Wrz 252014
 

Ar! Ar!

Nie będzie dziś dużo pisania bo i nie ma za bardzo nad czym. Piraci przypłynęli, wypili nasze piwo, zatopili przy okazji kilku Norwegów a niedo(p)bitki przeciągnęli pod kilem i tyle. Dzielnie wtórowali im chłopaki z Brainstrom, którzy pokazali całą moc jaką mieli. Na festiwalach pokazują się z dobrej strony, ale to mała scena i klub jest ich mocną stroną. Na żadnym MORze nie prezentowali się tak dobrze jak wczoraj w Proximie. I chwała im za to. Super kontakt z publiką, nakręcanie młynów i chwytliwe kawałki. Czego chcieć więcej.

Kilka zapamiętanych żartów wokalisty Brainstorm:

– oczywiście szczere powiedzenie o kawałku, który ma być zaśpiewany by potem wszyscy chórem powiedzieli, że to jego chcą usłyszeć. Oczywiście byli szczerze zdziwieni i zadowoleni :)

– zejście do publiki i odśpiewanie jednego kawałka z tłumem ludzi – naprawdę jest moc

– „I am your father!!!!!!!”

– udawanie dziewczęcego głosu udającego ekscytację

Naprawdę było to urzekające.

Co do Alestormu to całość jak zawsze zabawna, skoczna i dynamiczna. Liczne ściany śmierci tylko potęgowały zamieszanie pod sceną, gdzie ciągle się coś kotłowało. Na końcu część zespołu z wokalistą na czele skoczyła na ręce i była unoszona kilka minut jak na falach oceanu. Nie tylko publika się bawiła ale i sam zespół. Żarciki z najniższego Daniego to już kanon żartów ale zawsze śmieszy. Miny jakie strzela Chris podczas śpiewania i grania na swoich odpustowych organkach są nie do powtórzenia czy opisania – to trzeba zobaczyć.

So come take a drink and drown your sorrows
And all of our fears will be gone till tomorrow
We’ll have no regrets and live for the day
In Nancy’s Harbour Cafe

Sie 262014
 

Czechy to takie miejsce na muzycznej scenie metalowej, które musi być odwiedzone przynajmniej raz w życiu przez szanującego się miłośnika tego rodzaju muzy. Od dobrych kilkunastu lat można tu przyjechać na Brutal Assault by nacieszyć ucho ostrzejszymi odmianami metalu. Podobną tradycję ma Masters Of Rock dla lubiących rockowe klimaty podlane metalowym sosem. Jest też Obscene Extreme dla fanów świńskiego rzężenia oraz objazdowy Metalfest goszczący gwiazdy metalu i hard rocka. Przy takim bogactwie imprez kolejna wydaje się niepotrzebna a jej ewentualne pojawienie się byłoby mocno niepewne. A jednak się udało. Made Of Metal (czyli MOM) pojawiło się, odbyło i można powiedzieć, że zakończyło się sukcesem.

Byłem ogromnie ciekaw, jak to wszystko wyjdzie. W przeciągu kilku lat zdarzało się, że ktoś organizował takie coś i nic z tego nie wyszło. Pal licho pieniądze, ale jechać taki kawał drogi tylko po to by zobaczyć kawałek pola to nie jest nic przyjemnego. Początkowo w sieci informacje na temat MOMa nie były bogate. Właśnie kawałek pola ze zdjęciem i namiarami GPS, plakat z niezłym lineupem, szeroko zakrojona sprzedaż biletów przez własną stronę – dawało to namiastkę realności, ale niepewność została. Im bliżej terminu festiwalu tym więcej rzeczy zaczęło układać się w całkiem przyzwoitą całość. Skończyło się dobrze i wszelkie obawy na miejscu rozwiał ogromy plakat Made Of Metal przed wjazdem na festiwalowe błonia.

Na początek kilka informacji podstawowych. Festiwal odbył się w Hodoninie, które leży jeszcze około 60 km od Zlina na południe, niemal przy granicy ze Słowacją. Trzydniową imprezę odwiedziło ponad 40 kapel obsłużonych przez dwie sceny w profesjonalnej oprawie. Miejsce festiwalowe to łąki, pola oraz jakieś magazyny, które przypominały pegeerowskie garaże dla traktorów. Wejście na miejsce nie było specjalnie drogie bo od 1000 do 1500 koron, co jak na taki skład zespołów jest ceną bardzo dobrą. Piwo na miejscu kosztowało od 25 do 35 koron czyli festiwalowy standard. Koszulki imprezowe za 250 koron to też standard.

Made of Metal muszę zacząć od końca czyli od organizacji a muzykę zostawię sobie na deser. W końcu jest ona zawsze taka sama a przygotowanie takiej imprezy już niekoniecznie. A zacznę od plusów. Od razu zaznaczę, że plusy są bardzo ogólne i w zasadzie nie ma już tu miejsca na minusy. Jedyne minusy to kilka szczegółów, które również wymienię. Ogólne wrażenie było bardzo, bardzo pozytywne. I czasami człowieka tylko zazdrość brała, że Czesi potrafią coś takiego zorganizować a my, Polacy, już niekoniecznie. I mówię tu o festiwalu metalowym jako takim, bo takich w Polsce nie ma. Jarocin czy Woodstock się nie liczą bo to masówka popowo-rockowa przeplatana niu rockiem i odgrzewanymi kawałkami z czasów wielkości polskiego rocka. Brak jest metalu a imprezy w stylu Hunterfestu czy Metalfestu że o Metalmanii nie wspomnę odeszły w przeszłość już chyba bezpowrotnie. Dlatego pierwszy plus MOM zdobywa za odwagę – że powstał mając takich świetnych krajowych konkurentów. Drugi plus to organizacja imprezy – zadbano o miejsce dla ludzi i zespołów, gastronomię oraz pole namiotowe. Duży szacunek należy się za autobus linii 666, który kursował pomiędzy miastem a festiwalem niemal co 20 minut od południa do wczesnych godzin rannych. Jeśli ktoś miał hotel w mieście to nie musiał się obawiać, że nie dostanie się, ze na taksę go nie stać czy spóźni się na ostatni autobus liniowy. Tego brakowało chociażby w Jaworznie i do dziś tego nie zapomnę, że od PKP trzeba było drałować jeszcze 4 czy 5 kilosów szosą przez las. W glanach. I słońcu.

Trzeci plus to lineup i sama koncepcja festiwalu. Bowiem wreszcie jest miejsce dla melodyjnego metalu, power metalu, female fronted metalu i folk metalu. Nie trzeba chodzić na kilka jednodniowych imprez dedykowanych właśnie takim gatunkom tylko wybrać się raz a porządnie na MOMa. Gwiazdy tego festiwalu bywają na innych tego typu imprezach i dobrze się mają, ale tutaj błyszczały naprawdę jasno. Organizatorzy postarali się i ściągnęli naprawdę niezły skład zespołów. Bo obok Luki Turillego była Sirenia, był Haggard, Therion, Ensiferum, Alestorm oraz Desdemona, Pathfinder i Orden Ogan. To zwykle drugi skład na MoRze czy Wacken ale naprawdę solidny i godny posłuchania. Jeśli dla kogoś te pozytywy wystarczają to śmiało może uderzać w przyszłym roku na kolejną edycję festiwalu. Jeśli zaś ktoś jest dociekliwy, to niech czyta dalej by dowiedzieć się, gdzie zgrzytało.

A zgrzytało w paru miejscach. Jednak jak na to patrzę teraz to widzę, że brało się to z racji braku dotarcia kilku elementów. Jak zawsze przy czymś nowym jest miejsce na niedociągnięcia bo zwyczajnie nie przewidzi się wszystkiego i nie da się zapanować nad wszystkim. Skoro pierwszym plusem było samo zaistnienie, to jako minus w tym niewątpliwie pozytywie będzie brak odpowiedniej reklamy. MOM słabo się reklamował. Poza oficjalną stroną niewiele się działo a i na niej było pusto. Facebookowa odsłona była uboga a informacja na portalach muzycznych niemal żadna. Gdy przyjechałem do Hodonina, to nie widziałem żadnego plakatu, nawet skrawka kartki. Dopiero drugiego dnia, na słupie ogłoszeniowym przy Kauflandzie, zobaczyłem plakat. Jeśli MOM miałby być czymś więcej to dobrze by było gdyby miasto jakoś się w to włączyło. A tak nie wiem nawet, czy mieszkańcy wiedzieli o tym, co dzieje się parę kilometrów od nich. Jedynie po czarnych chodzących po ulicy mogli podejrzewać, że coś się dzieje. Możliwe, że to celowe działanie. Gdyby festiwal nie wyszedł, to nic się nie dzieje. Jeśli by wszystko wypaliło, to następnym razem będzie tylko lepiej. Oby.

Kolejnym organizacyjnym minusem był dobór stoisk z żarciem i piciem. To raczej minusik i to z mojej strony, ale odczuwałem go bardzo, szczególnie w zimne noce. Do piwa nie mogę się przyczepić. Było do dużo, było go wszędzie i, co najważniejsze, w kilku gatunkach, co jest niespotykane. Brakowało za to… herbaty. Gdyby nie jedna Słowaczka ze swoim samochodem-orkiestrą to byłoby słabo. Trzeciego dnia widziałem gdzieś jeszcze gorącą herbatę, ale mogłem się przewidzieć. Wieczorami i nocami było już chłodno i ciepła herbata byłaby na miejscu. A nie było jej w takiej ilości by wystarczyło dla wszystkich. To jest do poprawy na przyszłość tym bardziej, że piwa nie zabrakło J Aha, nie było tyrdla. Skandal. Za to obecny był langosz, bramborak oraz wszelkiej maści burgery a nawet pizza. To była kwestia jednej budki na każdy rodzaj żarcia, ale chyba wystarczyło dla wszystkich. Tutaj dało się wyczuć, że organizatorzy panowali nad liczbą ludzi na festiwalu. Wiedziano ile biletów sprzedano i pod tym względem dostosowano wiele rzeczy. Liczba tojek czy żarcia była akurat. Kolejki były, ale szybko się rozładowywały. Do tojek zaś nie trzeba było czekać. Mydło do wykorzystania bez wody czekało na zewnątrz, w środku zaś lusterko, woda i całkiem znośne zapachy. Znów zadziałało prawo ilości – mniej ludzi na festiwalu to i warunki sanitarne lepsze. Nie wiem, jak było na wymiotowym, ale ludzie nie narzekali więc chyba było jak wszędzie.

