Cze 012015
 

W przeszłości było mało koncertów, które miały lepsze suporty niż sama gwiazda wieczoru. Czasami wynikało to faktycznej różnicy klas (jak w przypadku koncertu Tristanii i na przedskoczku Van Canto) a czasami z moich preferencji (jak to działo się gdy przyjechała Sirenia mając ze sobą fenomenalnych VisionBleak). Gdy zapowiedziano Sonatę Arcticę to nie podniosło mi to specjalnie ciśnienia, ale gdy zobaczyłem, ze ma przed nimi grać Freedom Call, to zmieniło całkowicie moją perspektywę.

Na dwie godziny przed koncertem okazało się, że wokalista Sonaty zaniemógł po koncercie w Krakowie. Progresja zwracała kasę za bilet ale koncert i tak się odbył, gdyż inne zespoły dały pełne koncerty. Chyba nie muszę pisać, że to było najlepsze co mogło się zdarzyć. Na Niemców z Freedom Call czatowałem już od bardzo dawna i nigdy nie było mi po drodze z nimi. Słuchałem ich kawałków, znałem je niemal wszystkie, ale koncert zawsze mnie omijał. I stało się. Wreszcie.

Koncert zaczęli chłopaki z Twilight Force i dość solidnie rozgrzali nieliczną publikę. Stylizowani na elfy, ze spiczastymi uszami, zagrali skoczny power metal z lekkością i swobodą. Kilka technicznych wpadek nie znaczy nic wobec energii jaką emanowali. I dobrze, bo w takiej muzyce energia to podstawa – w końcu nazwa zobowiązuje.

Freedom Call przyjechało z promocją swojej nowej płyty będącej hołdem wobec wydanej 666 tygodni temu „Beyond Eternity”. Zapowiadał się więc przegląd największych przebojów i nie pomyliłem się. Usłyszałem to, co miałem tylko na krążku a co dobrze jest usłyszeć na żywo, z publiką i energią wylewającą się ze sceny. Hity w postaci „Eyes of the World”, „Flying High” czy „Metal Invasion” rozpalały każdego kto choć raz słyszał te kawałki. Ludzie, którzy ich nie znali i tak kiwali się w ich rytm bo przy tym nie da się stać spokojnie. Kolejne kawałki tylko dolewały oliwy do ognia – „Power &Glory”, „Freedom Call”, „Warriors” i „Land of light”. Wszyscy słuchający stali się wojownikami (hrrrr!!!!) i długo nie puszczali chłopaków ze sceny. Warto było to przeżyć i odżałować Sonatę bo takiej dawki power metalu nie dostałbym, gdyby nie to niefortunne zdarzenie. Stare przysłowie sprawdza się w tym przypadku co do joty – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Bawiłem się dobrze. Mało ludzi nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Oddani fani Freedom Call zrobili niezłe zamieszanie pod sceną a sam zespół był zachwycony przyjęciem. I zasłużyli sobie bo widać, że dawali z siebie wszystko. Tak jakby szansa zagrania pełnego koncertu a nie tylko granie jako suport zdopingowało ich do grania na 100%. I chwała im za to. Power and glory!

Freedom Call in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.

Sie 262014
 

Czechy to takie miejsce na muzycznej scenie metalowej, które musi być odwiedzone przynajmniej raz w życiu przez szanującego się miłośnika tego rodzaju muzy. Od dobrych kilkunastu lat można tu przyjechać na Brutal Assault by nacieszyć ucho ostrzejszymi odmianami metalu. Podobną tradycję ma Masters Of Rock dla lubiących rockowe klimaty podlane metalowym sosem. Jest też Obscene Extreme dla fanów świńskiego rzężenia oraz objazdowy Metalfest goszczący gwiazdy metalu i hard rocka. Przy takim bogactwie imprez kolejna wydaje się niepotrzebna a jej ewentualne pojawienie się byłoby mocno niepewne. A jednak się udało. Made Of Metal (czyli MOM) pojawiło się, odbyło i można powiedzieć, że zakończyło się sukcesem.

Byłem ogromnie ciekaw, jak to wszystko wyjdzie. W przeciągu kilku lat zdarzało się, że ktoś organizował takie coś i nic z tego nie wyszło. Pal licho pieniądze, ale jechać taki kawał drogi tylko po to by zobaczyć kawałek pola to nie jest nic przyjemnego. Początkowo w sieci informacje na temat MOMa nie były bogate. Właśnie kawałek pola ze zdjęciem i namiarami GPS, plakat z niezłym lineupem, szeroko zakrojona sprzedaż biletów przez własną stronę – dawało to namiastkę realności, ale niepewność została. Im bliżej terminu festiwalu tym więcej rzeczy zaczęło układać się w całkiem przyzwoitą całość. Skończyło się dobrze i wszelkie obawy na miejscu rozwiał ogromy plakat Made Of Metal przed wjazdem na festiwalowe błonia.

Na początek kilka informacji podstawowych. Festiwal odbył się w Hodoninie, które leży jeszcze około 60 km od Zlina na południe, niemal przy granicy ze Słowacją. Trzydniową imprezę odwiedziło ponad 40 kapel obsłużonych przez dwie sceny w profesjonalnej oprawie. Miejsce festiwalowe to łąki, pola oraz jakieś magazyny, które przypominały pegeerowskie garaże dla traktorów. Wejście na miejsce nie było specjalnie drogie bo od 1000 do 1500 koron, co jak na taki skład zespołów jest ceną bardzo dobrą. Piwo na miejscu kosztowało od 25 do 35 koron czyli festiwalowy standard. Koszulki imprezowe za 250 koron to też standard.

