Cze 142015
 

Dawno już takiego koncertu nie było, gdzie był tylko mrok i czerń. Greckie uderzenie black metalu, gdzie lewy sierpowy to Varathron a prawy to Rotting Christ, mogło zwalić z nóg największego twardziela. To klimaty dalekie od mroźnych i lodowych pustkowi dalekiej Norwegii. Tutaj pobrzmiewają echa górskich zaśpiewów, szumu morza i ciepłego powietrza. Ale wszędzie jest mrok, który jest tak samo czarny i tak samo dojmujący jak ten z północy.

Rotting Christ to zespół, który nie potrzebuje specjalnego wejścia czy zachęty do słuchania. Świetnie się go słucha i równie świetnie czuje, gdy brzmi gitara oraz rytmiczne dudnienie bębnów. Sakis ma również na tyle charakterystyczny głos, że kawałki są wyróżniające się i do tego bardzo melodyjne, co dla niektórych jest przeszkodą. Black to black – skrzeczenie, wycie, malowanie i arytmia. Rotting ma swój własny charakter i styl, który nie każdemu może się podobać. Ortodokści będą kręcić nosem ale mi to pasuje. Varathronowi bliżej do klasycznego blacku niż Rottingom. To było słychać w wokalu i brzmieniu. Varathron to surowe brzmienie, gdzie nie ma miejsca na ozdobniki czy dłuższy i regularny rytm. Oba zespoły to niekwestionowana czołówka greckiej sceny blackowej. To, że przyjechały razem, to dobra okazja by je posłuchać i porównać. Tak dla odmiany i odpoczynku od srogich Norwegów.

Publika bawiła się wyśmienicie doceniając surowe brzmienia Varathrona i wpadające w ucho zaśpiewy Sakisa. Koncert był bardzo udany, różnorodny i choć mniej było partii chórowych, to jednak dobrze brzmiący. Progresja bawiła się wyśmienicie i długo nie chciała wypuścić Greków za scenę. Nie zabrakło kawałków w postaci „King of stellar war” czy „The sign of evil existence” albo granego na wstępie „666”. Wszystko grane żywiołowo i z pasją – do której już nas chłopaki przyzwyczaili. Widziałem już ich chyba ze cztery raz i jeszcze nigdy nie zgrali słabo więc zapowiada się, że następny ich występ będzie równie udany. Czego sobie i wam życzę.

 

Rotting Christ in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.

Cze 012015
 

Hansi z ekipą długo nie przyjeżdżali do Polski, ale jak zaczęli raz – dawno temu w Płocku – to od tamtej pory starają się bywać w miarę regularnie. Sam już na dwóch ich koncertach byłem i zawsze były to wielkie uczty muzyczne. Nie dość, że instrumentalnie Bling Guardian jest fenomenalny to jeszcze w warstwie melodyjnej i tekstowej prezentuje się nie gorzej. Ponad 30 lat grania robi swoje i zespół zdołał już przetrzeć swoje szlaki na metalowej scenie i stać się już rozpoznawalną marką światową.

Progresja przyjęła Niemców ciepło i jak zawsze z dużą estymą. Tylko jeden przedskoczek zapowiadał szybki koncert bez owijania w bawełnę. Nawet Knockout na stronie podawał, że koncert ma trwać do 22 co dawało około półtorej godziny grania. Rzeczywistość przerosła oczekiwania i Blind Guardian dał prawie dwu i pół godzinny koncert, którym udowodnił to, co chyba wszyscy wiedzieli. Po pierwsze, że to światowa liga power metalu i po drugie, że w Polsce dobrze im się gra a publika ich kocha. To zawsze jest dobrze usłyszeć od zespołu i po zachowaniu na scenie można bez problemu wyczuć, czy mówili prawdę. Hansi już na początku zaznaczył, że z ten koncert jest nagrywany co jeszcze bardziej rozochociło publikę.