Jeśli jeszcze jestem przy organizacji to jeden minus trzeba przyznać dla ochrony. To taki problematyczny minus bo w zasadzie wykonywali swoją robotę. Szkoda tylko, że bez specjalnej wyobraźni. Pierwszy zgrzyt był przy parasolu. Padało tego dnia i lepiej stać pod parasolem niż w pelerynie. Jednak ochroniarz nie wpuścił mnie na teren festiwalu. Bo takim parasolem można zabić przecież (parasol w wersji krótkiej, bez szpikulca czy coś takiego). Drugi zgrzyt był już na koncercie. W momencie, gdy wokalista „Atrocity” zaprosił na scenę dwie dziewczyny by zatańczyły razem z nim, ochrona nie chciała ich wpuścić. I nawet interwencja Alexandra na nic się zdała. Dopiero pojawienie się szefa ochrony zmieniło ten stan rzeczy. Ja rozumiem, że bezpieczeństwo to podstawa, ale przy takich festiwalach powinna być jakaś większa tolerancja. Tym bardziej, że ludzie wchodzili z ćwiekowanymi pasami czy butami, które więcej narobią krzywdy niż parasolka. Ale ochrona okazała się stalowa do końca – na bramce sprawdzali dokładnie, patrolowali teren i czujnie patrzyli na wszystko, co dzieje się wokół.

Jeszcze jeden zgrzyt. Tym razem tradycji stało się zadość i musiało trafić na dźwiękowców. Mała scena, gdzie grała alternatywa, była super – nagłośnienie czy światła śmigały. Duża miała problemy z dźwiękiem. Czasami było wszystko tak rozbujane, że trzeba było zatykać uszy. Zwykle się mówi, że nie ważne jak, byleby napierdalać. To nie jest tak i podkręcona głośność bardziej szkodzi odbiorowi niż pomaga. I tak się zdarzało, szczególnie za dnia. W nocnych koncertach, a szczególnie gwiazdach, już było lepiej. Nie wiem tylko czy to uszy się przyzwyczaiły, czy faktycznie zmieniono ustawienia. Odbiór był już lepszy. Inna sprawa, że obie sceny mają zupełnie inne otoczenie, które może wpływać na rozchodzenie się dźwięku. Duża scena była ustawiona pomiędzy blaszanymi pawilonami i tworzy się tunel, który może wywoływać dudnienie lub pogłos oraz wzmacniać dźwięki. Mała scena miała otwartą strukturę i wychodziła głośnikami „na pole” więc dźwięk miał gdzie uciekać i całkiem miło się słuchało nawet największego napierdalania. Widocznie już taka praca dźwiękowca, że zawsze dostaje po tyłku J

To teraz już przejdźmy do muzyki. Made of Metal miał podtytuł „melodic festiwal” zatem wszystko co prezentował na głównej scenie to pochodnie wszelkiej maści melodyjnego metalu, symfonicznego, gotyckiego czy power metalu lub folk metalu. Na małej scenie już było trochę ostrzej i różnorodniej – od trashu po speed i black choć grindu nie słyszałem. Było to zatem wydarzenie nie lada, szczególnie że dobór zespołów był bardzo dobry. Pierwszego dnia gwiazdą był teoretycznie właściwy odłam Rhapsody. Dowodzony przez Lukę Turillego stanowił naturalną odskocznię do Rhapsody of Fire. Byłem ciekaw jak wypadnie bo RoF jest super i przebić go byłoby trudno. Poza nimi wystąpili Edenbridge z niezłym żeńskim wokalem, przebojowi jak zawsze Atrocity, węgierscy wojownicy z Wisdom, piraci z Alestorm i późno w nocy zjawiskowa Sirenia. Na małej scenie przewijało się mieszane towarzystwo z czego zapamiętałem czeski „Cast of Mind”, folkowy Cruadalach oraz dziadka Roota. Te zespoły potrafią pokazać na co ich stać i nie było inaczej tym razem. Duża różnorodność pokazała siłę takiego festiwalu bo człowiek nie miał czasu zanudzić się przy jednym stylu. Oczywiście największe oczekiwania były w stosunku do Rhapsody i muszę przyznać, że wyszli słabo. Spodziewałem się poweru, emerald sword i ognia. Tymczasem było pełno patosu z filmików z youtuba wyświetlanych na telebimach, dużo gadania o „true and Orly Rhapsody” i temu podobne klimaty. Dużo osób przyszło właśnie dla nich i pewnie dobrze się bawili, ale dla mnie pozostał pewien niesmak. Na ostatniej tego dnia Sirenii mogłem odpocząć i skupić się na muzyce, którą znam i lubię.

Drugi dzień był trochę lżejszy, ale deszczowy. Jednak pod względem muzycznym dużo ważniejszy bo zagrać miał Haggard. Poza nim grał polski Pathfinder, Orden Ogan, babki z Crucified Barbara, gotycki Stream of Passion oraz druga odnoga Atrocity czyli Leaves Eyes z eteryczną Liv. Na małej niezłym kontaktem z publiką błysnęli … Polacy z Titanium oraz srodzy Rosjanie z Welicoruss. Wszystko słuchało się bardzo dobrze. A sam Haggard to mistrz nad mistrze – kto nie słuchał ten koniecznie musi to nadrobić. Najweselej wyszedł koncert Leaves Eyes bo występował tam Alexander z kilkoma gościami od siebie z zespołu, którzy zamiatali grzywami jak trzeba. W zestawieniu do drobniutkiej Liv wyglądali jak niedźwiedzie. Gość z Atrocity to też niezły showmen i nakręcał publikę co i rusz. Tego dnia wieczorem niezbędna okazała się herbata bo po deszczu było zimno. Wiele osób odpuściło ale wytrwałem twardo na posterunku. Warto było bo wieczorne koncerty były super.

Ostatni dzień to już w zasadzie podsumowanie ale i dwie największe gwiazdy – Therion oraz Ensiferum. W zasadzie poza nimi to niewiele innych kapel się liczyło. Bardzo przyzwoicie oraz wizualnie zaprezentował się Amaranthe – z trzema wokalistami w tym z piękną Elize. Nieźle też brzmiał Dark Moor choć do Wisdom się nie umywał. Na małej zaś była polska Desdemona, ostrzy Irlandczycy z Dead Label oraz zupełnie zakręceni Hiszpanie z Far`n`Hate. Gość był tak nakręcony że wbiegał pod scenę gdzie trochę zakręcił włosami, odśpiewał kilka fraz i zaczął wspinać się na stelaż sceny. A na głównej przybił drakkar z wikingami i Enisferum zaczęło niszczyć wszystko i wszystkich. Takiego kopa nie czułem już dawno. Szybko zagrane kawałki, melodie z dalekiej północy i ostre riffy. Do tego światła, nagie torsy grajków i walkiria za konsolą. To była idealna przeciwwaga do grającego po nich Theriona, który zrobił to, co zawsze. Od pierwszych taktów „Rise of Sodom” po „Megatherion” była moc na scenie. Ostro zagrane kawałki miażdżyły a sam zespół jakby zapomniał, że wydał francuskojęzyczną płytę.

Przy okazji zespołów o jeszcze jednym zgrzycie muszę wspomnieć. Ustawienia zespołów były takie, że pod koniec były nawet 50 minutowe dziury. Przy niesprzyjającej aurze i zimnie, czekanie tyle czasu na kolejny zespół, rozprasza całą energię zebraną do tej pory. Dobrze, że było gdzie przeczekać, ale i tak to za długo. Tak było z Therionem, na którego trzeba było czekać bardzo długo. To samo wcześniej z Haggardem i Rhapsody. Wyglądało jakby ramówka zespołów – szczególnie na małej scenie – coraz bardziej się rozjeżdżała i zostawiała coraz większe luki. To jest do naprawy więc nie jest to nic poważnego.

I tyle jeśli chodzi o Made Of Metal. Festiwal się skończył i okazał się bardzo udanym przedsięwzięciem. Teraz tylko czekać na przyszły rok, czy pojawi się po raz kolejny i potwierdzi swoją obecność na muzycznej mapie. A jak będzie trzeci raz to pewnie wejdzie na stałe do zbiorku miejsc, które trzeba koniecznie odwiedzić w każdy sierpień. Oby tak było i zapał organizatorów nie osłabł. Obecnie na stronie fejsbukowej kolejne zespoły i obserwatorzy wrzucają info o festiwalu i o tym, jak się dobrze bawili. I nie kłamią. Zabawa była przednia. Muzy jeszcze więcej a do tego wszystko w przyjaznej atmosferze. Dla wszystkich był przygotowany nawet specjalnie ważne piwo z okolicznego browaru o nazwie „MOM`s Beer”. Wszelkie konotacje tej nazwy są wskazane i całkiem trafne. Festiwal przeżyłem choć było dużo muzyki i spędziłem na nim bardzo dużo czasu. Nie otępiał monotonią, nie zagłuszał ścianami dźwięku i nie męczył krzykami. Na miejscu było najwięcej Czechów i Austriaków. Sporo było Węgrów i Słowaków a Polaków wyjątkowo mało. Podejrzewam, że za rok będzie już nas dużo więcej. Czesi będą kolejny festiwal narzekać, że wszędzie pełno Polaków :) Ale niech nikt się nie zraża. Przyjechać trzeba, spróbować langosza i bawić się łagodniejszą stroną metalu.

 

Lip 122014
 

Metallica znana jest z tego, że potrafi zaskakiwać fanów i ma dla nich zawsze coś nowego w zanadrzu. Tym razem trasa koncertowa opierała się na formule „Request” czyli fani mogli głosować na piosenki, które chcieliby usłyszeć. Piękne, prawda? Wreszcie skończyły by się narzekania, że zespół przyjeżdża i gra zawsze to samo. Że już wszyscy znają setlistę koncertową na wylot i nie jest potrzebna po raz dziesiąty kolejna taka sama. Szczytne idee to jedno a rzeczywistość to drugie. Okazało się bowiem, że w głosowaniu wygrały piosenki, które wytarły setki festiwalowych głośników a każdy szanujący się fan Mety pozna je po trzech nutkach. Czy się głosowało czy nie, to i tak chłopaki zagrali to, co zawsze. I nie jest to kwestia Polski, ale każdego innego kraju. Zawsze w czołówce jest stała setlista koncertowa i tego najwyraźniej nic nie zmieni. Zastanawiałem się trochę nad tym i doszedłem do dwóch budujących wniosków oraz jednego natury refleksyjnej. Zacznę od tego drugiego – refleksja nad tym, że pewna prawda znana od lat potwierdza się z okrutną regularnością. Lubimy to, co już raz usłyszeliśmy. Lubimy podśpiewywać ze z zespołem i lubimy jak inni to lubią. To takie ludzkie, bo możemy się czymś dzielić. Dlatego nie ma miejsca na koncertach na kawałki, które są znane przez nielicznych. Jeśli ktoś ma ochotę na „Invisible Kid” to włącza w domu albumik z pięścią i słucha. Na koncercie będzie to nie do rozpoznania i nikt przy tym nie porwie 50 tysięcy luda. Metallica dobrze wiedziała, że pozorne szaleństwo czyli puszczenie na żywioł fanów i danie im nieograniczonego wyboru skończy się tak naprawdę na tym samym. Ale zawsze wtedy można powiedzieć – „przecież sami tego chcieliście”. Fanowska akcja „olej szlagiera wybierz fixera” nie przyniosła należytego odzewu i tylko Call of Ktulu przemyciło się do setlisty w Warszawie (mój i Zbycha sms załatwiły sprawę). Ludzie organizujący tą trasę wygrali z nawiązką bo nie dość, że zagrano to, co zwykle, to jeszcze zrobiono to na wyraźne życzenie fanów. Metallica wchodząc na scenę i zapowiadając wszystko wyraźnie podkreślała, że to jest nasz wybór. I trzeba się z nim zgodzić. Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu choć bym to wszystko inaczej zorganizował. Ale jestem na to za mały i jako zwykły fan biorę to, co dają.

