Gru 092010
 

Dwa lata temu we wrześniu Polskę odwiedził Therion i na jedyny koncert wybrał sobie Płock. Ponieważ Przemo brał wtedy ślub to mogłem tylko obejść się smakiem z youtubowych filmików. Rok temu, również we wrześniu, zawitał Blind Guardian (żeby nie było – na jeden koncert) i zagrał również w Płocku. Kolejny ślub razem z weselem unieruchomił mnie w Wawie. Znów musiałem obejść się smakiem słuchając relacji Minkar, która była tam i wszystko słyszała. W tym roku postanowiłem, że nie odpuszczę. Do trzech razy sztuka i niech ktoś spróbuje coś zmienić. Klątwa nad tym festiwalem została przełamana i mogę powiedzieć z dumą – „Płock Cover Festiwal” został zdobyty!
W tym roku zestawik był przedni – Jelonek, In Extremo, Sirenia i gwiazda wieczoru – Edguy. Do Płocka zabrałem się z Minkar, która nie mogła odpuścić Sirenii a ja nie mogłem odpuścić całości występów. Do tego bardzo byłem ciekaw niecodziennego miejsca do grania – plaży nad Wisłą. Po przybyciu na miejsce mogłem już osobiście się przekonać o urokach takiej lokacji. Na plażę trafiliśmy bez problemu. Duża skarpa nad rzeką opleciona była wianuszkiem schodów i barierek prowadzących nad samą Wisłę. Panorama, jaka się roztaczała z góry była naprawdę imponująca. Wisła przepływała przez cały horyzont a w dole widać było plażę, na której ustawiono scenę, budę z nagłośnieniem i budki z żarciem, toytoye oraz czarnuchów, którzy zaroili się jak mrówki. Pogoda była przednia więc wszystko widziałem dobrze. Liczni przechodnie z ciekawością patrzyli na to, co dzieje się w dole. Z ciekawością słuchali i patrzyli na wszystko. Płock chyba się przyzwyczaja do tych wrześniowych najazdów bo nie było słychać narzekania na tłumy czy głośną muzykę.
Po zejściu na teren festiwalu przekonałem się jeszcze o jednym – dobrej organizacji. Teren był ogrodzony – z wydzieleniem części z żarciem i tym, gdzie można poskakać. Glany grzęzły w piasku wiślanym, ale to urok koncertu w takim miejscu. Niesamowicie wygląda sprawa samego brzegu rzeki, gdyż z „płyty” można było od razu wskakiwać do wody. Światła załamywały się w wodzie a w przerwach między zespołami można było usiąść nad wodą i popatrzeć na podświetlony most albo przepływające statki. Niecodzienna oprawa wydarzenia dawała dodatkowy smaczek festiwalowi i śmiało można powiedzieć, że ma drugiego takiego w Polsce. Byłem i nadal jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, co wydarzyło się w Płocku. To tylko pogłębiło moją frustrację wynikłą z tego, że już dwa razy straciłem okazję by tu być. I cieszyłem się z tego, że jestem teraz. Continue reading »

Lip 082010
 


16 czerwca, lotnisko Bemowo, 11.30 GTM

Tłum gęstniał z każdą chwilą. Stałem na skrzyżowaniu ulic i patrzyłem na przechodzących ludzi. Wszyscy odziani obowiązkowo na czarno lub przynajmniej w czarne koszulki. Dominowały nadruki nazw Wielkiej Czwórki czyli Metallicy, Slayera, Megadeathu czy Anthraxa. Przeciwsłoneczne okulary błyskały w słoneczku, włosy rozwiewały się na dość silnym wiaterku a nos drażnił zapach z ustawionych nieopodal TOYTOYów. Przysiadłem na trawie czekając na znajomych. To już dziś miało stać się coś, czego nie udało się zorganizować od ponad 20 lat. Wielka Czwórka miała zagrać razem i to u nas, w Warszawie. Pewnie Amerykanów krew zalewała, ale niech nie narzekają. Mają ich na co dzień więc mogą ich posłuchać do woli. W Polsce, gdzie koncerty powoli stają się rutyną, wielki świat dopiero wkracza i dobrze, że takie koncerty jak Sonisphere trafiają nad Wisłę. Wielki świat też wyczuł wyjątkowość tej chwili i zjeżdżał do Warszawki tłumnie. W autobusie jechałem z Ukraińcami i Włochami. Obok mnie Chilijczycy robili sobie zdjęcia na tle Careefoura. Nieopodal Continue reading »

