieprzanie ze stacji tutaj i to wymaga już lepszych butów niż glany. Starość zajrzała mi w oczy i zaśmiała okrutnie.

Te wspomnienia szybko wywietrzały, gdy na głównej zagrał „Entombed”. Weterani metalu przyszli tu zniszczyć wszystko a dzięki solidnym bloczkom marshalli udało im się to z nawiązką. Basy wyciskały resztki powietrza z płuc a perka tłukła oszałamiająco. Sporo ludzi ściągnęło właśnie na nich – szczególnie weteranów, którzy ubrani w katanki z naszywkami ruszyli tłumnie pod scenę. Okrzyk w jadłodajni „ej, tam entombed napierdala, jebaki leśne” poderwał niemal wszystkich. Po kilku kawałkach wokalista wymienił się na koszulki z kimś, kto miał koszulkę z „Razorem”. Powiedział, że widział tu takie i zawsze chciał taką mieć. Szczęśliwiec pewnie przez miesiąc nie będzie jej zdejmował z pleców. I nie ważne, że przepocona, ale zawsze to pot „Entombed” J Na scenę trafiły też inne koszulki bo ludziska liczyli, że może im też się uda, ale tutaj chodziło o konkret i reszta mogła się obejść smakiem. Poszła nawet biała koszulka co wokalista skomentował prosto i konkretnie – „White shirt??????!!!! White is not metal. Black is metal”. Ci, którzy byli w białych koszulkach popatrzyli na siebie z zażenowaniem.

Ten dzień zakończyłem „Suicidal Angels” czyli pure fuckin death metal. Potem już spacer na stację, czekanie na opóźniony pociąg i powrót do Kato. Prysznic, położenie się i zaśnięcie w akompaniamencie dźwięków z dyski na dole. Znów było za gorąco na przeglądanie netu czy granie i oczy same się zamknęły.

Sie 212013
 

Po sukcesie poprzedniej, pierwszej w Polsce, edycji Metalfestu wiedziałem, że jeśli będzie ona kontynuowana, to będę tam. A ponieważ była, to i moja obecność na jaworzyńskich polach była przesądzona. Po cichu liczyłem na to, że mankamenty poprzedniej edycji zostaną poprawione a do całości dorzucone zostaną kolejne cegiełki ulepszające cały festiwal. W końcu takie wydarzenie na polskiej ziemi musiało zasługiwać na najlepszą obsługę.

Przyjazd do Katowic i zakwaterowanie odbyło się w ekspresowym tempie. Chciałem zdążyć w czwartek na Vargów a oni grali jako jedni z pierwszych. Wymagało to niestety niezłego zgrania pociągów i siły w nogach. Na szczęście do pociągu do Jaworzna wsiadłem wcześnie i bez problemów dojechałem na miejsce. Oczywiście o ile przejazd ponad 40 kilometrów w godzinę można nazwać bezproblemowym. PKP będzie się za to smażyć w piekle. Potem marsz na teren festiwalu przez las i szosę i wreszcie doszedłem do bramek. Od razu było widać poprawę. Sprawnie zmieniłem bilet na opaskę a droga od bramy na pola festiwalowe nie była już tak kręta i słabo oznakowana. Kolejnym plusem były mercze. Nie były schowane gdzieś z boku tylko od razu po wejściu na pastwisko można było tam podejść i zakupić koszulki zespołów. To kolejny plus i poprawa w stosunku do tego, co było rok temu. Tak naprawdę to tylko to bolało mnie poprzednio. Teraz, po poprawie tego, można było już cieszyć się metalfestem.

Day 1

Pierwszego dnia zacząłem Vargiem, którego już widziałem wcześniej przez parę minut, a teraz chciałem być od początku. I dali niezłego czadu. Było gorąco tak, że piwo służyło jako chłodziwo. A Varg, wymalowany i nakurwiający, jeszcze podgrzewał atmosferę. Nieliczne młyny pod sceną kurzyły aż miło. Piasek zgrzytał w zębach, ale to cały urok open airów. Skusiłem się na czerwone książęce, a wybierać można było z Lecha i Tyskiego. Cena oczywiście promocyjna – 2 kupony za kubek 0,4l (a kupon to 3 zeta). Jakby za mało było gorąca to na ostatnim kawałku chłopaki zaprosili chętne dziewczyny do poskakania razem z nimi. Znalazły się takowe i pogański Varg dumnie zszedł ze sceny w otoczeniu rzeczonych dziewczyn.