Wracając do dwóch pozytywnych rzeczy odnośnie „Requesta” to popularność oraz nowi fani. Popularność jest bezdyskusyjna. Można mówić, że Meta skończyła się na „Kill Them All”, że to już stare dziadki albo że zawsze grają to samo. Można, ale i tak, niezmiennie od 20 lat, miejsca , gdzie są grane koncerty wypełniają się do ostatniego ludka. Zawsze jest to wielkie przeżycie dla fanów danego kraju a lokalne media opowiadają o tym w narodowych albo wojewódzkich mediach. To motor napędowy imprezy i tętniący energią wir. Jak spojrzałem wczoraj na zatkany Most Łazienkowski i rzeszę fanów szczelnie wypełniającą każdy centymetr jezdni to dobitnie uświadomiłem sobie, że Metallica jest w stanie zrobić z fanami wszystko. Potrafi zgromadzić ich w dowolnym miejscu na ziemi i dać im masę pozytywnej energii. Potrafi zmienić bieg życia miasta – jak na Euro a przecież to tylko koncert. Potrafi też obnażyć wszelkie słabości organizacyjne bo nikt, kto tego nie przeżył wcześniej nie jest w stanie uświadomić sobie, co potrafi 50 tysięczna tłuszcza fanów metalu. Popularność wynosi na szczyty to, co jest lubiane. A Meta jest lubiana za to, że na koncercie jest „Nothing Else Matters” i można drzeć ryja razem z innymi. Wszyscy czekają na „One” z pokazami ognia lub laserami. Zakończenie w postaci „Seek & Destroy” to niemal żelazna pozycja tysięcy koncertów i wszyscy wiedzą, co nastąpi po niej. To jest właśnie popularność.

Drugi budujący wniosek to nowi fani. Skoro można było głosować na co się chciało, to niektórzy tak robili. Bo nie byli na koncercie Metallicy i dużo słyszeli o tym, co się tam dzieje. Słuchają na co dzień najlepszych kawałków i takie też chcą usłyszeć. To, że „Master of Puppets” jest wysoko to nie tylko kwestia popularności wśród fanów ale również chęć usłyszenia tego przez tych, którzy na koncercie Amerykanów jeszcze nigdy nie byli. To prowadzi zaś do konkluzji, że Meta nie zamyka się w obrębie ludzi, którzy chcą ją słuchać i będą zawsze. Oni zdobywają kolejnych fanów i mimo ponad 30 lat grania na scenie ciągle nowi fani pojawiają się i chcą usłyszeć swoich idoli. Pamiętam swój pierwszy świadomy koncert Mety w Chorzowie i pamiętam, jak wszystko chłonąłem niczym gąbka. Nie liczyło się to, że to już wtedy były zgrane kawałki ale że grają, że słyszę to, co brząkało mi w słuchawkach i może to teraz zaśpiewać razem z nimi. Pamiętam to uczucie i rozumiem wszystkich tych, którzy je dzielą po dziś dzień. Co by nie wymyślić nowego, to w obecnej formule koncertowej NEM czy MoP będzie zawsze. Gdyby zmienić reguły „Request” tak, że Meta ogłasza, że zagra 12 kawałków jak zawsze ale na 5 innych można głosować oddzielnie, to już dałoby to znacznie lepsze rezultaty. Wtedy byłaby szansa usłyszenia „King Nothing”, „Until its sleeps”, „Thing That Should Not Be” czy „Anestesia” na żywo. Ale może za kilka lat tak będzie. Jak przy okazji trasy z Czarnym Albumem, gdzie zagrali z niego wszystko czyli również kawałki, których nigdy nie grano.

Tak nietypowo rozwinęła mi się ta relacja, ale chciałem trochę inaczej pokazać koncert niż zazwyczaj. W końcu ile można pisać o koncertach zespołu, na którym było się już piąty raz. Ile nowego można napisać i jak bardzo być odkrywczym. Na szczęście Meta dba by nie było nudno więc i moja relacja nie jest taka jak zwykle. Jednak jest w tym wszystkim jeden zgrzyt. Dlaczego wybrano datę koncertu tak by pokrywała się z Masters of Rock w Vizovicach? Wiele osób musiało wybrać a to nie były łatwe wybory. Szkoda, że tak się w tym roku złożyło i mam nadzieję, że to ostatni raz, gdy trzeba takich wyborów dokonywać. Nie wiem tylko, czy którakolwiek ze stron będzie zadowolona z tego, że nie była na konkurencyjnym koncercie, ale na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Pozostaje tylko muza i nią należy się cieszyć.

Wreszcie można powiedzieć, że Metallica trafiła na polskiej ziemi na Stadion z prawdziwego zdarzenia. Był oczywiście Chorzów, ale to co innego. Otwarty stadion to coraz bardziej przeżytek a wszystkie zachodnie koncerty pokazywane zazwyczaj były na halach i stadionach zadaszonych i nowoczesnych. Narodowy w niczym nie ustępuje i z tego, co widziałem, to ludzie byli pod wrażeniem. Przynajmniej na początku. Jeśli ktoś nie był do tej pory na tym obiekcie to mógł się nacieszyć jego wielkością i kilkoma rozwiązaniami. Ludziska robili zdjęcia, patrzyli na wszystko z zadowoleniem i strzelali foty gdzie i komu tylko się dało. Faktycznie miejsce było bardzo dobre i tylko pogratulować, że stolica ma coś takiego do zaoferowania. Całość zorganizowano tak, że na zewnątrz stadionu umieszczono jedzenie, picie i merche zaś na samym stadionie już została tylko muza. I tutaj kwestia jedzenia i picia. Bemowo wygrało pod jednym względem – piwa. Ja rozumiem, że podczas meczu nie ma piwa, że na koncercie Madonny nie ma piwa i że podczas zwiedzania przez liczne wycieczki też nie ma piwa. Ale jak przyjeżdża banda czarnuchów z całego kraju to piwo musi być! Okazało się, że owszem – Carlsberg dumnie stoi na niemal każdym kroku, ale co z tego jak bezalkoholowy. Można to jeszcze przeboleć, trudno. Ale że nie było o tym informacji nigdzie poza napisem drobnym druczkiem na namiocie i przy kasie, kiedy było widać, co pani leje do kubka z butelki. Ludzie ustawiali się w kolejce i czekali nie wiedząc, że stoją po oranżadę. I nie było nigdzie o tym informacji. Tego już wybaczyć nie można. Stare Bemowo : Nowy Stadion Narodowy 1:0. Z żarciem sprawa była prostsza, ale chyba nie przewidziano takiego naporu ludzi. I żeby na hamburgera trzeba było czekać ponad pół godziny? Na Bemowie było tego więcej i bardziej różnorodniej dlatego wynik wynosi już 2:0. Ale żeby nie było – Bemowo przegrywa pod względem samego obiektu. Na głowę nic nie pada, nie jest zimno w nocy i brak jest duchoty. To są cenne rzeczy, szczególnie że rok temu byłem już dwa razy mokry od skarpetek po majtki i nie można było się nigdzie schować. Dlatego wynik zmienia się na 2:1. Ostatnie porównanie już to oczywiście to, co w muzyce najważniejsze to nagłośnienie. Tutaj muszę przyznać była zacięta rywalizacja o to, kto ma gorsze. I mogę powiedzieć, że Narodowy wybronił się na karnych zatem wynik jest 2:2 ale nie ma się z czego cieszyć. Bemowo to pastwisko i dźwięk tam jest trudniej ułożyć. Narodowy to zamknięta przestrzeń i o to jest łatwiej ale jakość dźwięku jest trudniej utrzymać. I nie zawsze się to udawało na tym koncercie. Dlatego może teraz o istocie czyli o tym, jak się to muzycznie układało.

Pierwsza zaczęła „Chemia”. Nie słyszałem dobrze, bo akurat szliśmy Poniatówką ale i tak co nieco było słychać. Jak na rozgrzewkę to na pewno dobrze, choć więcej pożytku z tego dla zespołu niż dla fanów. Pokazanie się na takiej imprezie jest zawsze jakimś rodzajem nobilitacji więc skoro się tam dostali to znaczy, że coś chcą robić i działali w tym kierunku. Nie chcę się wymądrzać, że ich znam lub wiem dlaczego oni więc zostawię to dla tych, którzy to znają. Dla mnie, zwykłego zjadacza metalowego i to tego bardziej popularnego, jest to rodzaj promocji i oby wyszła ona z pożytkiem dla zespołu. Może kiedyś go usłyszę normalnie w klubie i wtedy pokażą, co potrafią. Przynajmniej dobrze się szło na stadion i na nim samym można było ogarnąć to, co jest dostępne czyli picie, żarcie i merche. Pisałem o tym wyżej, więc nie wspomnę już o tym. Jednak została sprawa merchy. Standard, i to wysoki, cen za gadżety został utrzymany. 100 zeta za koszulkę festiwalową to spora cena. Tym bardziej, że wzory nie powalały. Bardziej zatwardziali fani mogli kupić czapeczki z logo Sonisphere, talerze frisby z Metą albo czarne, dmuchane piłki Mety za 40 zeta. Chcący się wyróżnić mogli kupić koszulki z kogutem francuskim na klacie za … jedyną 100. Pozytywem było to, że stoisk z mechami było dużo i dostęp do nich był o niebo lepszy niż na Bemowie.

Wypiłem lemoniadę metalową (waliła kranówką ale smakowała) i ruszyłem na Kvelertaka z Norwegii. Na scenie pojawił się człowiek z sową na głowie i w zasadzie to tyle co mógłbym powiedzieć ciekawego. Metalowe granie co najmniej przeciętne i w dodatku zabite przez nagłośnienie. Jedna kakofonia dźwięków, gdzie nie było słychać perkusji ani basów. Na płycie, w dalszej części, zlewało się to wszystko w twór dźwiękopodobny w którym nawet słów nie można było rozróżnić. Pogłos był naprawdę nie do przebicia przez nasze uszy. Zebrało się nas już tam trochę ludzi ale nie wytrzymaliśmy do końca. Obchód merczy, picia i jedzenia niczego nie zmienił – nadal kolejki za „piwem” oraz za jedzeniem. Jak za PRL. Na szczęście potem przyszła zaraza … znaczy Anthrax.