Pełna setlista nikogo chyba nie zdziwiła. „Banish from sanctuary”, „Nightfall”, „Fly”, „Tanelorn”, „LastCandle”, niesamowity „Lord of the Rings” oraz wybłagany kilkukrotnie okrzykami „Majesty”. Pierwsza przerwa zakończyła się „Imaginations from the OtherSide”. Publika śpiewała razem z Hansim a czasami nawet go wyręczała co niezmiernie cieszyło cały zespół. Wiadomo, że na materiale live śpiew publiki wychodzi najlepiej. Pierwszy bis to super wykonanie „War of wrath” oraz „Twilight of the Gods”. Do tego jeszcze dwa kawałki, których nie pamiętam, ale wszyscy skandowali nieustająco „Valhalla”. Pojawiła się ona dopiero na drugim bisie razem z epickim „Bards Song” oraz energetycznym „Mirror, mirror”. Mimo że te piosenki słyszało się już kilka razy to nadal są one tak poruszające i dające taki power, że człowiekowi nigdy nie jest dość. To magia Blindów i mało który zespół potrafi takie rzeczy robić.

Prawie trzy godziny zleciały jak z bicza strzelił. Kolejne utwory wyciskały energię, zmuszały do ruszania a Hansi co i rusz dopingował do śpiewania, klaskania i skakania. Gość mimo wieku daje radę a charyzmą jest w stanie dorównać największym. Obycie sceniczne i kontakt z publiką ma opanowane do perfekcji. Może zrobić wszystko i korzysta z tego by dać jeszcze więcej muzyki dla wszystkich. Dlatego właśnie Blindzi to jeden z zespołów, którego mogę polecić w ciemno każdemu, kto chce posłuchać dobrej muzy. Na koncercie jest wszystko – i ostre granie i ballady i wersje akustyczne. Szczególnie te ostatnie są ozdobą każdego koncertu i chyba dlatego Bards Song brzmi tak obłędnie.

Tomorrow will take us away
Far from home
No one will ever know our names
But the bards’ songs will remain
Tomorrow will take it away
The fear of today
It will be gone
Due to our magic songs

Blind Guardian in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.

Cze 012015
 

W przeszłości było mało koncertów, które miały lepsze suporty niż sama gwiazda wieczoru. Czasami wynikało to faktycznej różnicy klas (jak w przypadku koncertu Tristanii i na przedskoczku Van Canto) a czasami z moich preferencji (jak to działo się gdy przyjechała Sirenia mając ze sobą fenomenalnych VisionBleak). Gdy zapowiedziano Sonatę Arcticę to nie podniosło mi to specjalnie ciśnienia, ale gdy zobaczyłem, ze ma przed nimi grać Freedom Call, to zmieniło całkowicie moją perspektywę.

Na dwie godziny przed koncertem okazało się, że wokalista Sonaty zaniemógł po koncercie w Krakowie. Progresja zwracała kasę za bilet ale koncert i tak się odbył, gdyż inne zespoły dały pełne koncerty. Chyba nie muszę pisać, że to było najlepsze co mogło się zdarzyć. Na Niemców z Freedom Call czatowałem już od bardzo dawna i nigdy nie było mi po drodze z nimi. Słuchałem ich kawałków, znałem je niemal wszystkie, ale koncert zawsze mnie omijał. I stało się. Wreszcie.

Koncert zaczęli chłopaki z Twilight Force i dość solidnie rozgrzali nieliczną publikę. Stylizowani na elfy, ze spiczastymi uszami, zagrali skoczny power metal z lekkością i swobodą. Kilka technicznych wpadek nie znaczy nic wobec energii jaką emanowali. I dobrze, bo w takiej muzyce energia to podstawa – w końcu nazwa zobowiązuje.