Kolejnego grajka odsłuchałem tylko z daleka racząc się piwem i wciągając pierwszego tego dnia kebaba. Nazywali się „Vail od Maya”. Chłopaki przyjechały aż z Chicago i growlingując starali się schłodzić publikę. Nie wygrali ze strażakami, którzy polewali wszystkich wodą. Dostało się mojemu telefonowi bo klawiatura na chwilę przestała odpowiadać. Po przesuszeniu było już wszystko dobrze. A amerykance nieźle sobie poczynali. Między ostrym rykiem a melodyjnym śpiewem przechodzili płynnie i dobrze się tego słuchało. A słońce niemiłosiernie prażyło i wysuszało wszystko z człowieka.

Potem zszedłem pierwszy raz na dłużej na boczną scenę. Akurat by zobaczyć „Thaw”. Nie zachwycili mnie bo tworzyli taką kakofonię gitarową, że ani perkusja ani śpiew nie mógł się przez nią przebić. Wokalista starał się jak mógł, nawet ubrał w jeansy i bluzę z trzema paskami, ale nie dał rady. Krzyczał i krzyczał, ale nic nie wskórał.

Przeniosłem się na główną by zobaczyć „Anti tank Nun” czyli zespół Titusa z Acidów. Trochę się zdziwiłem, ale co tam, ważne by grali dobrze. A grali tak jak Acidi, więc tu zaskoczenia nie było. Charakterystyczny wokal Titusa, jego amerykańskie zapowiedzi kawałków i maniera w głosie to jest to, do czego już zdążył nas przyzwyczaić. Dało się tego słuchać i dość dobrze pod to wchodziło piwo. Zaczynało już szumieć we łbie, a dopiero było po godzinie szesnastej.

By ochłodzić się przeszedłem się pod drugą scenę a konkretnie na ławeczkę blisko jeziorka. Wiaterek miło chłodził skórę i a do uszu docierały dźwięki „Belzebonga”. Krakowiacy to taki „Long Distant Calling” tylko grający trochę ostrzej. Miłe dźwięki wchodziły czysto i fajnie się komponowały. Granie w trochę starym, metalowym stylu, gdzie liczba ozdobników na kluczu wiolinowym była nieskończenie wielka. Na dłuższą metę było to nużące, ale dla ochłody wystarczyło.

Tymczasem na główną przywiodły mnie dźwięki knura. Ach, jaka miła nuta dla ucha. To „Cryptopsy” wjeżdżało z korytem i porcją śruty kukurydzianej dla każdego. Dobrze im to wszystko wychodziło. Fajny pig squig choć troszkę nietypowy. Łączony był ze zwykłym śpiewem co pozwoliło na dłuższe kawałki a nie takie minutówki, jakie wycinają zwykle świniarze. Wokalista często zaznaczał, że ostatnią płytę wydali sami i mają nadzieję, że się ją kupi bo warto. Potwierdzam, warto. To taka świńska arystokracja – od tego można zacząć by potem wypłynąć na szerokie wody grindu z Nuclear Vomitem, Gutalaxem, Cock and Ball Torturem czy wreszcie Dying Fetusem czy mistrzem Waking the Cadaver. I pomyśleć, że chłopaki zaczęli swój występ od lecącego z puchy „What is love” Haddawaya :)

I znów zmiana sceny – takie krążenie między jedną a drugą było już poprzednio i nawet dobrze wychodzi bo nie pozwalało zastać się i wymuszało ruch. Przynajmniej nogi się rozprostowują przy takim chodzeniu. A już je powoli czułem. Co prawda dochodziła dopiero szósta czyli jakieś 5 godzin na nogach, ale dla metalu można znieść więcej. I zniosłem takie coś, co się nazywa „Elvis Deluxe”. Wyglądało mi to na metal koncepcyjny, ale koncepcja gdzieś się zmyła i zostało tylko łojenie gitar. Tylko jakieś to takie bez pierdolnięcia i mocy. Bardziej pasowało na hard rock i pitu pitu niż na metal. Pomieszanie Guano Apes z Garbage czy Skunk Anansis.