Anthrax grzeje się w cieniu sławy Metallicy choć swój udział w trashowej legendzie ma i to niemały. Chyba jako jedyny gra to, co zawsze i fani to doceniają. Nie brak u nich naleciałości typowo nowojorskich, co było widać w postawie Beladonny albo wtedy, gdy założył na głowę czapkę baseballową i założył kaptur. Jako mierny fan zespołu rozpoznałem tylko „I am the law” oraz cover AC/DC w postaci „T.N.T.”. Myślałem, że może już chłopaki od nagłośnienia skalibrowali dźwięk, ale niestety nie. Tym razem podbili basy, ale dudnienie zostało podobnie jak odsłuch z mikrofonu. Szkoda, bo choć lata lecą to chłopaki (znaczy już niemal dziadki) nadal wymiatają. Płyta zaczynała się napełniać. Coraz więcej osób wchodziło, coraz dłuższa kolejka po opaski i coraz dłuższe kolejki po inne rzeczy. Głód zmusił do skuszenia się na burgera co przypłaciliśmy spóźnieniem na Alice in Chains, ale przynajmniej konkretną porcję mięsa się wciągnęło. Oczywiście można to było popchnąć piwem… gdyby było. Ale nic to, czas na grunge.

Alice in Chains poznałem dawno temu za czasów MTV gdy zobaczyłem „Roostera”. To była podaj najmocniej osadzona w metalowych klimatach kapela grungowa. Potem to się zmieniło za sprawą Soundgarden, ale początki były ewidentnie po stronie Alicji. To, co zagrali na koncercie to przegląd wojska dla fanów, którzy chcieliby usłyszeć to, z czego jest znany zespół. Nie zabrakło „Would?”, „Man in the box” i oczywiście „Roostera”. To wszystko w nowych aranżacjach (jakoś oryginalny Rooster mi bardziej podchodził) i solówkach (i tu było zacnie – fani solówek mogli się rozpłynąć). Zagrali wszystko zgodnie z planem i o czasie. Jednak i tak dało się wyczuć, że zbierające się zastępy ludzi w czarnych koszulkach przyszły tu dla kogoś innego. Szczególnie, że słyszało się wiele głosów z pytaniem „Kto to jest?” patrząc na Alice na scenie. Całość występu oczywiście okraszona nagłośnieniem, które znowu zaczęło walić w twarz. Gitarki wpadały w takie wibracje, że nie dało się tego miejscami słuchać. Alice jednak powinien zagrać w klubie, gdzie nagłośnienie jest lepsze i lepiej to słychać. Może w „Progresji”? :)

I tak, po 21, zaczęło się show, które było kulminacją wieczoru. A działo się wiele. Życzenia fanów spełniły się co do joty – znów było NEM, MoP, ES, CD, O i O (pod skrótami wiadomo co jest – jeśli ktoś nie wie, to znajdzie na necie wszystko co trzeba). Darcie ryja na całego, śpiewanie na całe gardło i szczęście, że można w takiej chwili zanurzyć się muzie. Na „One” nie było pirotechniki bo pewnie BHP stadionowe nie pozwalało, ale za to były lasery. I to nie tylko na scenie, ale jak się człowiek z płyty obrócił do tyłu to widział jak światła tworzą fajne wzory na trybunach. W zamkniętym pomieszczeniu niektóre okrzyki nabierały naprawdę dużej mocy. Wykrzyczane „Master!!!!” aż dudniło w uszach (i to nie przez nagłośnienie tylko ryk tysięcy fanów). Przed samym występem można było zagłosować na jedną z trzech piosenek – „Fuel”, „The Day That Never Comes” i „Call of Ktulu”. Eski poszły i oczywistym było, że Cthulhu wygra. Ach, co to było za wykonanie. Kto nie słyszał niech żałuje. Taka kompozycja marnuje się na zwykłym CD-ku i ma moc większą nawet niż Orion. Jak zespół skończył to James odetchnął, uśmiechnął się i przyznał, że to było coś. To miły akcent dowodzący, że jednak nie wszyscy chcą usłyszeć to, co popularne. 

 Dwa utwory zostały zapowiedziane przez oddanych fanów Metallicy – wokalisty z Alkoholicy (zespołu ze Śląska) oraz Piotra Kowieskiego – od lata fana zespołu jeżdżącego wszędzie tam, gdzie oni. A ten ostatni zapowiedział „Whiskey in the Jar” czyli polską premierę kawałka. I dobrze, że to się pojawiło, bo utwór poderwał wszystkich. Nowością było też zaprezentowanie nowego kawałka – „Lords od summer”. Dobre, trashowe wykonanie z szybkimi gitarkami i okraszone fajnymi riffami. Tylko czekać na nowy album. Na zupełny koniec wypadły na wszystkich czarne piłki Mety oraz trzy olbrzymie piłki plażowe. Oczywiście Polacy nie byliby sobą gdyby czarne piłki doczekały się podskakiwania nad głowami – momentalnie zniknęły zabrani przez ludzi. Duże przetrwały tylko dlatego, że nikt nie był na tyle pojemny by ją zabrać lub schować. Pazerność ludzka nie zna granic i wyszło teraz, że jak coś dają to brać i uciekać. A na kilku nagraniach w necie widać jak czarne piłki podskakują, ludzie się nimi przerzucają i jest zabawa. U nas, tylko duże piłki dostarczyły radości, bo czarne nie dotrwały.

Koncert udany i to bardzo. Kto nie był niech żałuje bo było zajebiście. Metallica po raz 10 pokazała, że jest zespołem, który nie bierze jeńców. Wszystko jest na swoim miejscu i rozpalony ogień od pierwszych fraz „Esctasy of Gold” aż po „Seek & Destroy” płonie ogniem nieugaszonym. I po raz kolejny trzeba brać na poważnie słowa Larsa, który mówi to zawsze, ale ostatnie lata pokazują, że jest to prawda, że „we`ll see you very fuckin soon!!!!”

„Calling, calling all that’s won
Lords of summer bring of sun
Coming, coming winter’s sure
Lords of summer have returned
Eternal falling has begun”

 

Maj 182014
 

Od zmiany siedziby przez Progresję nie miałem okazji by tam być. Sploty wydarzeń od końca zeszłego roku aż do wiosny spowodowały, nie dane mi było podziwiać nowej siedziby przy Forcie Wola ani cieszyć się muzyką tak, jak bym chciał. Dlatego okazja do bycia po raz pierwszy w nowej Progresji i usłyszenia po raz kolejny dobrej kapeli nadarzyła się właśnie w kwietniu. I to nie była byle jaka okazja tylko wizytacja wikingów z Amon Amarth w Warszawie. Lepszej okazji do rozpoczęcia sezonu muzycznego w Progresji nie mogłem sobie wybrać.

Moje pierwsze wrażenie z wizyty to zadowolenie. Bo nie zmieniło się wiele – sala ze sceną, bar w sali, merche po bokach i bramka. Jednak zmieniła się jakość i rozmiar. Sala jest większa i już sobie wyobrażam, że część koncertów, które zwyczajowo odbywają się w stodole z powodzeniem może być w Progesji bo jest większa. Może mi się tak wydawać, ale na moje oko sala jest większa i scena również. W barze wreszcie na stałe czeskie piwa a merche mają swój kącik. Wejście przez bramkę jest, ale trzeba przejść przez schody, ominąć stolik i dopiero dostać się na teren bezpośrednio przed salą. Na dole jest drugi bar i zabawa nawet w czasie, gdy nikt nie gra. Fajnie urządzone, z pomysłem i mam nadzieję, że na dłużej. Prezes może być dumny ze swojego dzieła i jak zawsze ma u mnie ogromny szacunek za to, co robi i do czego doszedł. Nie znam go osobiście, ale często mijałem się w klubie, widziałem na festiwalach i koncertach. I on mnie nie zna, podobnie jak tysięcy ludzi, którzy zjawiają się w jego klubie. Ale szacunek mu się należy i basta.

A wracając do koncertu to zaczął się on dla mnie od Hypnosa. Na Polski support nie zdążyłem, a Czesi dawali nieźle czadu. Klasyczna trashowo punkowa rąbanka z czeskimi wstawkami niemal jak za czasów Krabatora. Mówił po polsku i czesku co zawsze i niezmiennie wzbudza w Polakach wesołość. I tak pobawiliśmy się do występu Szwedów. A jak tylko ich drakar przybił do Progresji to nikt nie brał jeńców.

Ponieważ to trasa promująca ich najnowszą płytkę – „Deceiver of the Gods” – to nie mogło zabraknąć kawałków właśnie z tego albumu. Zabrzmiało „Father of the Wolf” oraz tytułowy „Deceicer of the Gods”. I potem to już czysty Amon w metalowych rytmach rodem z dalekiej północy. Publika szalała i śpiewała zachęcana przez Johana, który niezmiennie na każdym koncercie powtarza, że to pieprzony death metal i nie trzeba znać słów by móc śpiewać. Hity jak „Destroyer of the Uniwerse” czy „Warriors of the North” a na zakończenie „The Pursuit of Vikings” trzęsły posadami klubu (tak jak olbrzymi młot Thora w rękach Johana). Naprawdę dobrze zagrany koncert i Szwedzi mogą być z niego zadowoleni. W moim odczuciu był on gorszy niż rok temu na Brutalu, ale wiadomo, że to inna sceneria, inna publika i inne przyjęcie. Jednak koncert był naprawdę dobrym i ciekawym przeżyciem. Oby takich więcej i oby w Progresji.

Paź 262013
 

 

“The Preacher’s call to tell you all

He saw damnation in his crystal ball”

Lipiec od zawsze był wyjątkowy z racji festiwali. Szczególnie, że zwykle było miejsce na nie zarówno w Polsce (Castle Party) jak i w Czechach (MOR). Ten rok wprowadził istotną zmianę. Impreza w Bolkowie przesunęła się o kilkanaście dni wcześniej. Zwykle ostatni weekend lipca był jej a teraz wypadł środek miesiąca. To wprowadziło potężną kolizję z MOR-em, który jest równie dobry choć nie tak specyficzny. Jednak muzycznie są bardzo podobne i dają podobne doznania. Jednak nie posiadam zdolności translokacji i musiałem wybrać na co pojechać. Nie tylko mnie to dosięgło bo wielu znajomych też rozważało poważnie, co usłyszeć. Ostatecznie wygrał MOR bo jest bardziej zróżnicowany, tańszy i dłuższy. Dzięki uprzejmości samochodowej miałem zapewniony transport więc nie pozostało nic innego jak tylko oddać się muzie i posłuchać co przygotowali Czesi w tym roku.

