Paź 072011
 

Dzień 2 – Czarna Msza.

Piątek rozpoczął się późno. Dopiero koło południa daliśmy radę się ruszyć i być w miarę przytomnymi. Śniadanie, Inwejżion i arbuz z Alberta zrobiły swoje. Na takie upały, które się zrobiły, arbuz to najlepsze co może być. Szczególnie, że kosztował 7 koron za kilogram czyli nieco ponad złotówkę. Na niebie znów miks słońca z chmurami. Prażyło i było duszno co zapowiadało burzę. Co jakiś czas konkretnie przepadywało co widzieliśmy z okna podczas grania w karciochy. Strugi deszczu lały się równo i czyściły powietrze z pyłu i smrodu okolicznych pól. Jednak nie na długo, bo po kilku godzinach znów było duszno i parno.

Tak to wyglądał początek piątku. Przez nasze zbieranie się nie zdążyliśmy na początek koncerciku Varga, ale dane nam było ich zobaczyć w pełnej krasie. Wreszcie. Od tylu festiwali nam umykali aż wreszcie dopadliśmy Wilki. Wymalowani na czerwono-czarno, śpiewający chropawymi głosami, z ultraszybkimi gitarkami pokazali, że warto było na nich czekać. Nakurwiali aż miło pokazując, że dzisiejszy dzień będzie należeć do black i death metalu. Czesi w klapkach umykali spod sceny gdzie co i raz rozkręcał się młyn. Mastersi wchodzili w swoją najlepszą fazę.

Continue reading »

Paź 052011
 

Masters of Rock 2011 rozpoczął się w tym roku mniej widowiskowo niż poprzednio. Nie przedziurawiła się żadna opona, nie było potwornych temperatur i nie spieszyliśmy się z czasem by dostać się na czas do nieznanego Zlina. Wszystko odbyło się bardzo sprawnie i bez problemów. Pojechaliśmy trasą inną niż zwykle – ani nie na Kraków, ani nie na Katowice. Urokliwa trasa przez Włoszczową dawała sporo nowych wrażeń estetycznych dotyczących piękna polskich off-roadów. Pogoda dopisywała, bo nie było za gorąco a słoneczko nie prażyło bez opamiętania. Jednak powiedzieć, że nie świeciło, to nadużycie. Czerwona od ciągłego nasłonecznienia zbysiowa ręka była dowodem w tej sprawie, ale to była drobnostka.

Przemknęliśmy przez Polskę jak Niemcy w trzydziestym dziewiątym i stanęliśmy w Cieszynie na tankowanie i standardowy zakup winietki. Ostatnie spojrzenie w tył na Polskę i już za parę minut Wilk gniótł kołami czeską autostradę. O dziwo było na niej więcej samochodów niż zwykle. Czyżby Czesi wreszcie zaczęli wykorzystywać to, co mają? Liczba aut nie sprawiła jednak by jechało się gorzej lub z korkami. Sprawnie minęliśmy Frydek Mistek, potem Nowy Icin aby skierować się na południe i dobić w okolice Vizovic od drugiej strony niż rok temu. Pierwsze czarnuchy już było widać, a w samej mieścinie wylęgły grupkami i pojedynczo na ulice i parki. Namioty były już rozstawiane, pierwszym nieprzytomnym już wystawały nogi z żywopłotów i krzaków, a okrzyki radości i radosne growlowe bekania unosiły się nad parasolkami „Gambrinusa”. Jeszcze tylko kilka kilometrów i zaparkowaliśmy ostatecznie pod miejscem przeznaczenia, czyli Hotelem Sole. Zajęło nam to całe 8 godzin licząc od ruszenia spod Torwaru, co jest całkiem przyzwoitym wynikiem biorąc pod uwagę postój na parówy, zimną pizzę, tankowanie i kawkę energetyczną.

Continue reading »

Paź 042010
 

Rok 2010 jest wyjątkowy pod każdym względem. Za nami dopiero 9 miechów a zadziało się już tyle, że na zobaczenie i usłyszenie wszystkiego co dzieje się w świecie muzyki po prostu nie starcza czasu. W tym roku, jak już pewnie czytaliście, odeszło również kilku ważnych dla Metalu osobistości – w tym najważniejszego – James’a Dio. Dla nas, osobiście, to również rok zdecydowanie wyjątkowy. Wreszcie udało się to, co planowaliśmy już dawno temu – obecność na trzech najważniejszych festiwalach metalowych Starego Kontynentu. Tak, tak, w Europie. Po zeszłorocznym pobycie na Brutal Assault Festiwal 2009, apetyty nam się zaostrzyły i konsekwencją było zrobienie kroku dalej. Co to był za krok? Do Korony Europy brakowało nam jeszcze dwóch festiwalowych Diamentów na których warto być i … UDAŁO NAM SIĘ. Do tegorocznej edycji Brutal Assault dorzuciliśmy jeszcze słynny Masters of Rock w Czechach oraz legendarny niemiecki Wacken. W efekcie był to długi festiwalowy miesiąc, ale wart każdego dnia spędzonego w trasie, na koncertach i w korkach, nie wspominając o niedospanych nocach. Wydarzenia tego kalibru nie sposób jest zawrzeć w zwięzłej relacji, bo będzie ona albo zbyt sucha (czyli typowa gazetowa relacja bez emocji) albo zupełnie niezrozumiała, bo zaplątana w gąszcz skojarzeń i zdarzeń, będących kompletnie niezrozumiałych dla osoby postronnej. Ciężko jest przez to napisać coś prosto. Łatwo powiedzieć, ale trudniej zrobić. Mam nadzieję, że nasza wspólna relacja da Wam ogólne pojęcie o tym, co się działo i czego doświadczyliśmy. Pamiętajcie jednak, że to tylko jedynie opis. Do niego dorzucamy jeszcze sporo napstrykanych własnoręcznie zdjęć oraz polecamy film, w którym spróbujemy dać choć namiastkę atmosfery tamtych chwil. Film jest dopiero w trakcie pre-study (z racji że materiału jest na ponad dziesięć godzin i trzeba to obrobić) ale spodziewajcie się kolejnych trailerów i zajawek, które z całą pewnością zagoszczą tutaj ku Waszej (lub nie) i Naszej (na 100%) uciesze. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zacząć od tego, co zwykle podpowiada pani polonistka swojemu uczniowi, gdy ten rozkłada ręce i pyta się błagalnym wzrokiem: „Od czego tu zacząć”? Jedziemy od początku… a wszystko zaczyna się od…

Ha! To będzie powieść w odcinkach by nie zalać was masą treści przez którą będzie ciężko przebrnąć. Dlatego już za parę dni pierwsza część naszych wakacyjnych wspomnień festiwalowych w ramach „Trzech Koron” – dotycząca Masters of Rock. Mam nadzieję, że będzie się Wam podobać bo, mogę Was zapewnić, dla nas było to coś niesamowitego. Poniżej macie też trailer dotyczący „Trzech Koron” jako zapowiedź tego, co będzie można zobaczyć na filmie. Wszystko będzie opowiedziane, opisane i pokazane. Może ktoś skusi się na przyszły rok na któryś z wyjazdów. Może. A teraz już nie nudzę i zapraszam do obejrzenia filmu.

Uploaded with ImageShack.us