I wreszcie nadszedł moment na nich – Finntroll. Przebrali za złośliwe elfy z mitologii skandynawskiej zaczęli ostro i nie spoczęli aż do samego końca. Zrobiło się przaśnie i tanecznie. Młyny chodziły we wszystkie strony a przytupywaniem nie było końca. Tylko uszy dla wokalisty podskakiwały w rytm melodii. Norweska lokomotywa rozgniatała kolejne uszy fanów nie biorąc jeńców. Finntroll przyzwyczaił do perfekcji i nie zamierzał popuszczać. Ludzie zaczęli skandować najsłynniejsze polskie zawołanie czyli „Napierdalać!!!!!!!”. Wokalista próbował to powtórzyć zaskoczony żywiołowością ludzi i wyszło coś bliżej „Nakenkala!!!!” ale brawa się należą za próbę. Chyba wiedzieli co to znaczy, ale chcieli zrobić ukłon w stronę polskiej publiki. Czekałem na „Trollhammerera” i się doczekałem. Była moc!!!! Ogień!!! Demoniszcze i Krewetki!!!!!!

Na uspokojenie przeszedłem na „Corrupion”. Początek wzięty z Titty Twister i monologu Marina o pussies nastrajał pozytywnie, ale szybko się skończyło. Napierdalali ostro, postawili ścianę dźwięku i tyle. Do tego dziwny wokal robił swoje. Wbiłem się w żurek, który zalatywał wodą i w kiełbasę, której nie dało się przebić łyżką. Spotkałem też starego znajomego z poprzedniego metalfestu. Jak byśmy nie widzieli się nie rok a tydzień. Bardzo, bardzo pozytywne doznanie. I dobrze, że ludzie pojawiają się i nadal są metalowi.

Posilony miałem siły na stanie i obejrzenie „Kata”. Nigdy ich nie widziałem to była dobra okazja. Pewnie te parę lat temu byłoby dobrze, ale teraz to już nie to samo. Romek dziarsko rzuca się na scenie, macha rękami i czasami zachowuje się jak paralityk. Moc jest, ale taka nijaka taka. Może zmęczenie dniem już dało się we znaki i dlatego dostało się „Katu” za osłabienie organizmu. Zagrali nawet nieźle, bo współcześnie. Jak wielu innych. To pewnie dlatego jakoś mi nie weszli. Dużo ludzi przyszło i słychać było że sympatia do KATa jest po stronie Romka. Nie ma się co teraz sprzeczać kto i kiedy. KAT z Romkiem zagrał i przypomniał się wszystkim tym, którzy dawno go nie słyszeli. Ja ich usłyszeć chciałem, ale na samodzielny koncert się nie wybiorę.

Wieczór zapadał powoli. Komary zaczęły swoje polowanie i robiło się wreszcie chłodniej. Na małej scenie zagrało coś, co się nazywa „Karma to burn”. W całości instrumentalny występ z początku był monotonny i bez kopa. Jakoś tak przepływał z gitarą nad nutami usypiając. Jednak z każdą minutą robiło się coraz ciekawiej i coraz bardziej interesująco. Opanowanie gitary przeszło w wirtuozerię a grane melodie zaczęły być wewnętrznie ciekawe i warte zagłębienia się w nie. Muzyka do posłuchania z całą pewnością, ale też i do posmakowania bo warto. Szkoda tylko że tak rozgrzewka długo trwała.

I na koniec dla mnie (bo na pociąg się spieszyłem) wystąpił „Accept”. Niemaszków nie trzeba przedstawiać. Nie trzeba też mówić i pisać, że wymietli. Publika szalała, dmuchany rekin szalał na rękach unosząc się niemal jak na wodzie. A jak zaczęto polewać go wodą, to ożył i radośnie skakał pomiędzy stronami placu. Ten zespół to taka marka, że tu nie ma miejsca na wpadki czy słabszy występ. Co prawda wolę i tak Udo, ale ten wokalista też się broni. Dziś był jakiś taki przygaszony głosem, może coś z nagłośnieniem było nie tak? Mimo to miło się tego słuchało a „Balls to the Walls” słyszałem idąc przez las do pociągu.