Jednak zanim o samym mięsie muzycznym to jeszcze chwila nad organizacją. Co roku jest niemal tak samo i widać, że przygotowania są na całego. Zabezpieczone miejsca parkingowe, pola wymiotowe ciągnące się już od zjazdu na kurort Luhacovice i organizacja ruchu już na samym polu festiwalowym. Podoba mi się to wszystko bo przynajmniej wiadomo co i gdzie. Jedynym minusem, choć raczej wynikającym z mojego roztargnienia, było zamieszanie z kubkami. Kubki do napojów były klasyczne, plastikowe, wymienialne przy kolumienkach na kolejne. Trzeba tylko zapłacić kaucję. Podobne kubki, ale z nadrukiem mastersowym, można było kupić na stoisku z oficjalnymi merchami, ale nie nalewano do nich piwa i nie wymieniano. Zatem by się napić piwa i tak trzeba było wykupić zwykły kubek. Jakaś tam wywieszka o tym wisiała, ale nie zauważyłem jej i chwilę postałem zanim Czeszka przy piwie wyjaśniła w czym rzecz. Reszta była już w porządku. Koszulki, jak co roku, nie zachwycały ale z obowiązku trzeba mieć. Gadżetów było nawet sporo i każdy mógł sobie coś wybrać – od latarki po opaski na głowę. Program też był – i jak zawsze za wszystko trzeba było płacić oddzielnie.

W tym roku zapowiadało się całkiem nieźle biorąc pod uwagę występ kilku zespołów, które chciałem zobaczyć ze zwykłej ciekawości. Ich usłyszenie w Polsce byłoby niemożliwe, bo nadal sporo tras omija Polskę mimo że to takie dobre miejsce do koncertowania. I często, po długiej nieobecności, wszyscy się przekonują i dziwią, że jeszcze  u nas nie byli. No, ale to może takie patriotyczne podejście choć dobrze tłumaczy wiele takich tekstów, które dało się słyszeć nie raz ze sceny. Dzięki większym imprezom dość blisko naszych granic – jak MOR czy BA – można naprawdę wiele usłyszeć i poczuć choć troszkę powiew wielkiego metalu z całego świata.

“Warning from the bible of the beast
Never trust a werewolf from the east”

Pierwszy dzień nie jest za długi. To taka rozgrzewka przed resztą festiwalu, ale już z gwiazdami i wielką pompą. MORa otwierał, jak kilka lat temu, Fleret. To miejscowa kapela rockowa, którą znają wszyscy. Wszyscy Czesi oczywiście. To też dobry moment by rozejrzeć się wokół – szczególnie rzucić okiem na stoiska i zabawy ludyczne. To też jest nieodzowny element MORa. Masa pierdółek wszelkiej maści i jakości – od płyt i naszywek po dmuchane gitary, kolczyki do nosa i lateksowe maski zombie na twarz. Na placu niedaleko bocznej sceny rozstawiło się miasteczko rozrywki, gdzie można było wejść na dmuchaną ściankę, powalczyć w puchowych strojach zawodników sumo oraz skoczyć na bangee. Ja z tych atrakcji wybrałem sobie zrobienie puszki coli z moją ksywą. Kosztowało to 35 koron więc nie majątek a pamiątka jest przednia.

A wracając na główną scenę to wypełniło ją mocne trio w postaci Arkony, Primal Fear i Grave Diggera. Niemal klasyka festiwalowa i to w dodatku już oglądana w tym roku. Masza i reszta kapeli jak zawsze żywiołowa i w słowiańskim żywiole. Klapki tylko furkotały jak ludzie wpadali w młyn. Spokojnie było na Primalach bo to już starszy zespół, ale ogień też był – szczególnie na „Metal is forever”. I wreszcie Grave Digger w szkockich klimatach. Obowiązkowe wykonanie „Rebelliona” odbyło się chóralnie i z pompą. Co prawda nie było spódniczki i dud, ale i tak było fajnie. W międzyczasie chodziłem na drugą, mniejszą scenę by zobaczyć jak dają sobie radę mniejsze zespoły. I dawały radę. Co prawda przypominało to trochę garaż, ale na pewno występ na takiej imprezie będzie dla nich czymś wyjątkowym. I wielu ludzi też tak sądziło, skoro przychodziło oglądać i posłuchać kogoś na mniejszej scenie. Nie pamiętam teraz, kto jak grał, ale posłuchać było można.

“We are devils in disguise
We’re the demons of the night”

Drugi dzień już poważniejszy i znacznie cieplejszy. Upał był potworny i tylko arbuz ratował sytuację. Dobrze, że pod Sole jest Albert więc zaopatrzenie było bezproblemowe. Sjesta trwała jakiś czas bo w słońcu nie dane było wytrwać. Zaplanowałem na dzisiejszy dzień zobaczenie „Elvenkinga” i później „The 69 Eyes”. Dzięki temu przynajmniej przez godzinkę poczuje się jak w Bolkowie. „Elvenking” dał radę choć studyjnie z ozdobnikami brzmią ciekawie niż prezentowana na surowo dawka power metalu. Goci dla odmiany brzmieli dobrze i ciekawie. Nagłośnienie dało radę i ten pierwszy raz z nimi nie był niczym zakłócony. Dobry koncert wieczorową porą był czystą przyjemnością. I nawet bramboraki, które znikały wokół w tempie wody, nie przeszkodziły swoim zapachem w odbiorze niemaszków. Na mniejszej scenie zaś furorę zrobiła „Good Girl Maggie”. Polacy z Cieszyna i z fajną laską na wokalu dali radę i byli bardzo dobrze przyjęci. Muzycznie jeszcze surowo brzmią, ale za to mają chwytliwe kawałki. Komentarze początkowo po angielsku szybko przeszły na polski. W końcu Czesi też to rozumieli więc nie trzeba było się gimnastykować. Ciekawy występ był znacznie lepszy niż grający na głównej „Prong”. I to pokazało, że czasami tutaj lepiej grają niż gwiazdy. Tutaj zaczynał przecież Dymytry, który w niedzielę zagrał już na głównej. Jak widać, można się wybić jeśli ma się pomysł i uparcie dąży do celu.

Bardzo byłem ciekaw Rage z orkiestrą symfoniczną i nie zawiodłem się. Surowe kawałki w orkiestrowej aranżacji zawsze chwytają za serce. W dodatku grane z zespołem więc przy wspomaganiu metalowym. Bardzo ciekawa koncepcja i bardzo udany występ. Ten zespół orkiestrowy – Lingua Mortis Orch – wydał swoją płytę i nie wiem, czy jej nie zakupić. Mają swoje kawałki a nie tylko covery więc byłoby co posłuchać. Pewnie drugiej Apocalypticy z tego nie będzie, ale inicjatywa jest nad wyraz ciekawa.

“All we pray, alone we can’t decide
Catholic in the morning
Satanist at night”

Trzeci dzień czyli sobota już była chłodniejsza i deszczowa. Skoki temperatur były duże i można było się załatwić jak się nie pilnowało. Jakoś udało się bez chrypy i kaszlu przebyć tą zmianę i z trdlo migdałowym w ręku zameldowałem się pod sceną. Na dziś przewidziałem kilka ciekawych punktów choć głównie powtórkowych, ale za to jakich. Obowiązkowa rundka po merczach nie ujawniła niczego nowego. W miasteczku też nic nowego. Coraz więcej za to było ludzi idących na azymut, śpiących pod zaszczanym płotem i patrzącym wokół niewidzącym wzrokiem. Takie są prawa festiwalu i nie wierzę, że na Woodstocku nie było pijanych i nie palono trawy. Chwalono się tym, ale to propaganda, której kłam zadaje każdy inny festiwal, na którym byłem. Skoro na mniejszych jest to dość częsty widok, to przy ponad pół milionowej widowni jest to pewnik. I żadna propaganda tego nie zmieni.

A muzycznie zaczęło się od fińskiego „Waltari”. Spokojnie i bez problemu wprowadzili oni przeciętnym występem w klimat konieczny dla „Moonspela”. A ci, jak przystało na profesorów metalu, rozwalili wszystko wykonaniami, których każdy zazdrości w ich repertuarze. Nie zabrakło hitów z dawnych lat i z tych całkiem nowych. „Full moon madness” zawładnął Czechami w pełni. A po nich przyszła kolej na potwory z Finlandii czyli “Lordi” w pełnej krasie. To showmani pełną gębą – nie dość, że mają niesamowite lateksowe stroje to jeszcze pokazują mini scenki obrazujące różne sposoby zgonu. Jest świecący topór, piła motorowa, sypiące iskrami gitary, wybuchy oraz petardy. Do tego przegląd wszystkich hitów – czyli bez „Rock Hallelujah” nie mogło się obyć. Publika szalała i cieszyła się z każdej sceny, którą pokazywał „Lordi”. To miłe zakończenie dnia bo już na Yngwie nie starczyło mi sił. Wiedziałem jak gra i dobrze jest go posłuchać na słuchawkach, ale na koncercie, który miał być do północy już niekoniecznie. Jeszcze szybkie wejście na bramboraka, oblecenie merczy i do hotelu „Sole”. Trzeci dzień można uznać za zakończony.

“And we all
Die, die, die tonight
Sanctified with dynamite
Die, die, dynamite
Halleluja!”

Niedziela wstała deszczowa, choć dość szybko się rozpogodziło. I całe szczęście bo stanie w deszczu nigdy i nigdzie nie jest przyjemne. Dłuższy odpoczynek niż zwykle należał się – tym bardziej, że dziś będzie dłużej i znacznie intensywniej. Zaczęło się od „Xandrii” – miły występ na początek ostatniego dnia festiwalu. Już ich słyszałem a zespół należy do czołówki female fronted metal. Ciekawy wokal i poprawne wykonania choć jakoś nie urzekły. Oczywiście nieśmiertelny „Ravenheart” musiał być. To ich największy przebój i jak na razie jedyny. Szkoda że takiego potencjału, jaki jest w tej piosence nie przekuto na inne. Może kiedyś?