Freedom Call przyjechało z promocją swojej nowej płyty będącej hołdem wobec wydanej 666 tygodni temu „Beyond Eternity”. Zapowiadał się więc przegląd największych przebojów i nie pomyliłem się. Usłyszałem to, co miałem tylko na krążku a co dobrze jest usłyszeć na żywo, z publiką i energią wylewającą się ze sceny. Hity w postaci „Eyes of the World”, „Flying High” czy „Metal Invasion” rozpalały każdego kto choć raz słyszał te kawałki. Ludzie, którzy ich nie znali i tak kiwali się w ich rytm bo przy tym nie da się stać spokojnie. Kolejne kawałki tylko dolewały oliwy do ognia – „Power &Glory”, „Freedom Call”, „Warriors” i „Land of light”. Wszyscy słuchający stali się wojownikami (hrrrr!!!!) i długo nie puszczali chłopaków ze sceny. Warto było to przeżyć i odżałować Sonatę bo takiej dawki power metalu nie dostałbym, gdyby nie to niefortunne zdarzenie. Stare przysłowie sprawdza się w tym przypadku co do joty – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Bawiłem się dobrze. Mało ludzi nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Oddani fani Freedom Call zrobili niezłe zamieszanie pod sceną a sam zespół był zachwycony przyjęciem. I zasłużyli sobie bo widać, że dawali z siebie wszystko. Tak jakby szansa zagrania pełnego koncertu a nie tylko granie jako suport zdopingowało ich do grania na 100%. I chwała im za to. Power and glory!

Freedom Call in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.

Maj 142015
 

Faceci w lateksie. Tak określili to kumple w pracy. I cóż ja poradzę że mam słabość do potworów? Lordi widywałem wcześniej tylko na festiwalach a dopiero teraz usłyszałem ich w wydaniu klubowym. I wyszło naprawdę dobrze choć nadal uważam, że bez lateksów to chłopaki nie przebiliby się do nawet do drugiej ligi metalowego grania. Bez tej otoczki potworności i inscenizacji na scenie byliby kolejną kapelą śpiewającą o metalu, rockndrollu, kobietach, mroku i szatanie. Ale ubrani w lateksowe stroje ważące dobre 10 kg sprawiają wrażenie prawdziwie szatańskiej kapeli grającej ku uciesze publiki. Tym kupili ludzi w Europie wygrywając Eurowizję i tym zdobywają kolejnych dając koncerty na festiwalach. Warto ich chociaż raz zobaczyć by samemu wyrobić o tym zdanie.

Koncert zacznę od … merchów. Koszulka za 120 zeta to już jest przegięcie. Za połowę tego można mieć jakąkolwiek festiwalową koszulkę i jeszcze starczy na coś ekstra. Najwidoczniej zysk z biletów to za mało i kasę ciągnie się jeszcze z tego miejsca. Inna sprawa, że takich koszulek się nie kupi nigdzie indziej. Nie widziałem takich wcześniej a są niezłe bo można kupić oddzielnie koszulkę z demoniczną facjatą każdego typa z zespołu. Fajne, ale nie za taką cenę. Dlatego rogatki Progresji opuściłem szybko i zająłem miejsce przed sceną.

Gdy zabrzmiała muzyka, na scenę wypadł cały chaos pack z rogami, kopytami, łańcuchami oraz bliznami po bliżej nie sprecyzowanych obrażeniach zwykle mających śmiertelne skutki. Zabrzmiało „Hard rock alleluja!”, „Who’syourdaddy?” oraz „Sincerely Love” i kilka nowych kawałków z ostatniej płyty. Wszystko to przetykane przerywnikami z rozpruwaniem flaków, jedzeniem noworodków, zabawami ze szkieletem oraz tańcem Freddiego z Jasonem. Całość uzupełniał mikrofon z topora, świecąca i dymiąca czaszka, dymny karabin (który chyba się popsuł), zombiaczy Air Force One oraz konfetti. Show było niezłe, dużo się działo i grała muzyka. Czegóż można chcieć więcej? Chyba tylko bardziej ambitniejszych kawałków, ale to wtedy nie byłby Lordi :)

Lis 302014
 

Zrobiło się zimno, mroźno i coraz ciemniej każdego dnia. Znak to, że nadchodzi zima a jesień powoli ginie we mgle i mrozie. W mieście czuć rosnące oczekiwanie przed gwiazdką, kolorowe reklamy atakują z każdego kąta a supermarkety pękają w szwach od klientów i dostawców. W całej tej zawierusze jeden wieczór zda się niczym, ale wypełniony przednią muzyką musi wystarczyć na tyle by przetrwać zimę. I taki wieczór zapewniła Progresja organizując metalowy Folk Fest, który bardzo udatnie i bez zbędnych formalności doskonale zamyka tegoroczną jesień.