Made of Metal muszę zacząć od końca czyli od organizacji a muzykę zostawię sobie na deser. W końcu jest ona zawsze taka sama a przygotowanie takiej imprezy już niekoniecznie. A zacznę od plusów. Od razu zaznaczę, że plusy są bardzo ogólne i w zasadzie nie ma już tu miejsca na minusy. Jedyne minusy to kilka szczegółów, które również wymienię. Ogólne wrażenie było bardzo, bardzo pozytywne. I czasami człowieka tylko zazdrość brała, że Czesi potrafią coś takiego zorganizować a my, Polacy, już niekoniecznie. I mówię tu o festiwalu metalowym jako takim, bo takich w Polsce nie ma. Jarocin czy Woodstock się nie liczą bo to masówka popowo-rockowa przeplatana niu rockiem i odgrzewanymi kawałkami z czasów wielkości polskiego rocka. Brak jest metalu a imprezy w stylu Hunterfestu czy Metalfestu że o Metalmanii nie wspomnę odeszły w przeszłość już chyba bezpowrotnie. Dlatego pierwszy plus MOM zdobywa za odwagę – że powstał mając takich świetnych krajowych konkurentów. Drugi plus to organizacja imprezy – zadbano o miejsce dla ludzi i zespołów, gastronomię oraz pole namiotowe. Duży szacunek należy się za autobus linii 666, który kursował pomiędzy miastem a festiwalem niemal co 20 minut od południa do wczesnych godzin rannych. Jeśli ktoś miał hotel w mieście to nie musiał się obawiać, że nie dostanie się, ze na taksę go nie stać czy spóźni się na ostatni autobus liniowy. Tego brakowało chociażby w Jaworznie i do dziś tego nie zapomnę, że od PKP trzeba było drałować jeszcze 4 czy 5 kilosów szosą przez las. W glanach. I słońcu.

Trzeci plus to lineup i sama koncepcja festiwalu. Bowiem wreszcie jest miejsce dla melodyjnego metalu, power metalu, female fronted metalu i folk metalu. Nie trzeba chodzić na kilka jednodniowych imprez dedykowanych właśnie takim gatunkom tylko wybrać się raz a porządnie na MOMa. Gwiazdy tego festiwalu bywają na innych tego typu imprezach i dobrze się mają, ale tutaj błyszczały naprawdę jasno. Organizatorzy postarali się i ściągnęli naprawdę niezły skład zespołów. Bo obok Luki Turillego była Sirenia, był Haggard, Therion, Ensiferum, Alestorm oraz Desdemona, Pathfinder i Orden Ogan. To zwykle drugi skład na MoRze czy Wacken ale naprawdę solidny i godny posłuchania. Jeśli dla kogoś te pozytywy wystarczają to śmiało może uderzać w przyszłym roku na kolejną edycję festiwalu. Jeśli zaś ktoś jest dociekliwy, to niech czyta dalej by dowiedzieć się, gdzie zgrzytało.

A zgrzytało w paru miejscach. Jednak jak na to patrzę teraz to widzę, że brało się to z racji braku dotarcia kilku elementów. Jak zawsze przy czymś nowym jest miejsce na niedociągnięcia bo zwyczajnie nie przewidzi się wszystkiego i nie da się zapanować nad wszystkim. Skoro pierwszym plusem było samo zaistnienie, to jako minus w tym niewątpliwie pozytywie będzie brak odpowiedniej reklamy. MOM słabo się reklamował. Poza oficjalną stroną niewiele się działo a i na niej było pusto. Facebookowa odsłona była uboga a informacja na portalach muzycznych niemal żadna. Gdy przyjechałem do Hodonina, to nie widziałem żadnego plakatu, nawet skrawka kartki. Dopiero drugiego dnia, na słupie ogłoszeniowym przy Kauflandzie, zobaczyłem plakat. Jeśli MOM miałby być czymś więcej to dobrze by było gdyby miasto jakoś się w to włączyło. A tak nie wiem nawet, czy mieszkańcy wiedzieli o tym, co dzieje się parę kilometrów od nich. Jedynie po czarnych chodzących po ulicy mogli podejrzewać, że coś się dzieje. Możliwe, że to celowe działanie. Gdyby festiwal nie wyszedł, to nic się nie dzieje. Jeśli by wszystko wypaliło, to następnym razem będzie tylko lepiej. Oby.

Kolejnym organizacyjnym minusem był dobór stoisk z żarciem i piciem. To raczej minusik i to z mojej strony, ale odczuwałem go bardzo, szczególnie w zimne noce. Do piwa nie mogę się przyczepić. Było do dużo, było go wszędzie i, co najważniejsze, w kilku gatunkach, co jest niespotykane. Brakowało za to… herbaty. Gdyby nie jedna Słowaczka ze swoim samochodem-orkiestrą to byłoby słabo. Trzeciego dnia widziałem gdzieś jeszcze gorącą herbatę, ale mogłem się przewidzieć. Wieczorami i nocami było już chłodno i ciepła herbata byłaby na miejscu. A nie było jej w takiej ilości by wystarczyło dla wszystkich. To jest do poprawy na przyszłość tym bardziej, że piwa nie zabrakło J Aha, nie było tyrdla. Skandal. Za to obecny był langosz, bramborak oraz wszelkiej maści burgery a nawet pizza. To była kwestia jednej budki na każdy rodzaj żarcia, ale chyba wystarczyło dla wszystkich. Tutaj dało się wyczuć, że organizatorzy panowali nad liczbą ludzi na festiwalu. Wiedziano ile biletów sprzedano i pod tym względem dostosowano wiele rzeczy. Liczba tojek czy żarcia była akurat. Kolejki były, ale szybko się rozładowywały. Do tojek zaś nie trzeba było czekać. Mydło do wykorzystania bez wody czekało na zewnątrz, w środku zaś lusterko, woda i całkiem znośne zapachy. Znów zadziałało prawo ilości – mniej ludzi na festiwalu to i warunki sanitarne lepsze. Nie wiem, jak było na wymiotowym, ale ludzie nie narzekali więc chyba było jak wszędzie.