„Sanctuary” przeszło bez echa. Wykonanie nawet niezłe i dobre na wczesny obiad w postaci kureci meso i opiekane bram borki. To wystarczyło by zdążyć na Anneke van Giersbergen. Byłej jej ogromnie ciekaw. Była w Warszawie kilka miesięcy temu ale nie poszedłem. Dziś miałem to nadrobić i ocenić czy ładniejsza część „The Gathering” ma nadal pazur. No właśnie. Wynudziłem się koszmarnie. Kawałki były jakieś takie płaskie, bez polotu i śpiewane tak jakby śpiewała to Sipińska a nie Anneke. Wyszedłem w połowie by obejrzeć merche i zobaczyć co dzieje się na małej scenie. I nawet kawałek „The Gathering” nie brzmiał tak, jak w zespole. Słysząc to nie żałowałem, że nie byłem w Wawie na jej koncercie. Byłbym jeszcze bardziej zawiedziony. Choć może w klubie łatwiej by trafiło to do mnie niż na dużej scenie. Ale trudno, stało się. Obecnie ani Anneke ani zespół nie brzmią tak, jak kiedyś razem. Coś się skończyło i coś się zaczęło. Jeszcze zespół kupuję, ale solówkę pani odpuszczam.

Po niej na scenie pojawił się duet dość nietypowy, ale jak popatrzy się na skład zespołów to nawet logiczny. „Leaves Eyes” i „Atrocity” razem na scenie to jak ogień i woda. Zjawiskowa Liv z nieokrzesanym Niemcem. Delikatność brzmienia z metalowym łojeniem (dobra, nie każdy uważa że Atrocity to metal, ale nie brzmią przynajmniej jak Justin). Takie połączenie jest jednak możliwe. Muzycznie kiedyś występowali razem jako „Theathre of Tragedy” (chlip!), prywatne byli nawet małżeństwem. Obecnie każdy ma swoją drogę zawodową i prywatną. Spotkali się na scenie, przywitali, ucałowali i zagrali razem „Shout”. Dla mnie Atrocity to coverki i nic tego nie zmieni. Grają co prawda swój materiał, ale jest on tak przeciętny, że na koncercie prześlizgnąłem się nad nim. Szczególnie, że dużo lepiej zaprezentował się performance, który Niemcy przywieźli ze sobą. Obejmował on taniec dwóch rozebranych do bikini panienek. Dobrane były ze smakiem i widać, że tańczą profesjonalnie dla mniejszej widowni. I to okazało się dużo lepsze niż muzyka. Trochę szkoda, ale przynajmniej każdy patrzył się na laski a nie na zespół. Liv zagrała jeszcze jeden kawałek razem z Niemcami a potem zaprezentował się jej zespół. To tylko kawałek „ToT” i to słychać. Idealne połączenie delikatności z brutalnością dawało wtedy mieszankę nie do podrobienia. Teraz tego nie ma i brzmienie jest dużo bardziej przeciętne. Tym bardziej, że zespołów ffm jest już tak dużo i w naprawdę dobrej jakości muzycznej, że trzeba szukać czegoś unikatowego. „Leaves Eyes” to nadal czołówka ffm – to się nie zmieni. Jednak w porównaniu z „ToT” wypada przeciętnie. Mimo to podwójne wystąpienie było ciekawe i dość urozmaicone. Dzięki laskom nie wynudziłem się do końca a ciekawość oglądania obu zespołów po raz pierwszy wypełniła skutecznie czas i uszy.

Przerwa po podwójnym uderzeniu nie trwała długo. Tym bardziej, że potem miał zagrać „Powerwolf”. „Powerwolf”. Celowo dwa razy bo w powermetalu ostatnich lat chłopaki wymietli wszystko, co było do wymiecienia. Szczególnie w dziedzinie wampirów, religii oraz wilkołaków. „Sabaton” trzyma część wojskową, „Blind Guardian” i „Rhapsody” – fantasy, a „Powerwolf” – wiarę. Koncert był zajebisty. Co prawda podobny do tego z Metalfestu i do tego sprzed roku, ale co tam – Atillę można słuchać non stop a skoczne rytmy „Werewolf from Armenia” czy „Sancify with Dynamite” albo „Ressurection by erection” zostają w głowie jeszcze parę tygodni po koncercie. Jeśli jeszcze nie słyszałeś Powerwolfa to natychmiast to nadrób. Takiej radości z grania już dawno nie słyszałem a energia ładująca metalowe serce bije z każdego kawałku. W zasadzie na tym miłym akcencie można było zakończyć. Jednak na wieczór przewidziano coś specjalnego.

Wiedziony ciekawością i przymuszony tłumem zostałem na koncercie „Avantasii”. Dali 3 godzinny koncert w postaci metal opery wykonywanej specjalnie na MOR. Scenografia, kompozycje, orkiestra i cała reszta była na najwyższym poziomie. Wszystko wysmakowane i podane z pietyzmem. Nic dziwnego, że Czesi ich uwielbiają. Jakbym powiedział coś złego na Avantasię, to pewnie był został zatłuczony klapkami na żywca. Nie dotrwałem do końca. Jak dla mnie było to zbyt monotonnie. Nie znam aż tak bardzo Avantasii by wytrwać na ich specjalnym koncercie trzy godziny. Po godzinie dałem spokój i wyszedłem odprowadzany wzrokiem wściekłych Czechów, którym przeszkodziło się w celebrowaniu chwili. Godzinka jak dla mnie wystarczyła. Gdyby to była Metallica albo R+ to i cztery by się wytrzymało, ale nieznany zespół odpuszczam.

I to tyle z tegorocznego MORa. Było fajnie choć w składzie obejmującym moją osobę i ludzi, którzy mnie podwieźli. Jednak muzycznie trochę się działo. Czy byłoby tak samo jak na Castle Party? Nie wiem. Nie chcę żałować tylko pamiętać, że to był dobry czas. Pozostaje CP za rok, które znowu jest wcześniej i znów zahacza o MORa. Trzeba będzie uważniej popatrzeć na składy i zdecydować. A póki co „Powerwolf” rządzi i udowadnia, że moc jest wielka.

“When the moon is high
Told you soon will die”

 

Sie 312013
 

Day 3

Tego dnia miałem dobre towarzystwo w pociągu do Jaworzna. Rodowite Ślązaki i w dodatku fani metalu ruszyli na „Sodom”. Spotkałem ich w pociągu i od razu usiedliśmy razem by powspominać stare, metalowe granie i ponarzekać na współczesność. Gdy powiedziałem, że jestem z Wawy to mało mnie nie pobili, ale jakoś udało się to zażegnać. To taki odruch Ślązaków by bić Warszawiaków. Udało się dojść do porozumienia i choć odwieczne animozje zostały to po wypiciu razem piwa na dworcu w Jaworznie wszystko wróciło do porządku.

Na ochłonięcie od Ślązaków (dobrze, że choć trochę znam gwarę to jakoś udało mi się ich rozumieć bo po polsku nie rozmawialiśmy) wpadłem na „The Dead Goats”. Zakrzyczeli, powalczyli na scenie i podziękowali za wysłuchanie. Słoneczko prażyło i zapowiadało się na burzę. Dlatego w duchocie przyszło wysłuchać na małej scenie „Ass to mouth”. Jak sugeruje nazwa to świniarze i to z Polski. Zawiało oborą i zrobiło się przaśnie. Dwa głosy świńskie uzupełniane czasami normalnym śpiewem dały radę i dobrze się tego słuchało. Ludzie przyszli z ciekawości nad brzmieniem, ale było kilku bywalców „Fekal Party”. Ostatecznie musieli skończyć, ale evil banan poszedł w publikę a skórka z niego tańczyła jeszcze na rękach niektórych.

Rozbawiony i po kilku piwkach przeszedłem posłuchać pierwszego terroru dzisiaj czyli duńskiego „Hatespere”. Ludzie rzucili się w młyn okrutnie walcząc i młócąc rękami. Czapki z daszkami furkotały aż miło. Jednak takie klimaty to tylko do posłuchania bo raczej mojego zachwytu nie wzbudzają. Ale potwierdzają starą prawdą o hardkorowym metalu – jest rytmiczny jak jasna cholera i nogi same tupią do rytmu.

Nad jeziorkiem złapałem chwilę wolnego akurat by być na sound checku „Antigamy”. Fajna kapela, z miłymi melodiami i nawet dość rytmicznymi. Łoją nieźle, śpiewają też – w zasadzie jak większość tego typu zespołów na świecie. Do błysku unikalności jeszcze im sporo brakuje, ale może kiedyś. Teraz to dobry zespół festiwalowy bo nie zaniża i miło jest do posłuchać. A nogi bolą, nie ma co. Coraz częściej muszę odpoczywać na siedząco. Normalnie dałbym radę bez problemów, ale ta droga w upale w glanach przez las pierwszego dnia dała mi się we znaki. Nie wziąłem innych butów i teraz płaciłem za to. Jednak wytrwać trzeba bo jeszcze dziś sporo przede mną.

Tym lepiej nastroiło to przed „Onslaught” na głównej scenie. Stary dobry trash, grany jak za dawnych lat. Ślązacy byliby zachwyceni. Ruchawka pod sceną wybuchała co i raz – ludzie mimo duchoty czuli moc i walczyli zacięcie. A nad wszystkimi górował potężny orzeł zespołu powieszony na bannerze z tyłu sceny. Robiło się duszno, burzowo i ogniście. Godne zakończenie Metalfestu było nieuniknione.

Burza wreszcie wybuchła. Akurat na przygotowaniach „Vedonist”. Zabrakło prądu, woda zalewała wszystko i wszystkich w takich ilościach, że nie zdążyła spływać do jeziora. Wszystkie ścieżki momentalnie zostały zatopione. Ludzie poszli ratować namioty, a reszta smutno przesiadywała albo pod drzewami albo pod parasolami. I tylko nieliczni tańczyli w kałużach śpiewając „Im singing In the rain”. „Vedonist” zagrał już po burzy, ale musiał poczekać na to, co zrobi „Arkona”.

A Rosjanie wjechali jak zawsze – Masza w wilczych skórach, chłopaki w kierpcach i ogień ze sceny. Padało, grzmiało, ale to nie przeszkadzało najtwardszym fanom by taplać się w błocie i pluskać się w nim jak rusałki. Niebo otworzyło się nad sceną. „Arkona” dawała czadu a deszcz się wzmagał. Aparat nie łapał ostrości bo ciągłe strugi wody zaburzały automat zoomujący. Biedni zdjęciarze stawali na głowie by złapać jakieś zdjęcie. Skrajne warunki nie pozwalały na wiele, ale ci nieliczni złapali na pewno fajne ujęcia. Słowiańskie rytmy rozpalały publikę tak bardzo, że deszcz słabł aż wreszcie przestał w ogóle. Zostawił po sobie tylko olbrzymie bajoro na środku placu, które zaraz było obiektem kąpania, chlapania i rozbryzgiwania. Zapachniało Woodstokiem.

Przeniosłem się wpław na małą scenę by usłyszeć „Sceptic”. Głównie za sprawą Viery, która w zeszłym roku była tu z „Totemem”. I jak poprzednio teraz też urzekała chropawym głosem, dredami i prezencją. Zespół też daje radę i widać po nich wieloletnie obycie razem na scenie. Nie było już tak duszno i dobrze się stało słuchając „Sceptic”. A obok stali ci, którym woda zalewała sandałki i trampki. Przynajmniej w tej chwili nie żałowałem, że mam glany na nogach. Ale nogi i tak bolały.

