Maj 182014
 

Od zmiany siedziby przez Progresję nie miałem okazji by tam być. Sploty wydarzeń od końca zeszłego roku aż do wiosny spowodowały, nie dane mi było podziwiać nowej siedziby przy Forcie Wola ani cieszyć się muzyką tak, jak bym chciał. Dlatego okazja do bycia po raz pierwszy w nowej Progresji i usłyszenia po raz kolejny dobrej kapeli nadarzyła się właśnie w kwietniu. I to nie była byle jaka okazja tylko wizytacja wikingów z Amon Amarth w Warszawie. Lepszej okazji do rozpoczęcia sezonu muzycznego w Progresji nie mogłem sobie wybrać.

Moje pierwsze wrażenie z wizyty to zadowolenie. Bo nie zmieniło się wiele – sala ze sceną, bar w sali, merche po bokach i bramka. Jednak zmieniła się jakość i rozmiar. Sala jest większa i już sobie wyobrażam, że część koncertów, które zwyczajowo odbywają się w stodole z powodzeniem może być w Progesji bo jest większa. Może mi się tak wydawać, ale na moje oko sala jest większa i scena również. W barze wreszcie na stałe czeskie piwa a merche mają swój kącik. Wejście przez bramkę jest, ale trzeba przejść przez schody, ominąć stolik i dopiero dostać się na teren bezpośrednio przed salą. Na dole jest drugi bar i zabawa nawet w czasie, gdy nikt nie gra. Fajnie urządzone, z pomysłem i mam nadzieję, że na dłużej. Prezes może być dumny ze swojego dzieła i jak zawsze ma u mnie ogromny szacunek za to, co robi i do czego doszedł. Nie znam go osobiście, ale często mijałem się w klubie, widziałem na festiwalach i koncertach. I on mnie nie zna, podobnie jak tysięcy ludzi, którzy zjawiają się w jego klubie. Ale szacunek mu się należy i basta.

A wracając do koncertu to zaczął się on dla mnie od Hypnosa. Na Polski support nie zdążyłem, a Czesi dawali nieźle czadu. Klasyczna trashowo punkowa rąbanka z czeskimi wstawkami niemal jak za czasów Krabatora. Mówił po polsku i czesku co zawsze i niezmiennie wzbudza w Polakach wesołość. I tak pobawiliśmy się do występu Szwedów. A jak tylko ich drakar przybił do Progresji to nikt nie brał jeńców.

Ponieważ to trasa promująca ich najnowszą płytkę – „Deceiver of the Gods” – to nie mogło zabraknąć kawałków właśnie z tego albumu. Zabrzmiało „Father of the Wolf” oraz tytułowy „Deceicer of the Gods”. I potem to już czysty Amon w metalowych rytmach rodem z dalekiej północy. Publika szalała i śpiewała zachęcana przez Johana, który niezmiennie na każdym koncercie powtarza, że to pieprzony death metal i nie trzeba znać słów by móc śpiewać. Hity jak „Destroyer of the Uniwerse” czy „Warriors of the North” a na zakończenie „The Pursuit of Vikings” trzęsły posadami klubu (tak jak olbrzymi młot Thora w rękach Johana). Naprawdę dobrze zagrany koncert i Szwedzi mogą być z niego zadowoleni. W moim odczuciu był on gorszy niż rok temu na Brutalu, ale wiadomo, że to inna sceneria, inna publika i inne przyjęcie. Jednak koncert był naprawdę dobrym i ciekawym przeżyciem. Oby takich więcej i oby w Progresji.