Jeśli jeszcze jestem przy organizacji to jeden minus trzeba przyznać dla ochrony. To taki problematyczny minus bo w zasadzie wykonywali swoją robotę. Szkoda tylko, że bez specjalnej wyobraźni. Pierwszy zgrzyt był przy parasolu. Padało tego dnia i lepiej stać pod parasolem niż w pelerynie. Jednak ochroniarz nie wpuścił mnie na teren festiwalu. Bo takim parasolem można zabić przecież (parasol w wersji krótkiej, bez szpikulca czy coś takiego). Drugi zgrzyt był już na koncercie. W momencie, gdy wokalista „Atrocity” zaprosił na scenę dwie dziewczyny by zatańczyły razem z nim, ochrona nie chciała ich wpuścić. I nawet interwencja Alexandra na nic się zdała. Dopiero pojawienie się szefa ochrony zmieniło ten stan rzeczy. Ja rozumiem, że bezpieczeństwo to podstawa, ale przy takich festiwalach powinna być jakaś większa tolerancja. Tym bardziej, że ludzie wchodzili z ćwiekowanymi pasami czy butami, które więcej narobią krzywdy niż parasolka. Ale ochrona okazała się stalowa do końca – na bramce sprawdzali dokładnie, patrolowali teren i czujnie patrzyli na wszystko, co dzieje się wokół.

Jeszcze jeden zgrzyt. Tym razem tradycji stało się zadość i musiało trafić na dźwiękowców. Mała scena, gdzie grała alternatywa, była super – nagłośnienie czy światła śmigały. Duża miała problemy z dźwiękiem. Czasami było wszystko tak rozbujane, że trzeba było zatykać uszy. Zwykle się mówi, że nie ważne jak, byleby napierdalać. To nie jest tak i podkręcona głośność bardziej szkodzi odbiorowi niż pomaga. I tak się zdarzało, szczególnie za dnia. W nocnych koncertach, a szczególnie gwiazdach, już było lepiej. Nie wiem tylko czy to uszy się przyzwyczaiły, czy faktycznie zmieniono ustawienia. Odbiór był już lepszy. Inna sprawa, że obie sceny mają zupełnie inne otoczenie, które może wpływać na rozchodzenie się dźwięku. Duża scena była ustawiona pomiędzy blaszanymi pawilonami i tworzy się tunel, który może wywoływać dudnienie lub pogłos oraz wzmacniać dźwięki. Mała scena miała otwartą strukturę i wychodziła głośnikami „na pole” więc dźwięk miał gdzie uciekać i całkiem miło się słuchało nawet największego napierdalania. Widocznie już taka praca dźwiękowca, że zawsze dostaje po tyłku J

To teraz już przejdźmy do muzyki. Made of Metal miał podtytuł „melodic festiwal” zatem wszystko co prezentował na głównej scenie to pochodnie wszelkiej maści melodyjnego metalu, symfonicznego, gotyckiego czy power metalu lub folk metalu. Na małej scenie już było trochę ostrzej i różnorodniej – od trashu po speed i black choć grindu nie słyszałem. Było to zatem wydarzenie nie lada, szczególnie że dobór zespołów był bardzo dobry. Pierwszego dnia gwiazdą był teoretycznie właściwy odłam Rhapsody. Dowodzony przez Lukę Turillego stanowił naturalną odskocznię do Rhapsody of Fire. Byłem ciekaw jak wypadnie bo RoF jest super i przebić go byłoby trudno. Poza nimi wystąpili Edenbridge z niezłym żeńskim wokalem, przebojowi jak zawsze Atrocity, węgierscy wojownicy z Wisdom, piraci z Alestorm i późno w nocy zjawiskowa Sirenia. Na małej scenie przewijało się mieszane towarzystwo z czego zapamiętałem czeski „Cast of Mind”, folkowy Cruadalach oraz dziadka Roota. Te zespoły potrafią pokazać na co ich stać i nie było inaczej tym razem. Duża różnorodność pokazała siłę takiego festiwalu bo człowiek nie miał czasu zanudzić się przy jednym stylu. Oczywiście największe oczekiwania były w stosunku do Rhapsody i muszę przyznać, że wyszli słabo. Spodziewałem się poweru, emerald sword i ognia. Tymczasem było pełno patosu z filmików z youtuba wyświetlanych na telebimach, dużo gadania o „true and Orly Rhapsody” i temu podobne klimaty. Dużo osób przyszło właśnie dla nich i pewnie dobrze się bawili, ale dla mnie pozostał pewien niesmak. Na ostatniej tego dnia Sirenii mogłem odpocząć i skupić się na muzyce, którą znam i lubię.