Dzień był udany i spełnił moje oczekiwania. Zdążyłem na wszystko, zobaczyłem to, co chciałem i nie musiałem narzekać na bolączki z poprzedniej edycji. Jedyny minus wyciął nie do końca organizator a PKP. W zeszłym roku chodził pociąg o północy, który wypadał akurat na zakończenie festiwalu i można było w spokoju zdążyć do Kato i zobaczyć gwiazdę. Tymczasem pociąg ten był tylko w piątek a w inne dni odjeżdżał o 22. Czyli trzeba było zwijać się wcześniej by zdążyć (bo następny był o 5 nad ranem). Normalnie krew człowieka zalewa, że nie zorganizowano tego jakoś inaczej. Organizator mógł albo dogadać się z PKP albo coś zorganizować w formie transportu. Ten podobno miał być choć kursował tylko do Jaworzna, ale ani razu nie wydziałem nawet znaczka. Branie taksówki mi się nie uśmiechało a szwendanie po nocy nigdy nie było bezpieczne. Już i tak policja mnie zatrzymała w Jaworznie bo czekałem na pociąg i chciałem się przejść. Ostrzeżono mnie bym specjalnie nie chodził daleko bo miejscowa młodzież dokazywała i można było dostać w zęby. Wróciłem na peron, gdzie czekałem na ten pociąg co miał być o 22 a opóźnił się o godzinę. Miałem dość. PKP zawaliła na całej linii. Organizator też się nie popisał nie zapewniając transportu do większego miasta okolicznego (poza Jaworznem co nic nie dawało). Może za rok będzie lepiej? Trzeba wpisać to do nich na forum by się zastanowili nad tym.

Przed północą byłem już na miejscu. W „Gościńcu” na dole łupała dyska. Przez okno na korytarz wpadało światło z bladej żarówki. Ciepłota zabijała wszelkie przejawy aktywności i nie chciało mi się nawet odpalać laptopa. Położyłem się tylko, przykryłem prześcieradłem i odpadłem. Czarna dziura snu zamknęła się nade mną i wypuściła dopiero nad ranem.

Brutal Assault 2012 – part 3

 Relacja  Możliwość komentowania Brutal Assault 2012 – part 3 została wyłączona
Wrz 212012
 

Pozostał ostatni dzień batalii na Brutalu. Dziś zagrają ostatnie gwiazdy i już jutro czas zbierać się do domu. Jednak to nadal jeszcze jeden dzień, który przyniósł naprawdę sporo wrażeń. Zaczęło się skromnie bo od mleka, które kupiliśmy a które okazało się kefirem. Mleko, które wcześniej kupiliśmy, zmroziła nasza lodówka na kamień. Jednakże śniadanko przy takich zasobach, jakie mieliśmy było ucztą. Co prawda arbuz zamienił się w lodową bryłę, reszta jedzonka przetrwała lodowy atak lodówki i można było dokończyć paprykowe kiełbaski, parówki z serem czy serek i dżemik. Nawet przemykający Terror coś mało się odzywał i nie był już taki ochoczy do rozmów. Niemiecka para oczywiście wcześnie z rana zwinęła się i umknęła. Wyglądali na niewyspanych ale to niemożliwe, gdyż od 2 w nocy już była cisza i można było przespać całe 7 godzin. Na nas też przyszedł czas bo na dziś zaplanowaliśmy spacer do lasu. A tam…

Continue reading »

Wrz 062012
 

Ranek był zimny i wilgotny. Wizyta w kolonialu zaowocowała bułami, majką (pasztet) i dżemikiem. Akurat na rozruchowe śniadanie, które ma dać siły na początek brutalowego dnia. Potem wizyta w Dvur Kralowe po zapasy na resztę dni i szykowanie się na pierwszy koncert – Arkonę. Zakupiliśmy całą lodówę żarcia łącznie z jedenastokilowym arbuzem. Do tego piwo, kofola i kilka niezbędników życiowych w postaci pomidorów, chleba, parówek i kawy oraz mleka. Obróciliśmy sprawnie i ruszyliśmy na festiwal. Ludzi była już masa – tłok zrobił się już na drodze dochodzącej do scen a pod samymi scenami był już solidny. Arkona tego dnia dała radę i nie zawiodła. Babka w kożuchu i jej „Sława bratia!” zjednało sobie publikę. Skoczne, słowiańskie rytmy zmuszały do podrygiwania a niektórych wręcz kręciły do tańca. Piwo wchodziło jak woda, słoneczko świeciło w oczy a gwar wielonarodowych rozmów atakował z każdej strony. Nie oszukujmy się – polski dominował – choć słowo „kurwa” brzmi tak samo w większości słowiańskich języków. Po Rosjanach zostaliśmy na „General Surgery”. Chłopaki w lekarskich kitlach zachlapanych krwią uderzali w growl a nawet w lekką świńską muzę i zabawili wszystkich zebranych. „Daaaa da da, ta da da daaaaaaaaaaaaaaaaaaa!” świńska muza dla każdego.