Festiwal zaczynał się od 16.00 ale przy korporacyjnym tempie pracy niemożliwością byłoby dostanie się o tak pogańskiej porze do Fortu Wola. Nie w piątek po południem, gdzie cała „warszawka” rusza do domów w odległych miejscach i wszystkie wylotówki są zatkane niemiłosiernie. Dlatego obecność koło godziny 18 była już naprawdę dużym osiągnięciem. Akurat na końcówkę Percivala Schuttenbacha, który mile wprowadził w klimat festiwalu.

Percival pokazał się z jak najlepszej strony – zgrabne stroje, instrumenty oraz przaśna muzyka w sam raz do przytupywania i rozgrzania się po chłodzie okolic klubu. Nie dość, że grali bardzo fajnie i niezłym wykopem to jeszcze z jajem (choć są tam też panie). Naprawdę duża klasa muzyków  i bardzo dobry kontakt z publicznością, która była z zespołem przez cały czas. Najwyraźniej wszyscy czekali na „Satanismus” bo kiedy na koniec pojawił się ten kawałek to ludzie ryknęli jak dzikie świnie. A sam kawałek polecam, szczególnie dla wszelkiej maści obrońców czci i wiary. Skoro padają tam takie słowa „A kiedy przyjdzie do mnie Jezus | Pokażemy mu tabliczkę | Z kierunkiem na Wieliczkę” to chyba jest oczywiste, że musi się tym zająć prokuratura :) Folk już dawno przestał być nudny i bezpłciowy. Teraz ma solidną perkę, ostre riffy, fajne babki z chrypą w głosie i sporym dystansem do siebie i muzyki. Kiedy trzeba jest słowiańsko, a kiedy nie, to jest słowiańsko i zabawnie.

 

Jeśli chodzi o rozgrzewkę to by było na tyle. Po Percivalu mają grać już zagraniczne gwiazdy, których zestaw był naprawdę przedni. Stawkę otworzył islandzki Skalmold. Na żywca słyszałem ich pierwszy raz i wrażenie pozostawili bardzo dobre. Pieśni z dalekiej północy, śpiewane ochrypłym od zimna głosem, z ostrym akcentem i w rytmice wioseł drakkarów wpadały w ucho bez specjalnej pomocy. Słuchając tego można sobie było wyobrazić morski trud wikingów oraz uwalnianą furię po dopłynięciu do celu. Opowieści o Baldurze, Odynie i innych znanych bogach popłynęły z głośników i na kilka chwil zawładnęły tłumem. Ni w ząb nie wiedziałem o czym śpiewają poza pojawiającymi się nazwami własnymi, ale mogłem sobie wyobrazić ten cały śnieg, walkę z wielorybami i lodowymi gigantami. Mogłem przytupywać do marszowych rytmów perkusji myśląc, że to maszerują wikingowie bogaci w łupy. W ustach czułem smak maskonura oraz kawałków rekina, którym się zajadają Islandczycy. Jedyne, co mi lekko zgrzytało, to liczne „kopnięcia” w rytmie. Jak się słucha Germanów, którzy pod względem powtarzalności i marszowości są nie do zdarcia, to tam taka dysharmonia jest nie do pomyślenia. A tutaj występuje dość często. Człowiek macha głową, tupie do rytmu lub klaszcze w takt, a tutaj po kilku sekundach wpada zmiana tempa i rozwala cały dotychczasowy rytm. W Skalmoldzie trzeba się do tego przyzwyczaić, bo wiadomo, że na Wikingów nikt nie jest gotowy.