Drugi dzień był trochę lżejszy, ale deszczowy. Jednak pod względem muzycznym dużo ważniejszy bo zagrać miał Haggard. Poza nim grał polski Pathfinder, Orden Ogan, babki z Crucified Barbara, gotycki Stream of Passion oraz druga odnoga Atrocity czyli Leaves Eyes z eteryczną Liv. Na małej niezłym kontaktem z publiką błysnęli … Polacy z Titanium oraz srodzy Rosjanie z Welicoruss. Wszystko słuchało się bardzo dobrze. A sam Haggard to mistrz nad mistrze – kto nie słuchał ten koniecznie musi to nadrobić. Najweselej wyszedł koncert Leaves Eyes bo występował tam Alexander z kilkoma gościami od siebie z zespołu, którzy zamiatali grzywami jak trzeba. W zestawieniu do drobniutkiej Liv wyglądali jak niedźwiedzie. Gość z Atrocity to też niezły showmen i nakręcał publikę co i rusz. Tego dnia wieczorem niezbędna okazała się herbata bo po deszczu było zimno. Wiele osób odpuściło ale wytrwałem twardo na posterunku. Warto było bo wieczorne koncerty były super.

Ostatni dzień to już w zasadzie podsumowanie ale i dwie największe gwiazdy – Therion oraz Ensiferum. W zasadzie poza nimi to niewiele innych kapel się liczyło. Bardzo przyzwoicie oraz wizualnie zaprezentował się Amaranthe – z trzema wokalistami w tym z piękną Elize. Nieźle też brzmiał Dark Moor choć do Wisdom się nie umywał. Na małej zaś była polska Desdemona, ostrzy Irlandczycy z Dead Label oraz zupełnie zakręceni Hiszpanie z Far`n`Hate. Gość był tak nakręcony że wbiegał pod scenę gdzie trochę zakręcił włosami, odśpiewał kilka fraz i zaczął wspinać się na stelaż sceny. A na głównej przybił drakkar z wikingami i Enisferum zaczęło niszczyć wszystko i wszystkich. Takiego kopa nie czułem już dawno. Szybko zagrane kawałki, melodie z dalekiej północy i ostre riffy. Do tego światła, nagie torsy grajków i walkiria za konsolą. To była idealna przeciwwaga do grającego po nich Theriona, który zrobił to, co zawsze. Od pierwszych taktów „Rise of Sodom” po „Megatherion” była moc na scenie. Ostro zagrane kawałki miażdżyły a sam zespół jakby zapomniał, że wydał francuskojęzyczną płytę.

Przy okazji zespołów o jeszcze jednym zgrzycie muszę wspomnieć. Ustawienia zespołów były takie, że pod koniec były nawet 50 minutowe dziury. Przy niesprzyjającej aurze i zimnie, czekanie tyle czasu na kolejny zespół, rozprasza całą energię zebraną do tej pory. Dobrze, że było gdzie przeczekać, ale i tak to za długo. Tak było z Therionem, na którego trzeba było czekać bardzo długo. To samo wcześniej z Haggardem i Rhapsody. Wyglądało jakby ramówka zespołów – szczególnie na małej scenie – coraz bardziej się rozjeżdżała i zostawiała coraz większe luki. To jest do naprawy więc nie jest to nic poważnego.

I tyle jeśli chodzi o Made Of Metal. Festiwal się skończył i okazał się bardzo udanym przedsięwzięciem. Teraz tylko czekać na przyszły rok, czy pojawi się po raz kolejny i potwierdzi swoją obecność na muzycznej mapie. A jak będzie trzeci raz to pewnie wejdzie na stałe do zbiorku miejsc, które trzeba koniecznie odwiedzić w każdy sierpień. Oby tak było i zapał organizatorów nie osłabł. Obecnie na stronie fejsbukowej kolejne zespoły i obserwatorzy wrzucają info o festiwalu i o tym, jak się dobrze bawili. I nie kłamią. Zabawa była przednia. Muzy jeszcze więcej a do tego wszystko w przyjaznej atmosferze. Dla wszystkich był przygotowany nawet specjalnie ważne piwo z okolicznego browaru o nazwie „MOM`s Beer”. Wszelkie konotacje tej nazwy są wskazane i całkiem trafne. Festiwal przeżyłem choć było dużo muzyki i spędziłem na nim bardzo dużo czasu. Nie otępiał monotonią, nie zagłuszał ścianami dźwięku i nie męczył krzykami. Na miejscu było najwięcej Czechów i Austriaków. Sporo było Węgrów i Słowaków a Polaków wyjątkowo mało. Podejrzewam, że za rok będzie już nas dużo więcej. Czesi będą kolejny festiwal narzekać, że wszędzie pełno Polaków :) Ale niech nikt się nie zraża. Przyjechać trzeba, spróbować langosza i bawić się łagodniejszą stroną metalu.

 

Paź 262013
 

 

“The Preacher’s call to tell you all

He saw damnation in his crystal ball”

Lipiec od zawsze był wyjątkowy z racji festiwali. Szczególnie, że zwykle było miejsce na nie zarówno w Polsce (Castle Party) jak i w Czechach (MOR). Ten rok wprowadził istotną zmianę. Impreza w Bolkowie przesunęła się o kilkanaście dni wcześniej. Zwykle ostatni weekend lipca był jej a teraz wypadł środek miesiąca. To wprowadziło potężną kolizję z MOR-em, który jest równie dobry choć nie tak specyficzny. Jednak muzycznie są bardzo podobne i dają podobne doznania. Jednak nie posiadam zdolności translokacji i musiałem wybrać na co pojechać. Nie tylko mnie to dosięgło bo wielu znajomych też rozważało poważnie, co usłyszeć. Ostatecznie wygrał MOR bo jest bardziej zróżnicowany, tańszy i dłuższy. Dzięki uprzejmości samochodowej miałem zapewniony transport więc nie pozostało nic innego jak tylko oddać się muzie i posłuchać co przygotowali Czesi w tym roku.