Dłuższą chwilę po lekarzach zamieniliśmy na wizytę w Hospudce na obiedzie niedaleko Pensionu. Miejsce znalezione ostatnim razem (2 lata temu) znów ujęło nas smakiem, ceną i jakością wykonania. Znów byli z nami starzy znajomi w postaci forfitera, psa-pedała, węża, dinozaura z długą szyją i jego kompana – dinozaura na czterech łapach i krowią czaszką na ścianie. O żarciu lepiej nie będę się wypowiadać bo ślinka cieknie na samą myśl, a formę trzeba zachować. Ach ten kapuśniak… Nie, nie, nie. Nie będę o tym pisać. Wracajmy na festiwal. Continue reading »

Wrz 042012
 

„Z pekla stesti”

Sierpień to miesiąc, którego początek jest zaznaczony na czerwono w kalendarzu każdego szanującego się czarnucha. To czas, gdzie najbardziej brutalne i najczarniejsze odmiany metalu znajdują swoje ujście w czeskiej mieścinie zwanej Jaromer, niedaleko polskiej granicy (przejście graniczne w Nachodzie). To czas, gdzie norweskie czarne zaśpiewy mieszają się z amerykańskim hardcorem i niemieckim trash i speed metalem a mroczne lica co poniektórych kapel zabarwiają się w wojenne barwy czerni i bieli.

Mowa oczywiście o Brutal Assault, którego u Nas na blogu nie trzeba zbytnio przedstawiać. Tegoroczna edycja zapowiadała same smaczki, które nie mogły zostawić Nas (ze Zbyszkiem) obojętnym. Dlatego też zebraliśmy się, skompletowaliśmy ekipę i ruszyliśmy niestrudzonym Wilkiem na południe. Czekali tam na nas Skandynawowie w mocnym składzie na czele z Immortal, Dimmu Borgir oraz Amon Amarth. Obok nich silna ekipa z Ameryki dumnie prezentowała hardcorową odmianę metalu, którą dostarczać miał Agnostic Front, Sick Of It All, Hatebreed czy chaotyczny Converge. Reszta starego kontynentu nie była wcale gorsza i dumnie wystawiła Continue reading »

Sie 132012
 

Tegoroczna edycja obyła się bez specjalnych problemów związanych z pogodą czy organizacją. Na szczęście nie powtórzyło się zeszłoroczne odwoływanie koncertów czy innych dziwnych jazd związanych z biletami. Udało się przeprowadzić wszystko co trzeba i z powodzeniem zaliczyć do udanych kolejną odsłonę gotyckiej imprezy. Choć pogoda nie rozpieszczała, to zebrały się tłumy chcące zobaczyć gwiazdy, które ściągnęły do Bolkowa.

To, co mnie przyciągnęło, to oczywiście Combichrist oraz Hocico. Ciekaw byłem Deathcamp Project i At the Lake oraz nieodżałowanego Artuada w nowej odsłonie w postaci Merciful Nuns. Zespoły i muzyka to jedno, ale dodatkowym magnesem, jak zawsze z resztą, była magia miejsca oraz klimat uwięziony w uliczkach Bolkowa. Dla tego wszystkiego gotów byłem jechać pociągiem prawie osiem godzin, potem tłuc się jeszcze PKS-em kolejne 2 godziny by wreszcie ze szklanymi oczami stanąć na przystanku i zobaczyć wieżę bolkowskiego ratusza. Czy było warto? Zawsze…