Druga w kolejności była Arkona. O niej pisałem już nie raz i nie dwa. Pojawienie się Rosjan jest zawsze żywiołowe, zawsze dobrze przyjęte i zawsze z uwielbieniem. Ich reklamować nie trzeba za bardzo, bo bronią się swoją muzyką. Słowiańskie nuty i ostry śpiew Maszy to wizytówka zespołu. Zagrali sporo z nowej płyty oraz kilka nieśmiertelnych kawałków na czele ze „Stenka na stenku”. Harmonia, dudy i przaśne granie od razu wprowadzają w niemal weselno-zabawowy klimat. Niektórym się to udzielało bo brali się pod boki i tańcowali (a nie tańczyli bo Słowianie tańcują). Obowiązkowy wall of death też był i wyszedł bardzo zacnie. Przy niemal pełnej sali udało się zrobić coś naprawdę fajnego. Ludziska bawili się przednio i o to chodzi w tym całym zamieszaniu spowodowanym muzyką. Bo ma być dla ludzi i jeśli ktoś przychodzi na koncert to dostaje to, co najlepsze. Na Arkonie nikt się nie zawiedzie, choć teraz było już krucho. Początek był bardzo słaby – nastrojenie instrumentów padło przez co śpiew i muzyka rozjechały się koszmarnie. W dodatku wypadło to na nowych kawałkach więc nawet nie było wiadomo, czy to tak ma być i publika milczała. Na szczęście potem było już lepiej. Mimo tego całego ognia i temperamentu Maszy koncert w ich wykonaniu był przeciętny. Słyszałem już lepsze i bardziej ogniste. Może to złe wrażenie tym nastrojeniem a może akurat faktycznie w ten piątek byli w gorszej formie. Mimo to, jeśli ktoś był pierwszy raz to zapamięta go bardzo dobrze i będzie przytupywał nogą jeszcze długo po koncercie. „Slawa bratia!” brzmiało co jakiś czas ze sceny i słowiańska dusza odzywała się we wszystkich zebranych przed sceną. Pogo, młyny, crowd surfing i nasz prosty, warszawski ogień było widać i … czuć. Klimatyzacja nie dawała rady i choć było ciepło i przytulnie, to jednak waliło jak z arki noego. Jakoś ta cała energia musiała wyjść z ludzi i wychodziła wszelkimi możliwymi porami :)

 I na koniec gwiazda czyli szwajcarski Eluveitie. To jest maszyna równie precyzyjna co piękna. Profesjonalizm z jakim został przeprowadzony koncert było czuć w każdej nutce i geście. Chęć grania, kontakt z publicznością i wspaniałe, celtycko-germańskie melodie, idealnie komponowały się z całością festiwalu. Prawdziwy Folk Fest było czuć właśnie wtedy, kiedy po dwóch wielkich blokach – nordyckim i słowiańskim – wjechali Celci i Germanie. A Eluveitie potrafi zagrać, zaśpiewać i wymęczyć wszystkich machaniem głową, skakaniem i porządnym poobijaniem się. O nich też już pisałem nie raz i powtarzać się nie będę. Ten koncert tylko potwierdza ich wielką formę i zawsze wyśmienite przygotowanie. Zagrali wszystko to, czego się należało spodziewać i choć „Inis Mona” była ledwie, ledwie na końcu, to jednak się pojawiła. A ten kawałek niezmiennie gra w mojej głowie, jest pamiętany i chwyta.

Wszystko skończyło się po północy zatem po ponad 6 godzinach słuchania muzyki. Zleciało naprawdę szybko i w bardzo dobrym towarzystwie. Nie wszyscy wytrzymali trudy stania i siadali gdzie popadnie choć głównie na podłodze. Niektórzy zaczęli to robić już koło 18 jakby już brakowało im sił. To ciekawe co by powiedzieli, gdyby mieli wytrzymać 10 lub 12 godzin na festiwalu, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek. Słaba ta młodzież dzisiejsza, o słaba. A najgorsze jest to, że jak się wszyscy rozsiedli to zablokowali przechodzących. To powodowało, że ludzie przeciskali się, popychali i szturchali. Wylało się niejedno piwo i dostało się nie raz z kolana przez przechodzących. Ale są sobie sami winni – skoro jest się na koncercie to nie ma siedzenia tylko stanie w oczekiwaniu na muzyków. Tak było zawsze  i pewnie młode pokolenie tego nie pojmuje, ale po staremu tak właśnie się robiło. „Wystanie” czegoś było normą i oznaką szacunku dla obu stron.