Jednak zanim o samym mięsie muzycznym to jeszcze chwila nad organizacją. Co roku jest niemal tak samo i widać, że przygotowania są na całego. Zabezpieczone miejsca parkingowe, pola wymiotowe ciągnące się już od zjazdu na kurort Luhacovice i organizacja ruchu już na samym polu festiwalowym. Podoba mi się to wszystko bo przynajmniej wiadomo co i gdzie. Jedynym minusem, choć raczej wynikającym z mojego roztargnienia, było zamieszanie z kubkami. Kubki do napojów były klasyczne, plastikowe, wymienialne przy kolumienkach na kolejne. Trzeba tylko zapłacić kaucję. Podobne kubki, ale z nadrukiem mastersowym, można było kupić na stoisku z oficjalnymi merchami, ale nie nalewano do nich piwa i nie wymieniano. Zatem by się napić piwa i tak trzeba było wykupić zwykły kubek. Jakaś tam wywieszka o tym wisiała, ale nie zauważyłem jej i chwilę postałem zanim Czeszka przy piwie wyjaśniła w czym rzecz. Reszta była już w porządku. Koszulki, jak co roku, nie zachwycały ale z obowiązku trzeba mieć. Gadżetów było nawet sporo i każdy mógł sobie coś wybrać – od latarki po opaski na głowę. Program też był – i jak zawsze za wszystko trzeba było płacić oddzielnie.

W tym roku zapowiadało się całkiem nieźle biorąc pod uwagę występ kilku zespołów, które chciałem zobaczyć ze zwykłej ciekawości. Ich usłyszenie w Polsce byłoby niemożliwe, bo nadal sporo tras omija Polskę mimo że to takie dobre miejsce do koncertowania. I często, po długiej nieobecności, wszyscy się przekonują i dziwią, że jeszcze  u nas nie byli. No, ale to może takie patriotyczne podejście choć dobrze tłumaczy wiele takich tekstów, które dało się słyszeć nie raz ze sceny. Dzięki większym imprezom dość blisko naszych granic – jak MOR czy BA – można naprawdę wiele usłyszeć i poczuć choć troszkę powiew wielkiego metalu z całego świata.

“Warning from the bible of the beast
Never trust a werewolf from the east”

Pierwszy dzień nie jest za długi. To taka rozgrzewka przed resztą festiwalu, ale już z gwiazdami i wielką pompą. MORa otwierał, jak kilka lat temu, Fleret. To miejscowa kapela rockowa, którą znają wszyscy. Wszyscy Czesi oczywiście. To też dobry moment by rozejrzeć się wokół – szczególnie rzucić okiem na stoiska i zabawy ludyczne. To też jest nieodzowny element MORa. Masa pierdółek wszelkiej maści i jakości – od płyt i naszywek po dmuchane gitary, kolczyki do nosa i lateksowe maski zombie na twarz. Na placu niedaleko bocznej sceny rozstawiło się miasteczko rozrywki, gdzie można było wejść na dmuchaną ściankę, powalczyć w puchowych strojach zawodników sumo oraz skoczyć na bangee. Ja z tych atrakcji wybrałem sobie zrobienie puszki coli z moją ksywą. Kosztowało to 35 koron więc nie majątek a pamiątka jest przednia.

A wracając na główną scenę to wypełniło ją mocne trio w postaci Arkony, Primal Fear i Grave Diggera. Niemal klasyka festiwalowa i to w dodatku już oglądana w tym roku. Masza i reszta kapeli jak zawsze żywiołowa i w słowiańskim żywiole. Klapki tylko furkotały jak ludzie wpadali w młyn. Spokojnie było na Primalach bo to już starszy zespół, ale ogień też był – szczególnie na „Metal is forever”. I wreszcie Grave Digger w szkockich klimatach. Obowiązkowe wykonanie „Rebelliona” odbyło się chóralnie i z pompą. Co prawda nie było spódniczki i dud, ale i tak było fajnie. W międzyczasie chodziłem na drugą, mniejszą scenę by zobaczyć jak dają sobie radę mniejsze zespoły. I dawały radę. Co prawda przypominało to trochę garaż, ale na pewno występ na takiej imprezie będzie dla nich czymś wyjątkowym. I wielu ludzi też tak sądziło, skoro przychodziło oglądać i posłuchać kogoś na mniejszej scenie. Nie pamiętam teraz, kto jak grał, ale posłuchać było można.

“We are devils in disguise
We’re the demons of the night”