Nocleg u pani Janiny to już niemal castlowa tradycja. Szybkie przebranie się, umycie oraz zjedzenie kilku pomidorów otworzyło drogę do zamku. Na rynku zebrały się już tłumy, które po piątkowych koncertach oraz imprezach w klubach, niemrawo przechadzały się pomiędzy ławkami. Część z nich zasiadła wokół fontanny a jeszcze inni uderzyli do Rekina by zacząć sobotę od czegoś mokrego i z procentami. Nabycie biletów nie sprawiło problemu. Oczywiście zakup karnetu na trzy dni znów był bardziej opłacalny niż pojedyncze bilety na sobotę i niedzielę. Choć to nadal wydatek rzędu 250 zeta to chyba warto wspomóc organizatorów. Niestety plastikowa opaska z napisem to Continue reading »

Cze 062012
 

Pogoda początkowo dobra szybko zmieniła się w pluchę. Padało gorzej niż pierwszego dnia i można było przemoknąć parę razy. W tym dniu miałem zdążyć na Brainstorm, ale słyszałem ich tylko z oddali bo mój telefon postanowił, że w dniu dzisiejszym pojedzie do Krakowa. Chwilę trwało zanim dobra dusza pomogła mi zdalnie i mogłem po dwóch godzinach odebrać telefon ze stacji Jaworzno. Taka przerwa odbiła się tym, że straciłem zobaczenie Brainstormu, części Death Angela i In Extremo. Część to nie wszystko, a to, co zobaczyłem, było bardzo dobre. Death Angel jak solidna lokomotywa miarowo i solidnie przecinała powietrze strunami gitar. Miłe dla ucha metalowe granie było efektem świetnej pracy perki i gitar. To akurat chłopaki ze Stanów opanowali do perfekcji a szlifowali to ponad dwadzieścia lat. Pochwalili też polską publikę za walkę pod sceną. Powiedzieli, że w dwóch poprzednich miastach gdzie grali ludzie niemal spali a oni czuli się jakby byli w kinie. Dopiero ogień i szał doświadczyli tutaj i dla naszych zagrali „Kill as one”.

In Extremo to radosna twórczość metalowo-folkowa z Niemiec. Widziałem ich na Cover Festiwalu w Płocku i zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie. Na luzie, radośnie, bez tremy i skocznie – to cały In Extremo. „Do you like beer?” padło pytanie retoryczne w stronę moshujących braci czarnych. Odpowiedział ryk setek gardeł zwilżanych Tyskim – sponsorem piwnym metalfestu. Kobza, flet, harfa i inne wynalazki były w użyciu i to właśnie dzięki nim Volmond brzmi tak, jak brzmi. Tego nieśmiertelnego kawałka nie da się zagrać inaczej.

Continue reading »

Cze 052012
 

Teraz już wiem, dlaczego pokój był w tak niskiej cenie. Spanie nad klubem czynnym 24 godziny gdzie non stop leci jakaś sieka jest koszmarem. Słabo zasypiam przy hałasach więc zasnąłem dopiero nad ranem. A ranem regeneracja prysznicem, jajecznica i w zasadzie człowiek może funkcjonować. Potem krótkie przejście przez miasto i znów kolejką do Szczakowa i piechotką na festiwal.

Droga sprawdzona zatem jeśli następne edycje Metalfestu miałyby wylądować tutaj na stałe to jest to rozwiązanie sprawdzone dla tych, którzy są wygodniccy (jak ja) i nie chcą brać pola wymiotowego. Kolejka i przejście się są w sam raz na rozgrzewkę (zarówno po południu jak i w nocy). Przespać się można w Katowicach lub Mysłowicach i spokojnie dojechać. Połączenia są dobre, bo za dnia do Jaworzna pociągi kursują średnio co godzina a ostatni z Jaworzna jest w rozsądnej godzinie i nie zawala on całego koncertu ostatniej z grup.

Tego dnia postanowiłem przetestować szybkość trasy bo chciałem zdążyć na Grand Magusa. Miałem 20 minut do rozpoczęcia, gdy wyszedłem z pociągu. Ruszyłem z buta i po niecałych pół godzinie już byłem pod sceną. Chłopaki już jechali w najlepsze, ale zdążyłem na większą część ich występu. Wyszło tak, jak na płytach i dobrze. „Walhalla rising” czy „Hammer of the North” nie zawiodły. Z takimi brodami nie można grać źle nordyckich kawałków. Zacięcie do gry mają, kontakt z publiką też (nauka „Na zdrowie” zamiast norweskiego „Skol”) i skoczne heavy metalowe kawałki. Miłe do posłuchania i pomachania rękami. Continue reading »