Lis 102010
 

„Tanz mit mir…”

Niedziela. Pada. Jest pochmurno. Przynajmniej można wytrzymać więcej i dłużej. Żar nie jest już taki obezwładniający i daje się nawet normalnie oddychać. Pewnie dlatego jest to dla nas najdłuższy dzień na Mastersach. Deszcz jeszcze trochę popaduje od rana i do wczesnego popołudnia, ale potem już tylko siąpi i wreszcie ustępuje. Z rana odwiedziliśmy miejscowy spożywczak, oczywiście parówy, serek, kefirek i buły, a wszystko w akompaniamencie konserwy. Jeszcze tylko kilka partyjek w karciochy i….. Docieramy na Lacrimosę. Wcześniejszych czeskich kapel już się nasłuchaliśmy i jakoś niespecjalnie chciało się nam ich słuchać w deszczu. Dopiero Niemcy otwierali tą lepszą część Mastersów w dniu dzisiejszym. Legenda gotyku spisała się na medal. Za plecami wisiał olbrzymi plakat, który co kilka kompozycji nakrywał się kolejnym z innym zdjęciem. Podsumowywał dwudziestolecie zespołu poprzez umieszczenie napisu „dziękujemy” w kilkunastu językach. Tilo i Anne wyglądali jak zawsze dobrze, choć w przypadku Tilo dostrzegam, że z wiekiem coraz bardziej przypomina kobietę. Na plakacie został tak wystylizowany, że można naprawdę się pomylić. Na szczęście zagrali już z jajem :) i cała publika oklaskiwała ich przy każdej okazji. Rzewna nuta, nostalgia oraz typowe kompozycje gotyckie i dark wave brzmiały niesamowicie. Zwłaszcza w ten pochmurny dzień, z lekkim deszczykiem w tle przy czym okoliczne wzgórza nabrały mocnych wyrazistych kolorów zieleni. Arlekin z ich logo płakał, podobnie jak niebo nad Vizovicami. Tylko fani byli szczęśliwi bo taką Lacrimosę chcą oglądać i słuchać. Continue reading »

Paź 302010
 

„Slave shall serve”

Sobota, dzień w którym nadciągnęły chmury. Od samego rana, gdzieś na horyzoncie, było widać kłębiące się chmurzyska. Burza wisiała na włosku. Dodatkowo potęgował to (o ile to możliwe) zwiększony żar i duchota. W czeskiej telewizji trąbili głośno o fali nawałnic idących od zachodu i o zniszczeniach, których dokonały na północy kraju. Dawało to nadzieję, że może się w końcu trochę ochłodzi i będzie znośniej delektować się urokami imprezy. Z drugiej strony burza nad festiwalem…zapamiętajcie tą myśl. Jednak zanim popadało, to trzeba było przetrwać kolejną falę upałów. W inwazjona graliśmy polewając się kofolą i patrząc przez okno na niebo czy nic deszczowego nie nadchodzi. Spokojnie przeczekaliśmy największy południowy żar i wybraliśmy się na Behemotha na godzinę 18.00.

Polski akcent na Mastersach wypadł bardzo dobrze. Fani naprawdę solidnego grania wypełzli ze wszystkich możliwych dziur. Nergal i spółka wyglądali jak zawsze a że ukrop z nieba lał się w najlepsze to współczułem im w ich skórzanych wdziankach i z makijażem spływającym z każdą minutą. Urzekł nas jeden Meksykaniec, który nadciągnął z polską flagą i trzymał ją uparcie nad głową. Fajna sprawa, ale na dłuższą metę niepraktyczna bo zasłaniał wszystkim widok. Ktoś zwrócił mu uwagę i machanie flagą ograniczył do przerw między piosenkami. A Behemoth grał swoje. Ogromny banner za ich plecami przedstawiał okładkę z najnowszego albumu. Nie doczekaliśmy się Lucifera, ale dla Czechów to jak perły między wieprze. Było za to „ov fire and void”, „Slave shall serve” i „Christian to the lions” oraz cała masa innych fajnych kawałków. Chłopcy zaprezentowali się bardzo dobrze i dali z siebie wszystko. W porównaniu z czeskimi tublatankami wyglądali jak demony i zmietli wszystko i wszystkich. Po koncercie, podczas rozdawania autografów, udało nam się dopchać w pobliże zespołu. Już bez makijażu i strojów wyglądali normalnie i z uśmiechem podpisywali koszulki i bilety. To był bardzo, bardzo udany koncert. Continue reading »