Drugi dzień już poważniejszy i znacznie cieplejszy. Upał był potworny i tylko arbuz ratował sytuację. Dobrze, że pod Sole jest Albert więc zaopatrzenie było bezproblemowe. Sjesta trwała jakiś czas bo w słońcu nie dane było wytrwać. Zaplanowałem na dzisiejszy dzień zobaczenie „Elvenkinga” i później „The 69 Eyes”. Dzięki temu przynajmniej przez godzinkę poczuje się jak w Bolkowie. „Elvenking” dał radę choć studyjnie z ozdobnikami brzmią ciekawie niż prezentowana na surowo dawka power metalu. Goci dla odmiany brzmieli dobrze i ciekawie. Nagłośnienie dało radę i ten pierwszy raz z nimi nie był niczym zakłócony. Dobry koncert wieczorową porą był czystą przyjemnością. I nawet bramboraki, które znikały wokół w tempie wody, nie przeszkodziły swoim zapachem w odbiorze niemaszków. Na mniejszej scenie zaś furorę zrobiła „Good Girl Maggie”. Polacy z Cieszyna i z fajną laską na wokalu dali radę i byli bardzo dobrze przyjęci. Muzycznie jeszcze surowo brzmią, ale za to mają chwytliwe kawałki. Komentarze początkowo po angielsku szybko przeszły na polski. W końcu Czesi też to rozumieli więc nie trzeba było się gimnastykować. Ciekawy występ był znacznie lepszy niż grający na głównej „Prong”. I to pokazało, że czasami tutaj lepiej grają niż gwiazdy. Tutaj zaczynał przecież Dymytry, który w niedzielę zagrał już na głównej. Jak widać, można się wybić jeśli ma się pomysł i uparcie dąży do celu.

Bardzo byłem ciekaw Rage z orkiestrą symfoniczną i nie zawiodłem się. Surowe kawałki w orkiestrowej aranżacji zawsze chwytają za serce. W dodatku grane z zespołem więc przy wspomaganiu metalowym. Bardzo ciekawa koncepcja i bardzo udany występ. Ten zespół orkiestrowy – Lingua Mortis Orch – wydał swoją płytę i nie wiem, czy jej nie zakupić. Mają swoje kawałki a nie tylko covery więc byłoby co posłuchać. Pewnie drugiej Apocalypticy z tego nie będzie, ale inicjatywa jest nad wyraz ciekawa.

“All we pray, alone we can’t decide
Catholic in the morning
Satanist at night”

Trzeci dzień czyli sobota już była chłodniejsza i deszczowa. Skoki temperatur były duże i można było się załatwić jak się nie pilnowało. Jakoś udało się bez chrypy i kaszlu przebyć tą zmianę i z trdlo migdałowym w ręku zameldowałem się pod sceną. Na dziś przewidziałem kilka ciekawych punktów choć głównie powtórkowych, ale za to jakich. Obowiązkowa rundka po merczach nie ujawniła niczego nowego. W miasteczku też nic nowego. Coraz więcej za to było ludzi idących na azymut, śpiących pod zaszczanym płotem i patrzącym wokół niewidzącym wzrokiem. Takie są prawa festiwalu i nie wierzę, że na Woodstocku nie było pijanych i nie palono trawy. Chwalono się tym, ale to propaganda, której kłam zadaje każdy inny festiwal, na którym byłem. Skoro na mniejszych jest to dość częsty widok, to przy ponad pół milionowej widowni jest to pewnik. I żadna propaganda tego nie zmieni.

A muzycznie zaczęło się od fińskiego „Waltari”. Spokojnie i bez problemu wprowadzili oni przeciętnym występem w klimat konieczny dla „Moonspela”. A ci, jak przystało na profesorów metalu, rozwalili wszystko wykonaniami, których każdy zazdrości w ich repertuarze. Nie zabrakło hitów z dawnych lat i z tych całkiem nowych. „Full moon madness” zawładnął Czechami w pełni. A po nich przyszła kolej na potwory z Finlandii czyli “Lordi” w pełnej krasie. To showmani pełną gębą – nie dość, że mają niesamowite lateksowe stroje to jeszcze pokazują mini scenki obrazujące różne sposoby zgonu. Jest świecący topór, piła motorowa, sypiące iskrami gitary, wybuchy oraz petardy. Do tego przegląd wszystkich hitów – czyli bez „Rock Hallelujah” nie mogło się obyć. Publika szalała i cieszyła się z każdej sceny, którą pokazywał „Lordi”. To miłe zakończenie dnia bo już na Yngwie nie starczyło mi sił. Wiedziałem jak gra i dobrze jest go posłuchać na słuchawkach, ale na koncercie, który miał być do północy już niekoniecznie. Jeszcze szybkie wejście na bramboraka, oblecenie merczy i do hotelu „Sole”. Trzeci dzień można uznać za zakończony.

“And we all
Die, die, die tonight
Sanctified with dynamite
Die, die, dynamite
Halleluja!”

Niedziela wstała deszczowa, choć dość szybko się rozpogodziło. I całe szczęście bo stanie w deszczu nigdy i nigdzie nie jest przyjemne. Dłuższy odpoczynek niż zwykle należał się – tym bardziej, że dziś będzie dłużej i znacznie intensywniej. Zaczęło się od „Xandrii” – miły występ na początek ostatniego dnia festiwalu. Już ich słyszałem a zespół należy do czołówki female fronted metal. Ciekawy wokal i poprawne wykonania choć jakoś nie urzekły. Oczywiście nieśmiertelny „Ravenheart” musiał być. To ich największy przebój i jak na razie jedyny. Szkoda że takiego potencjału, jaki jest w tej piosence nie przekuto na inne. Może kiedyś?