I jeszcze łyżka dziegciu w tym wszystkim. Pisałem poprzednio, ale teraz muszę to zrobić jeszcze raz i bardziej dosadnie. Progresjo – zrób coś do cholery z tymi szatniami!!!! Ja wiem, że jest tak jak jest i nie bardzo można coś przestawić, ale to, co dzieje się po koncercie to najgorsze standardy znane mi dotychczas tylko z Krakowa, z hali Wisły. Ja z szatni nie korzystam, bo przyjeżdżam autem, ale i tak muszę odstać swoje bo JEDYNE schody do wyjścia dzielone są z szatnią przez co stoją tam i „szatniarze” i zwykli przechodzący. O ścisku, przeciskaniu się i rozpaczliwych nawoływaniach nie wspomnę. Człowieka krew zalewa, że musi stać choć nie ma już po co, a ci, co stoją po kurtki wkurwiają się, że im ludzie z boku dochodzą i biorą rzeczy bez kolejki. Rozwiązanie wydaje się być proste – podzielić schody, postawić ochroniarzy i zaprowadzić porządek. Trzeba sprawdzić czy to działa bo inaczej taka sytuacja będzie się powtarzać zawsze. Zwykle ludzie brali kurtki wcześniej by po koncercie można było od razu wyjść. Teraz nic z tego. Wszystko jest tak zablokowane, że niepotrzebnie się bierze wcześniej rzeczy skoro i tak się czeka. W lato to nie przeszkadza, bo wszyscy idą do wyjścia i nikt nie zostaje przy szatni, ale w jesienno-zimową porę to staje się dramatem. Jedyna alternatywa to wyjście wcześniej – na bisach lub mniej więcej pod koniec – ale kto chce wychodzić wcześniej z koncertu??? Prezesie, proszę poczytać i wziąć do serca. Naprawdę.

Folk fest zakończony. Muza odeszła z ostatnimi jesiennymi liśćmi, a w powietrzu czuć mróz. Nachodzi zima. Muzyka cichnie, dudy milkną a na fujarkach nikt nie zagra będąc w rękawiczkach. Pozostaje tylko miłe wspomnienie w głowie i szum w uszach. Słowa i melodia, szmery i wspomnienia.

I close my eyes, Inis Mona
And reminisce of those palmy days
I moon o’er you, Inis Mona
As long as I breathe
I’ll call you my home

 

Lis 272014
 

Death metalem obrodziło tej jesieni w Wawie jak nigdy. Krótko po Cannibalach zagrali chłopaki z Morbid Angel rozwalając wszystko i wszystkich. Trasa koncertowa, którą zahaczyli o Polskę, pod lupę bierze jubileusz płyty „Covenant” zatem wszystko z niej można było usłyszeć. To nie lada gradka dla każdego szanującego się czarnucha co było widać po ilości osób zebranych w klubie.

Na Morbidów zawsze chciałem iść, ale nigdy się nie składało. Teraz, przy takiej okazji, wreszcie się udało i wreszcie mogłem poczuć ich muzę w uszach. Brzmiało świetnie. Całość oprawy też była niezła – ustawione standy symbolizujące ryciny ze średniowiecznych ksiąg oraz oświetlone pentagramy i oczywiście olbrzymi banner z nazwą zespołu. Gra świateł była cudna i pełna. Nie oszczędzano na niczym, a dym buchał jak z rozgrzanej lokomotywy. I do tego muza. Świetne solówki i dwa kawałki z Covenanta, które chciałem usłyszeć – Rupture i God of Emptiness. Zabrzmiały naprawdę dobrze, tłum szalał a powietrze wypełniały skandowania fanów i wspólne śpiewy z zespołem.

Koncert był udany a Progresja naprawdę daje radę. Jedna rzecz tylko zgrzyta. Zauważyłem to już przy innym koncercie, ale brałem za wypadek przy pracy. Skoro się to powtórzyło, to znaczy, że chyba nie jest to przypadek tylko stały proces. Chodzi o szatnię. Wiadomo, w klubie być powinna, szczególnie teraz, gdy robi się zimno. Jednak jej obecne rozwiązanie jest problematyczne. Kiedy cały tłum ruszy do wyjścia to zablokowane jest dokładnie wszystko – nie tylko ci, którzy czekają na szatnie, ale również ci, którzy nic nie zostawiają a chcą tylko wyjść na zewnątrz. Wąskie schody i brak podzielenia ludzi na szatniarzy i wychodzących robi zamęt i wszystko trwa dużo dłużej niż gdyby wprowadzić coś na kształt porządku przy szatni. Podział schodów byłby jak najbardziej wskazany. Tylko trzeba by to przestrzegać i oznaczyć by każdy wiedział, gdzie stoi. Klub się rozwija i może w przyszłości będzie lepiej. Życzę Prezesowi tego z całego serca.