Cze 122010
 

Progresja po raz pierwszy zorganizowała taki gig – nie dość, że nie w murach samego klubu tylko na pobliskiej łączce to  jeszcze w formule mini open air. Bardzo to wszystko ciekawie wyglądało i czuło się że Prezes (bywalec wielu topowych  festiwali jak chociażby Brutal Assault) bierze wszystko co dobre ze sprawdzonych mechanizmów. Część z żarciem i piciem była  oddzielona od części festiwalowej. Piwo było za kupony, za beczkami stały całkiem sympatyczne dziewczęta, ochroniarze czesali  jak dzicy i to za każdym razem przy przejściu między festiwalem a żarciem. Zorganizowano to wszystko bardzo sprawnie – aż  dziw, że można tak w Polsce. Co prawda nie było to coś wielkiego na parę tysięcy ludzi, ale te dwie setki, które były mogły  poczuć się przez moment jak na markowym festiwalu. (Zbych: wydaje mi się że było więcej osób niż dwie setki. Na moje oko mogło się przewinąć z tysiąc dusz. Mogło się wydawać że mało ludzi ale to bywa trochę złudne. Cieszył mnie bardzo fakt że koncercie nie zabrakło oprócz rasowych Henków, starych „znajomych”, Joszków i Tych Mrocznych, rodzin z dziećmi. Trzeba wychowywać młode pokolenie metalowców, a takie imprezy nadają się do tego wyśmienicie)

Szacun dla Prezesa…

Continue reading »

Cze 092010
 

Na koncert „Lamb of God” wybraliśmy się za namową Przema, który szczerze Baranka polecał.(Zbych: początkowe hasło Przema, idziesz na Baranka ? było trochę szokujące, wszak można to rozumieć na wiele sposobów J ale po chwili padło doprecyzowanie co to za Baranek, oczywiście Baranek Boży hehehehe). Po przesłuchaniu tego, co grają już było wiadomo, że będzie niezła rzeźnia. Amerykańce grają szybko, głośno i bardzo, bardzo metalowo. Takie brzmienie, jakie oni osiągają, jest czymś naprawdę niesamowitym. Robi to wrażenie słuchając ich z płytki, ale dopiero na żywca mogliśmy się przekonać jakie mają pierdolnięcie. Ściana marshalli robi swoje. Ale po kolei…

Bo najpierw Mac i kanapka. Wizyta w „Progresji” w środku tygodnia, to wcześniejsze uzupełnienie energii w żarłodajni. Jest wtedy taka atmosfera parkingu, żarcia w samochodzie i henkowania. Tak właśnie wyglądał początek, a jak się można przekonać z poprzednich wpisów, jest to dość typowy początek koncertowy :) Potem krótka prosta do klubu i gotowe, jesteśmy. (Zbych: Mac’owanie przed Progresją to „rytuał”, a rytuałów trzeba przestrzegać z Big Mac’iem w garści lub Hot Dogiem).

Zaroiło się od czarnych już na schodkach przed wejściem. Ludziska dopisali i doceniali osiągnięcia Lambów. Czarnej braci było naprawdę sporo i to takiej z blazą na ryju, mrokiem w oczach i drapieżnymi tatuażami. W końcu to ekstremalna publika dla ekstremalnego grania metalu. Poznaliśmy też przy okazji człowieka, który już słyszał chłopaków wcześniej i był cały zachwycony z ich koncertu. Nam pozostało poczekać i na własne uszy przekonać się o tym. Continue reading »

Maj 272010
 

To był maj, pachniała Saska Kępa…wróć. Fakt, to był maj. Ale ani Saska Kępa ani pachniała – „Bolt Thrower” to ciężka artyleria śmierdząca palonym prochem i krwią. Zawitali do „Progresji” w ramach swojej trasy koncertowej uświetniającej 25 lat grania na scenie metalowej. Ze sobą przywiedli nie byle kogo bo samych chłopaków z „Rotting Christ” oraz kilka polskich kapel – „Naumachia”, „Lost Soul” i „Nomad”. (Zbych: dla mnie numerem jeden wieczoru był jednakże Zgniły Chrystus, zwłaszcza po zaznajomieniu z ich ostatnio płytą, która – robi dobrze 😛) Koncert był niezły, ale tym razem zagrało kiepskie nagłośnienie. Nie wiem, od czego to zależy, ale dźwięki miejscami były naprawdę tragiczne. Jednak, jak mawia Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów.

Na początek tego minifestiwalu nie zdążyliśmy – ze Zbysiem byliśmy w Maku na żarciu i chyba dobrze wyszło, bo z tego, co już zdążyliśmy usłyszeć, to nie było za różowo. (Zbych: zaliczenie MacFaka przed Progresją ilekroć jedziemy tam na koncert zaczyna nam się wpisywać w tradycję, wiem wiem, to niezdrowe żarcie, amerykańskie gówno, bo Oni plują do kanapek….. NO I ???…. prawdziwy Henk nie zważa na takie głupstwa, a koncert bez śmieciożarcia to dla Henka niepisany obowiązek. Poza tym, Najlepsze Hot-Dogi i meat-ball’e serwują na Brutalu J tutaj jedyną opcją pozostaje Mak–Fak).  Continue reading »