„Sanctuary” przeszło bez echa. Wykonanie nawet niezłe i dobre na wczesny obiad w postaci kureci meso i opiekane bram borki. To wystarczyło by zdążyć na Anneke van Giersbergen. Byłej jej ogromnie ciekaw. Była w Warszawie kilka miesięcy temu ale nie poszedłem. Dziś miałem to nadrobić i ocenić czy ładniejsza część „The Gathering” ma nadal pazur. No właśnie. Wynudziłem się koszmarnie. Kawałki były jakieś takie płaskie, bez polotu i śpiewane tak jakby śpiewała to Sipińska a nie Anneke. Wyszedłem w połowie by obejrzeć merche i zobaczyć co dzieje się na małej scenie. I nawet kawałek „The Gathering” nie brzmiał tak, jak w zespole. Słysząc to nie żałowałem, że nie byłem w Wawie na jej koncercie. Byłbym jeszcze bardziej zawiedziony. Choć może w klubie łatwiej by trafiło to do mnie niż na dużej scenie. Ale trudno, stało się. Obecnie ani Anneke ani zespół nie brzmią tak, jak kiedyś razem. Coś się skończyło i coś się zaczęło. Jeszcze zespół kupuję, ale solówkę pani odpuszczam.

Po niej na scenie pojawił się duet dość nietypowy, ale jak popatrzy się na skład zespołów to nawet logiczny. „Leaves Eyes” i „Atrocity” razem na scenie to jak ogień i woda. Zjawiskowa Liv z nieokrzesanym Niemcem. Delikatność brzmienia z metalowym łojeniem (dobra, nie każdy uważa że Atrocity to metal, ale nie brzmią przynajmniej jak Justin). Takie połączenie jest jednak możliwe. Muzycznie kiedyś występowali razem jako „Theathre of Tragedy” (chlip!), prywatne byli nawet małżeństwem. Obecnie każdy ma swoją drogę zawodową i prywatną. Spotkali się na scenie, przywitali, ucałowali i zagrali razem „Shout”. Dla mnie Atrocity to coverki i nic tego nie zmieni. Grają co prawda swój materiał, ale jest on tak przeciętny, że na koncercie prześlizgnąłem się nad nim. Szczególnie, że dużo lepiej zaprezentował się performance, który Niemcy przywieźli ze sobą. Obejmował on taniec dwóch rozebranych do bikini panienek. Dobrane były ze smakiem i widać, że tańczą profesjonalnie dla mniejszej widowni. I to okazało się dużo lepsze niż muzyka. Trochę szkoda, ale przynajmniej każdy patrzył się na laski a nie na zespół. Liv zagrała jeszcze jeden kawałek razem z Niemcami a potem zaprezentował się jej zespół. To tylko kawałek „ToT” i to słychać. Idealne połączenie delikatności z brutalnością dawało wtedy mieszankę nie do podrobienia. Teraz tego nie ma i brzmienie jest dużo bardziej przeciętne. Tym bardziej, że zespołów ffm jest już tak dużo i w naprawdę dobrej jakości muzycznej, że trzeba szukać czegoś unikatowego. „Leaves Eyes” to nadal czołówka ffm – to się nie zmieni. Jednak w porównaniu z „ToT” wypada przeciętnie. Mimo to podwójne wystąpienie było ciekawe i dość urozmaicone. Dzięki laskom nie wynudziłem się do końca a ciekawość oglądania obu zespołów po raz pierwszy wypełniła skutecznie czas i uszy.

Przerwa po podwójnym uderzeniu nie trwała długo. Tym bardziej, że potem miał zagrać „Powerwolf”. „Powerwolf”. Celowo dwa razy bo w powermetalu ostatnich lat chłopaki wymietli wszystko, co było do wymiecienia. Szczególnie w dziedzinie wampirów, religii oraz wilkołaków. „Sabaton” trzyma część wojskową, „Blind Guardian” i „Rhapsody” – fantasy, a „Powerwolf” – wiarę. Koncert był zajebisty. Co prawda podobny do tego z Metalfestu i do tego sprzed roku, ale co tam – Atillę można słuchać non stop a skoczne rytmy „Werewolf from Armenia” czy „Sancify with Dynamite” albo „Ressurection by erection” zostają w głowie jeszcze parę tygodni po koncercie. Jeśli jeszcze nie słyszałeś Powerwolfa to natychmiast to nadrób. Takiej radości z grania już dawno nie słyszałem a energia ładująca metalowe serce bije z każdego kawałku. W zasadzie na tym miłym akcencie można było zakończyć. Jednak na wieczór przewidziano coś specjalnego.

Wiedziony ciekawością i przymuszony tłumem zostałem na koncercie „Avantasii”. Dali 3 godzinny koncert w postaci metal opery wykonywanej specjalnie na MOR. Scenografia, kompozycje, orkiestra i cała reszta była na najwyższym poziomie. Wszystko wysmakowane i podane z pietyzmem. Nic dziwnego, że Czesi ich uwielbiają. Jakbym powiedział coś złego na Avantasię, to pewnie był został zatłuczony klapkami na żywca. Nie dotrwałem do końca. Jak dla mnie było to zbyt monotonnie. Nie znam aż tak bardzo Avantasii by wytrwać na ich specjalnym koncercie trzy godziny. Po godzinie dałem spokój i wyszedłem odprowadzany wzrokiem wściekłych Czechów, którym przeszkodziło się w celebrowaniu chwili. Godzinka jak dla mnie wystarczyła. Gdyby to była Metallica albo R+ to i cztery by się wytrzymało, ale nieznany zespół odpuszczam.

I to tyle z tegorocznego MORa. Było fajnie choć w składzie obejmującym moją osobę i ludzi, którzy mnie podwieźli. Jednak muzycznie trochę się działo. Czy byłoby tak samo jak na Castle Party? Nie wiem. Nie chcę żałować tylko pamiętać, że to był dobry czas. Pozostaje CP za rok, które znowu jest wcześniej i znów zahacza o MORa. Trzeba będzie uważniej popatrzeć na składy i zdecydować. A póki co „Powerwolf” rządzi i udowadnia, że moc jest wielka.