Polszczyzny ciąg dalszy – tym razem na głównej scenie. To za sprawą „Illuzion”. Nie lubię ich choć grają dobrze. Po prostu nie pasują mi i tyle. A ich obecność na metalfeście traktuję jako zapchajdziurę. Dla mnie z nich jest taki metal jak rock z Biebera – wszystko jest kwestią gustu. Lipa dwoił się i troił – przynajmniej jego głos jest taki, że nie da się go pomylić z żadnym innym. Dobry czas na kapuśniak i piwo.

Przeniosłem się znów na małą scenę. Woda już schodziła choć nadal bajoro przed sceną się utrzymywało. I tutaj znów polszczyzna – tym razem srogi „Azarath”. I muszę powiedzieć, że dla niego należy się szacun. Grają black jak mało kto obecnie w Polsce – i mówię tu o prawdziwym blacku pokroju Mayhem czy Burzum a nie podróbek. Ściana dźwięku, jaką postawili, imponowała. Growle i karabinowa perkusja skutecznie komponowały się z zapychaczem gitarowym. Tak wytworzona ściana była nie do przebicia. Bardzo, bardzo miło się zaskoczyłem bo dawno już nie słyszałem czegoś takiego.

Na blackowcach polszczyzna się skończyła. Na głównej zaś pojawiła się gwiazda terroru czyli „Hatebreed”. „Destroy everything” zabrzmiało jak nigdy a rozjuszona młodzież w czapkach z daszkiem zaczęła radośnie pluskać się w bajorku ostatecznie je wysuszając. Wiedziałem, że Amerykańce będą na tegorocznym Brutalu i już widziałem te tłumy terror crew ciągnące na ich idoli. Miły gest wokalisty – dedykowanie piosenki Jeffowi – został dostrzeżony i nagrodzony. Dobrze, że zauważają oni takich wykonawców choć to zupełnie nie ich bajka. Szkoda Jeffa, ale takie jest życie. Tributy dla niego będą grane na wszystkich festiwalach w tym roku.

Przyszedł czas na kolację i piwo. I odpoczynek bo została ostatnia prosta festiwalu. Liczyłem na „Sodom” bo „Helloween” było za późno i PKP nie dała mi szansy ich zobaczyć w tym roku. I Siemaszki nie zawiedli. Znów granie w starym stylu, bez kompromisów i uników. Ogień pod sceną rozpalał się co i raz podsycany obłędną perką i sekcją gitarową. Sporo staro szkolnych fanów w katankach i z naszywkami przyszło by zobaczyć ich idoli z dawnych lat. To było godne zakończenie tegorocznego Metalfestu.

Powrót przez las, potem pociąg i nocleg w Katowicach by o 6 rano wstać i ruszać do Wawy. Końcóweczka była naprawdę hardkorowa. Ale warto było. Choć tegoroczna edycja była dużo słabsza muzycznie niż ubiegłoroczna, ale najważniejsza była kontynuacja i to, że coś takiego w ogóle się odbyło. Chyba metalowy światek przyzwyczaja się do tej daty i tego miejsca. I o to właśnie chodzi. Bo najważniejsze by ciągnąć to, choć nie ma co roku mega gwiazd i super bandów. Organizacyjnie też sporo poprawiono i jedynie została tylko współpraca z PKP lub przemyślenie czegoś odnośnie dojazdu do Katowic (przynajmniej do tego jednego miasta bo najbliżej). I za rok trzeba być. Nieważne co będzie grać, ale być trzeba. By idea nie umarła.

Sie 212013
 

Po sukcesie poprzedniej, pierwszej w Polsce, edycji Metalfestu wiedziałem, że jeśli będzie ona kontynuowana, to będę tam. A ponieważ była, to i moja obecność na jaworzyńskich polach była przesądzona. Po cichu liczyłem na to, że mankamenty poprzedniej edycji zostaną poprawione a do całości dorzucone zostaną kolejne cegiełki ulepszające cały festiwal. W końcu takie wydarzenie na polskiej ziemi musiało zasługiwać na najlepszą obsługę.

Przyjazd do Katowic i zakwaterowanie odbyło się w ekspresowym tempie. Chciałem zdążyć w czwartek na Vargów a oni grali jako jedni z pierwszych. Wymagało to niestety niezłego zgrania pociągów i siły w nogach. Na szczęście do pociągu do Jaworzna wsiadłem wcześnie i bez problemów dojechałem na miejsce. Oczywiście o ile przejazd ponad 40 kilometrów w godzinę można nazwać bezproblemowym. PKP będzie się za to smażyć w piekle. Potem marsz na teren festiwalu przez las i szosę i wreszcie doszedłem do bramek. Od razu było widać poprawę. Sprawnie zmieniłem bilet na opaskę a droga od bramy na pola festiwalowe nie była już tak kręta i słabo oznakowana. Kolejnym plusem były mercze. Nie były schowane gdzieś z boku tylko od razu po wejściu na pastwisko można było tam podejść i zakupić koszulki zespołów. To kolejny plus i poprawa w stosunku do tego, co było rok temu. Tak naprawdę to tylko to bolało mnie poprzednio. Teraz, po poprawie tego, można było już cieszyć się metalfestem.

Day 1

Pierwszego dnia zacząłem Vargiem, którego już widziałem wcześniej przez parę minut, a teraz chciałem być od początku. I dali niezłego czadu. Było gorąco tak, że piwo służyło jako chłodziwo. A Varg, wymalowany i nakurwiający, jeszcze podgrzewał atmosferę. Nieliczne młyny pod sceną kurzyły aż miło. Piasek zgrzytał w zębach, ale to cały urok open airów. Skusiłem się na czerwone książęce, a wybierać można było z Lecha i Tyskiego. Cena oczywiście promocyjna – 2 kupony za kubek 0,4l (a kupon to 3 zeta). Jakby za mało było gorąca to na ostatnim kawałku chłopaki zaprosili chętne dziewczyny do poskakania razem z nimi. Znalazły się takowe i pogański Varg dumnie zszedł ze sceny w otoczeniu rzeczonych dziewczyn.

Kolejnego grajka odsłuchałem tylko z daleka racząc się piwem i wciągając pierwszego tego dnia kebaba. Nazywali się „Vail od Maya”. Chłopaki przyjechały aż z Chicago i growlingując starali się schłodzić publikę. Nie wygrali ze strażakami, którzy polewali wszystkich wodą. Dostało się mojemu telefonowi bo klawiatura na chwilę przestała odpowiadać. Po przesuszeniu było już wszystko dobrze. A amerykance nieźle sobie poczynali. Między ostrym rykiem a melodyjnym śpiewem przechodzili płynnie i dobrze się tego słuchało. A słońce niemiłosiernie prażyło i wysuszało wszystko z człowieka.

Potem zszedłem pierwszy raz na dłużej na boczną scenę. Akurat by zobaczyć „Thaw”. Nie zachwycili mnie bo tworzyli taką kakofonię gitarową, że ani perkusja ani śpiew nie mógł się przez nią przebić. Wokalista starał się jak mógł, nawet ubrał w jeansy i bluzę z trzema paskami, ale nie dał rady. Krzyczał i krzyczał, ale nic nie wskórał.

Przeniosłem się na główną by zobaczyć „Anti tank Nun” czyli zespół Titusa z Acidów. Trochę się zdziwiłem, ale co tam, ważne by grali dobrze. A grali tak jak Acidi, więc tu zaskoczenia nie było. Charakterystyczny wokal Titusa, jego amerykańskie zapowiedzi kawałków i maniera w głosie to jest to, do czego już zdążył nas przyzwyczaić. Dało się tego słuchać i dość dobrze pod to wchodziło piwo. Zaczynało już szumieć we łbie, a dopiero było po godzinie szesnastej.

By ochłodzić się przeszedłem się pod drugą scenę a konkretnie na ławeczkę blisko jeziorka. Wiaterek miło chłodził skórę i a do uszu docierały dźwięki „Belzebonga”. Krakowiacy to taki „Long Distant Calling” tylko grający trochę ostrzej. Miłe dźwięki wchodziły czysto i fajnie się komponowały. Granie w trochę starym, metalowym stylu, gdzie liczba ozdobników na kluczu wiolinowym była nieskończenie wielka. Na dłuższą metę było to nużące, ale dla ochłody wystarczyło.

Tymczasem na główną przywiodły mnie dźwięki knura. Ach, jaka miła nuta dla ucha. To „Cryptopsy” wjeżdżało z korytem i porcją śruty kukurydzianej dla każdego. Dobrze im to wszystko wychodziło. Fajny pig squig choć troszkę nietypowy. Łączony był ze zwykłym śpiewem co pozwoliło na dłuższe kawałki a nie takie minutówki, jakie wycinają zwykle świniarze. Wokalista często zaznaczał, że ostatnią płytę wydali sami i mają nadzieję, że się ją kupi bo warto. Potwierdzam, warto. To taka świńska arystokracja – od tego można zacząć by potem wypłynąć na szerokie wody grindu z Nuclear Vomitem, Gutalaxem, Cock and Ball Torturem czy wreszcie Dying Fetusem czy mistrzem Waking the Cadaver. I pomyśleć, że chłopaki zaczęli swój występ od lecącego z puchy „What is love” Haddawaya :)

I znów zmiana sceny – takie krążenie między jedną a drugą było już poprzednio i nawet dobrze wychodzi bo nie pozwalało zastać się i wymuszało ruch. Przynajmniej nogi się rozprostowują przy takim chodzeniu. A już je powoli czułem. Co prawda dochodziła dopiero szósta czyli jakieś 5 godzin na nogach, ale dla metalu można znieść więcej. I zniosłem takie coś, co się nazywa „Elvis Deluxe”. Wyglądało mi to na metal koncepcyjny, ale koncepcja gdzieś się zmyła i zostało tylko łojenie gitar. Tylko jakieś to takie bez pierdolnięcia i mocy. Bardziej pasowało na hard rock i pitu pitu niż na metal. Pomieszanie Guano Apes z Garbage czy Skunk Anansis.

I wreszcie nadszedł moment na nich – Finntroll. Przebrali za złośliwe elfy z mitologii skandynawskiej zaczęli ostro i nie spoczęli aż do samego końca. Zrobiło się przaśnie i tanecznie. Młyny chodziły we wszystkie strony a przytupywaniem nie było końca. Tylko uszy dla wokalisty podskakiwały w rytm melodii. Norweska lokomotywa rozgniatała kolejne uszy fanów nie biorąc jeńców. Finntroll przyzwyczaił do perfekcji i nie zamierzał popuszczać. Ludzie zaczęli skandować najsłynniejsze polskie zawołanie czyli „Napierdalać!!!!!!!”. Wokalista próbował to powtórzyć zaskoczony żywiołowością ludzi i wyszło coś bliżej „Nakenkala!!!!” ale brawa się należą za próbę. Chyba wiedzieli co to znaczy, ale chcieli zrobić ukłon w stronę polskiej publiki. Czekałem na „Trollhammerera” i się doczekałem. Była moc!!!! Ogień!!! Demoniszcze i Krewetki!!!!!!