Paź 192010
 

„…by the sword…czing..czing”

Dziś miał być dzień Manowara. W głośnikach leciał od rana. Przy pakowaniu bagaży świstały miecze, ryczały głośniki laptopa i grały gitary. Sprawnie rano opuściliśmy hotelik i ruszyliśmy na południe, do kurortu. Pomimo wczesnej godziny, 8.00, żar lał się już z nieba strumieniami. Temperatura w cieniu sięgała trzydziestu paru stopni. Powietrze nad asfaltem drgało jak na pustyni. Zero chmurek na niebie. Krótka wizyta w Albercie i ruszyliśmy. Na miejscu byliśmy zgodnie z planem i zadomowiliśmy się w pokoju. Widok na las i wzgórza, spokojna ulica, wilk zaparkowany za bramą na podjeździe, 300 Koron od łba za noc – raj na ziemi. I jeszcze ten żar. Prysznic, telewizja i invasion – pełne korzystanie z uroków urlopu i festiwalu. Dziś czekało nas spotkanie z Królami Power Metalu i nie chcieliśmy nawalić.

Jednak zanim do tego doszło czekało nas jeszcze miłe spotkanie z Epicą. Fajnie grają, Simone – wokalistka – śpiewa ładnie i wygląda ślicznie. Zagrali wszystko to, co trzeba – „Cry for the moon” wyszło rewelacyjnie. Brzmienie kobiecego głosu w połączeniu z ostrymi gitarami wypada naprawdę dobrze. Tarja może się uczyć od Epicy jak powinno wyglądać granie i śpiewanie w takim tandemie. Jeśli kiedykolwiek chcecie wybrać się na koncert zespołu z babką na wokalu to Epicę polecamy w ciemno – tak jak Within Temptation, Xandrię czy nasz polski Unsun. Continue reading »

Paź 142010
 

„Petrobusze , Petrobusze hej”

Słońce, żar i gorąc. Tak zaczął się dzień, który kontynuował upały z dnia poprzedniego. W pokoju było bardzo gorąco mimo otwartego okna i zaciągniętych żaluzji. Nawet fakt że okna wychodziły na stronę zachodnią nie miał najmniejszego znaczenia. Prysznic pomagał tylko przez parę minut, po których znów człowiek był zlany potem i czekał na kolejny. Jedynym rozwiązaniem byłby chłodniutki basen. Zebraliśmy się szybko by dotrzeć do Vizovic i zobaczyć jak to wszystko wygląda, gdzie można zaparkować i czy można już było odebrać opaski na rękę. Potem mieliśmy ruszyć do Lachovic by poszukać noclegu. Plan był prosty – zaczęliśmy go realizować. Do Vizovic było dość blisko – raptem parę kilometrów. Ciągnących czarnuchów było widać wszędzie. Namioty rozbijane były na poboczach, na łąkach i w ogródkach. Samo miasteczko zostało całkowicie oblężone i zatkane. Przygotowano wszędzie parkingi i miejsca do biwakowania. Pole wymiotowe wyznaczono na okolicznych polach i pastwiskach na wzgórzach. Zjechaliśmy z głównej drogi na parking zgodnie z drogowskazem ale okazało się to w chuj daleko. Jednakże nie byliśmy wtedy tego faktu świadomi i zostawiliśmy wilka gdzieś w szczerym polu, na słońcu i w pyle drogi. Asfalt się kruszył a kolejka samochodów za nami rosła i rosła. Ludzie spali, pili, grali w karty i słuchali muzyki. To wszystko Continue reading »