Morbid Angel zagrał bardzo dobrze. Widać było, że chłopakom podoba się na scenie i podoba się im granie dla polskiej publiczności. Dobrze, że grają starą szkołę death metalu, gdzie jest miejsce na melodyjność i dźwięki oraz solówki i perkusyjne zabawy talerzami. Covenant jako album i tak jest lekko inny niż wcześniejsze dokonania, ale za to wyróżnia się na tle innych. Aż dziwne, że Rysio Nowak nie zareagował w żaden sposób, bo mógłby się obruszyć na teksty i wystrój sceny. I dobrze, bo oszołomstwa już nam więcej nie potrzeba.

 

Lis 252014
 

Jest coraz mniej kapel zasłużonych dla metalu, które jedną nogą były w czasach, gdy metal się formował i są teraz, tworząc go razem z innymi. Smutne to, ale niestety prawdziwe. Dlatego występ każdego z takich gigantów jest niezwykle cenny i niemal obowiązkowy. Tak ma się sprawa z Kanibalami, którzy napieprzają w struny i bębny już prawie 30 lat i nie zamierzają poprzestać na tym. Ich koncert w Progresji to na pewno mocny punkt tej dogorywającej jesieni.

Cannibal Corpse znałem z kilku kawałków, raz otarłem się na Wacken o ich koncert a najbardziej pamiętam okładki ich płyt. Na żywo w pełnym wymiarze słyszałem ich dopiero teraz i nie żałuję. Amerykańce dają radę mimo upływu lat a wokalista wymiata grzywą jak niejeden młodzik. Sam to nawet przyznał, że w tym to nikt go nie pokona a on bardzo nie lubi przegrywać. Ostre granie, łomot w bębny i dość charakterystyczny wokal sprawił, że lekko przygłuchłem. To świadczy, że było dobrze. Całości dopełniała oprawa, szczególnie światła. Nie było strobo i tylko kolorowe światła i główne od czasu do czasu. Całkiem to wyszło przyjemnie choć dla aparatu była to katorga. Każdy amator przy takim oświetleniu będzie zgrzytał zębami. I całe szczęście że muzyka była bo zdjęcia to i tak robią lepiej zawodowcy.

Specjalnie nie będę się rozwodzić na tym koncertem. Był bardzo dobry a dla fanów znakomity. Wiem, że obecnie jest wiele zespołów grających ostrzej niż CC, ale oni dopiero się wybijają a Kanibale mają się dobrze od tylu lat. A muzyka mile brzęczy w uszach. Co prawda powoduje potem efekt waty ale warto było. Tak tylko miałem po odsłuchaniu koncertu Lamb of God, gdzie uszy nie wytrzymały i po nim jeszcze dwa dni mi w nich dzwoniło.  Na Kanibalach nie było takiego odczucia, ale napierdalanka i tak była niezła.

Ponieważ ostatnio statystyki stały się bardzo ważne w Polsce i niektórzy podnoszą je do rangi wyroczni to i tutaj kilka ciekawych statystyk odnośnie Cannibal Corpse (kto chce szukać po necie to niech szuka – tutaj jest gotowizna)

»» Najbardziej pracowitym rokiem koncertowym był 2012 – CC dali 122 koncerty. Setkę koncertów w roku przekroczyli jeszcze w 2009 (118 koncertów) i w 1998 (101 koncertów).

»» Jak wygląda pierwsza trójka koncertowych hitów? „Hammer Smashed Face” grany 420 razy a potem „Stripped, Raped and Strangled” z 405 wykonaniami a na końcu „Make Them Suffer” z 356 odtworzeniami.