Na uspokojenie przeszedłem na „Corrupion”. Początek wzięty z Titty Twister i monologu Marina o pussies nastrajał pozytywnie, ale szybko się skończyło. Napierdalali ostro, postawili ścianę dźwięku i tyle. Do tego dziwny wokal robił swoje. Wbiłem się w żurek, który zalatywał wodą i w kiełbasę, której nie dało się przebić łyżką. Spotkałem też starego znajomego z poprzedniego metalfestu. Jak byśmy nie widzieli się nie rok a tydzień. Bardzo, bardzo pozytywne doznanie. I dobrze, że ludzie pojawiają się i nadal są metalowi.

Posilony miałem siły na stanie i obejrzenie „Kata”. Nigdy ich nie widziałem to była dobra okazja. Pewnie te parę lat temu byłoby dobrze, ale teraz to już nie to samo. Romek dziarsko rzuca się na scenie, macha rękami i czasami zachowuje się jak paralityk. Moc jest, ale taka nijaka taka. Może zmęczenie dniem już dało się we znaki i dlatego dostało się „Katu” za osłabienie organizmu. Zagrali nawet nieźle, bo współcześnie. Jak wielu innych. To pewnie dlatego jakoś mi nie weszli. Dużo ludzi przyszło i słychać było że sympatia do KATa jest po stronie Romka. Nie ma się co teraz sprzeczać kto i kiedy. KAT z Romkiem zagrał i przypomniał się wszystkim tym, którzy dawno go nie słyszeli. Ja ich usłyszeć chciałem, ale na samodzielny koncert się nie wybiorę.

Wieczór zapadał powoli. Komary zaczęły swoje polowanie i robiło się wreszcie chłodniej. Na małej scenie zagrało coś, co się nazywa „Karma to burn”. W całości instrumentalny występ z początku był monotonny i bez kopa. Jakoś tak przepływał z gitarą nad nutami usypiając. Jednak z każdą minutą robiło się coraz ciekawiej i coraz bardziej interesująco. Opanowanie gitary przeszło w wirtuozerię a grane melodie zaczęły być wewnętrznie ciekawe i warte zagłębienia się w nie. Muzyka do posłuchania z całą pewnością, ale też i do posmakowania bo warto. Szkoda tylko że tak rozgrzewka długo trwała.

I na koniec dla mnie (bo na pociąg się spieszyłem) wystąpił „Accept”. Niemaszków nie trzeba przedstawiać. Nie trzeba też mówić i pisać, że wymietli. Publika szalała, dmuchany rekin szalał na rękach unosząc się niemal jak na wodzie. A jak zaczęto polewać go wodą, to ożył i radośnie skakał pomiędzy stronami placu. Ten zespół to taka marka, że tu nie ma miejsca na wpadki czy słabszy występ. Co prawda wolę i tak Udo, ale ten wokalista też się broni. Dziś był jakiś taki przygaszony głosem, może coś z nagłośnieniem było nie tak? Mimo to miło się tego słuchało a „Balls to the Walls” słyszałem idąc przez las do pociągu.

Dzień był udany i spełnił moje oczekiwania. Zdążyłem na wszystko, zobaczyłem to, co chciałem i nie musiałem narzekać na bolączki z poprzedniej edycji. Jedyny minus wyciął nie do końca organizator a PKP. W zeszłym roku chodził pociąg o północy, który wypadał akurat na zakończenie festiwalu i można było w spokoju zdążyć do Kato i zobaczyć gwiazdę. Tymczasem pociąg ten był tylko w piątek a w inne dni odjeżdżał o 22. Czyli trzeba było zwijać się wcześniej by zdążyć (bo następny był o 5 nad ranem). Normalnie krew człowieka zalewa, że nie zorganizowano tego jakoś inaczej. Organizator mógł albo dogadać się z PKP albo coś zorganizować w formie transportu. Ten podobno miał być choć kursował tylko do Jaworzna, ale ani razu nie wydziałem nawet znaczka. Branie taksówki mi się nie uśmiechało a szwendanie po nocy nigdy nie było bezpieczne. Już i tak policja mnie zatrzymała w Jaworznie bo czekałem na pociąg i chciałem się przejść. Ostrzeżono mnie bym specjalnie nie chodził daleko bo miejscowa młodzież dokazywała i można było dostać w zęby. Wróciłem na peron, gdzie czekałem na ten pociąg co miał być o 22 a opóźnił się o godzinę. Miałem dość. PKP zawaliła na całej linii. Organizator też się nie popisał nie zapewniając transportu do większego miasta okolicznego (poza Jaworznem co nic nie dawało). Może za rok będzie lepiej? Trzeba wpisać to do nich na forum by się zastanowili nad tym.

Przed północą byłem już na miejscu. W „Gościńcu” na dole łupała dyska. Przez okno na korytarz wpadało światło z bladej żarówki. Ciepłota zabijała wszelkie przejawy aktywności i nie chciało mi się nawet odpalać laptopa. Położyłem się tylko, przykryłem prześcieradłem i odpadłem. Czarna dziura snu zamknęła się nade mną i wypuściła dopiero nad ranem.

Sie 152013
 

W tym roku wyjątkowo nie ma Sonisphere ale jest Impact. Nie bardzo się orientuję skąd taka zmiana, ale pewnie skoro nie wiadomo co to chodzi o kasę. W zeszłym roku oba koncerty były i miały się dobrze. W tym roku zabrakło Sonika, ale rozrósł się za to Impact co wskazuje, że ktoś się z kimś dogadał i ustalili, że będzie jedna impreza. Dwa dni podzielone były wyraźnie na dwa obozy – dzień pierwszy to metal czyli to, co by było na Soniku oraz dzień drugi – new rock i nie wiadomo co czyli to, co by było na Impact. Byłem tylko na dniu pierwszym bo był bardziej wartościowy dla mnie. Dla takich tuzów jak Slayer czy Rammstein warto iść zawsze i wszędzie. Dlatego byłem i oto co tam zobaczyłem.

Lotnisko na Bemowie po raz kolejny gościło metalowców i tłumy fanów. W tym roku było kogo witać, bo headlinerem był Rammstein to pozostali nie byli wcale gorsi – Slayer, Behemoth czy Airborne – i dzielnie dawali radę. Pogoda za to fikała kozły i lało niemiłosiernie. Na wejście, tak koło 15, by zdążyć na Ghosta, ruszyliśmy na pola. Spadł wtedy taki deszcz, że peleryny nie dawały rady i lało się dosłownie wszędzie. Ludzie od merchów nie wychodzili spod osłon i trzeba było stać w deszczu zanim ktoś się pofatyguje i poda koszulkę czy coś. Po pół godzinie było po wszystkim, ale to i tak o 29 minut za długo. Zimne piwo nie poprawiało nastrojów, ale gorąca zapiekanka i owszem. Continue reading »

Cze 232011
 

Wszystko póki co było zgodne z planem. Musieliśmy jeszcze tylko znaleźć miejsce do spania i plan by się wypełnił w 100%. Trochę kluczyliśmy po okolicy bo jak na złość pensionów nie było za wiele. Od miasta do miasta, od wsi do wsi, jeździliśmy wszędzie. Czasami pension nie istniał choć był drogowskaz a czasami był tak daleko, że nie udało się do niego nawet dojechać. Wtedy naszą uwagę zwróciło coś, co się nazywało „U Jezu”. Minęliśmy to miejsce, ale po godzinie okazało się, że jednak może to być nasz cel. Tajemnicza nazwa okazała się tym, czego potrzebowaliśmy. „U Jezu” okazał się ośrodkiem (z wyglądu wczesny PRL), gdzie niczym na koloniach były łóżka, stołówka z głowami jeleni oraz kanałkiem za oknem. Ów kanałek okazał się być jazem budowanym przez Polaków i stąd nazwa tego miejsca – „U Jezu” czyli „Przy Jazie”. A my początkowo spodziewaliśmy się jakiejś plebanii „U Jezusa”. To miejsce zarządzane było przez towarzystwo jak spod budki z piwem, palące przed wejściem do hoteliku. Pokoik też nie był najświeższy, ale dał radę. Przynajmniej by przetrwać do jutra i być już jutro w Pension Doctor. Na kolację ruszyliśmy do miasta, gdzie przy okazji zwiedziliśmy okolicę i poznaliśmy tajemnicę sekretów kuchni czeskiej – stek z kangura. I wreszcie dane nam było spróbować Kofoli. Z kija. Przy okazji mogliśmy podśmiewywać się z kuchni w hotelu, w którym postanowiliśmy coś zjeść. Chociaż pewnie kurierem nie przesyłali dań z innej restauracji lub produktów z Kauflandu, ale śmiechu było sporo. Najważniejsze było to, że zjedliśmy, napiliśmy i mieliśmy gdzie pograć w Inwejżiona. Agniecha zmierzyła się z Silent Hillem na PSP. Kolejny udany dzień i coraz bliżej do Brutala. Dziś przynajmniej już byliśmy we właściwym kraju.
Continue reading »

Gru 252010
 

Święta za oknem, karp w żołądku a w telewizji „Kevin sam w domu” – to już znak, że zaczęły się święta. Szkoda tylko, że zaraz muszą się skończyć, ale zgodnie ze starą maksymą że nic nie trwa wiecznie, tak i święta odejdą w mrozie, lodzie i szarudze. Święta to czas życzeń zatem nie mogło ich zabraknąć i na naszym blogu. Oczywiście metalowych. twardych i czarnych, ale zawsze życzeń, bo nawet metalowcy miewają chwile słabości. Dlatego dla wszystkich naszych znajomych i ich rodzin składamy (bo i Zbysiu się dołącza do życzeń) życzenia zdrowych, spokojnych i przyjemnych świąt. A ponieważ na świętach się świat nie kończy to również niech to wszystko przejdzie na następny rok, który już za tydzień zapuka do drzwi. Niech będzie głośno, będzie gwarno i będzie się działo! Oby wszyscy zobaczyli zespoły, o których marzą, niech poczują brązową nutę i przeżyją wiele niesamowitych dni na rozlicznych festiwalach i koncertach.

Dla wszystkich zatem obowiązkowa kartka świąteczna bo przecież na czymś życzenia muszą być napisane.

Trzymajcie się ciepło i do następnego przeczytania.

Wesołych Świąt!