“When the moon is high
Told you soon will die”

 

Lip 052011
 

Koncertowy rok 2011 nie zaczął się w styczniu tylko w lutym i to w dodatku w jego drugiej połowie. Otwierał go nie kto inny tylko Rhapsody of Fire czyli dawne Rhapsody. Takiej okazji do obejrzenia legendy, która po raz pierwszy pojawiła się w naszym kraju, może nie być już nigdy, więc nie wahając się (za)specjalnie udaliśmy się raźno na mroźny Śląsk. Koncert miał odbyć się w katowickim Mega-klubie, którego podwoje otworzyły się przed nami po raz pierwszy. (Marcin: Niczego z tego koncertu nie żałuję bo nie dość, że przejechało się szmat drogi to jeszcze można było na żywo usłyszeć „Emerald Sword”).

Wszystko tradycyjne zaczęło się w Warszawie, skąd ruszył raźno Wilk mając na swoim grzbiecie naszą trójkę: Marcin, Zbyś i Minkar. O tym, że muzyka nakurwiała przez cały czas tematyczne kawałki, nie muszę chyba pisać, bo to jest oczywiste. Głównie leciały kawałki Rhapsody, ale też i inni koncertowi wykonawcy znaleźli swoje miejsce na CD-ku – chociażby Vision of Atlantis – albo też szły seciki utrzymane w podobnych klimatach. W mroźny lutowy dzień (Zbych: to była nie lada przeprawa dla Wilka, jestem z niego bardzo dumny, temperatura wskazywała -20 stopni na trasie więc nie było lekko, nawet na siku nie chciało nam się zatrzymywać z powodu panującego mrozu) cięliśmy przestrzeń jak przecinak do metalu. Ponieważ był to środek tygodnia, to ruchu na drodze nie było i dość gładko udało się przemknąć katowicką pod sam hostel w dawnym Stalinogrodzie.
Continue reading »

Sty 082011
 

Wreszcie. Udało się. W końcu. Blind Guardian do posłuchania. Legenda niemieckiego metalu wreszcie na pełnoprawnym koncercie w Polsce. (Marcin: Już myślałem, że nie doczekam się tej chwili, a tu niespodzianka). (Zbych: Blindów kojarzę głównie jako gości od śpiewanego Władcy Pierścieni, z racji wielu piosenek osadzonych w świecie Tolkiena. Swojego czasu miałem nawet w posiadaniu całą ich dyskografie ale jakoś nigdy nie miałem czasu solidnie ją obsłuchać. Po tym co zobaczyłem, czas nadrobić braki !) Zaskoczył nas Blind, oj zaskoczył, ale jedziemy po kolei. Na początek oczywiście piwko przy barze naszym zwyczajowym kąciku przy stoliku.

W Stodole rwetes jak nigdy. Fani Blinda zjechali się z całej Polski, bo to był jeden z dwóch koncertów w Polsce, a że wcześniej nie byli u nas (poza Płockiem rok temu) to okazja na ich zobaczenie była przednia. Chłopaki są starsi niż węgiel, ale dobrze sobie radzą i dobrze się trzymają. (Marcin: Przez to ich nie poznałem. Cholera, nie rozpoznałem ich! Ja pierdolę!) Najpierw skrócili support do jednego zespołu a potem pojawili się Oni i  (Marcin: dopiero jak zaczęli grać to słyszałem Blinda, ale nie skojarzyłem wyglądu). Hansi nie wyglądał jak Hansi – normalnie mega fuck up. Oglądaliście może oficjalną wersję „Bard song” robioną dla MTV Unplugged? Pamiętacie tego grubaska który tam śpiewa? No właśnie…a teraz jest inaczej.
Continue reading »

Paź 192010
 

„…by the sword…czing..czing”

Dziś miał być dzień Manowara. W głośnikach leciał od rana. Przy pakowaniu bagaży świstały miecze, ryczały głośniki laptopa i grały gitary. Sprawnie rano opuściliśmy hotelik i ruszyliśmy na południe, do kurortu. Pomimo wczesnej godziny, 8.00, żar lał się już z nieba strumieniami. Temperatura w cieniu sięgała trzydziestu paru stopni. Powietrze nad asfaltem drgało jak na pustyni. Zero chmurek na niebie. Krótka wizyta w Albercie i ruszyliśmy. Na miejscu byliśmy zgodnie z planem i zadomowiliśmy się w pokoju. Widok na las i wzgórza, spokojna ulica, wilk zaparkowany za bramą na podjeździe, 300 Koron od łba za noc – raj na ziemi. I jeszcze ten żar. Prysznic, telewizja i invasion – pełne korzystanie z uroków urlopu i festiwalu. Dziś czekało nas spotkanie z Królami Power Metalu i nie chcieliśmy nawalić.

Jednak zanim do tego doszło czekało nas jeszcze miłe spotkanie z Epicą. Fajnie grają, Simone – wokalistka – śpiewa ładnie i wygląda ślicznie. Zagrali wszystko to, co trzeba – „Cry for the moon” wyszło rewelacyjnie. Brzmienie kobiecego głosu w połączeniu z ostrymi gitarami wypada naprawdę dobrze. Tarja może się uczyć od Epicy jak powinno wyglądać granie i śpiewanie w takim tandemie. Jeśli kiedykolwiek chcecie wybrać się na koncert zespołu z babką na wokalu to Epicę polecamy w ciemno – tak jak Within Temptation, Xandrię czy nasz polski Unsun. Continue reading »