»» Najczęściej ogrywany album? Oczywiście „Tomb of the Mutilated”

»» Kraj, gdzie najczęściej koncertowali? To też nie jest zdziwieniem, bo USA z 560 koncertami. Potem są, o dziwo, Niemcy ze 132 koncertami i dopiero potem Kanada. Oj, nie lubią sąsiadów, nie lubią.

Lis 162014
 

 

To już kolejny występ Combichrist, jaki miałem okazję zobaczyć i usłyszeć. Norwegowie znani są z tego, że dają takie impulsy energii dla fanów, że czasami trudno ją potem wydać w przytupywaniu, machaniu głową czy rękami. Schodzi ona jeszcze długo po koncercie a to jest naprawdę cenne. Tym razem też tak było, choć jeśli mam porównywać „razy” to ten koncert był ledwie przeciętny.

Zaczął jednak support czyli William Control. Gotycka scena pewnie go kojarzy bo dla mnie to jeden z wielu twórców na niej i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Charakterystyczne dźwięki synthpopu ubrane były w podobnie brzmiące słowa i melodie ocierające się miejscami o Depeche Mode. Gość jednak walczył i chwała mu za to, bo publika się rozgrzała i była gotowa na Combi. To, co było lekko denerwujące, choć niekoniecznie w występie Williama to opóźnienie. Choć może inaczej – nie same opóźnienie co późne rozpoczęcie koncertu. Podejrzewam że było to podyktowane późniejszym afterparty ale jeśli ktoś nim nie był zainteresowany to musiał poczekać co najmniej do 21 na Williama albo do 22 na Combi. Wiem, że sporo ludzi zrezygnowało właśnie dlatego, że to było tak późno.

Ale nic to, czas na Combi. Zagrali wszystko to, co trzeba. Fajne intro z nowej płyty to jedyny kawałek, który mi się podoba. Na szczęście potem już było to, co tygrysy lubią najbardziej czyli „Blut Royale”, „This is my rifle”, „Maggots at the party”, „Never surrender” i oczywiście „Get your body beat”. I dobrze, że było dużo starych kawałków bo przy nich najbardziej czuć energię. Szkoda tylko, że ta energia nie była tak, jak kiedyś. Teraz ten beat był jakiś taki płaski a „Blut Royale” niemal mi uciekł przez uszy – tak był mało wyrazisty. Za czasów trasy z Rammstein w zespole było dwóch perkusistów – wariatów ekstremalnych – którzy nie dość, że dawali show to jeszcze wznosili kawałki Combi na poziom niespotykany. To był niezapomniany koncert w Progresji te parę lat temu a potem przed występami R+. I to był artyzm i idealne wykonanie. Teraz to ledwie cień tych występów i tej energii. Czytałem, gdzieś na jakimś blogu, że jednak koncert się podobał i były zachwyty. Nie przeczę, że mógł się podobać – szczególnie jeśli ktoś nie znał ich wcześniejszych tras. Kawałki były odegrane poprawnie i brzmiały super ale pozbawione były tego klubowego nalotu szaleństwa i energii, której nie ma na płycie studyjnej i nie ma na wszystkich koncertach.

Norwegów zawsze warto posłuchać. Mają niesamowity sposób splatania dźwięków i jest to nie do podrobienia. Podobnie jak sposób poruszania się na scenie Andiego. Każdy znajdzie tu dla siebie masę energii i pozytywnych emocji. Tu nie ma nudy a muzyka atakuje z wściekłością karabinu maszynowego. Polecam każdemu!

A teraz porównanie. Combi z trasy w 2010 i Combi obecnie. Porównajcie sobie te dwa wykonania i sami oceńcie, czym się one różnią.

2010

2014

Maj 182014
 

Od zmiany siedziby przez Progresję nie miałem okazji by tam być. Sploty wydarzeń od końca zeszłego roku aż do wiosny spowodowały, nie dane mi było podziwiać nowej siedziby przy Forcie Wola ani cieszyć się muzyką tak, jak bym chciał. Dlatego okazja do bycia po raz pierwszy w nowej Progresji i usłyszenia po raz kolejny dobrej kapeli nadarzyła się właśnie w kwietniu. I to nie była byle jaka okazja tylko wizytacja wikingów z Amon Amarth w Warszawie. Lepszej okazji do rozpoczęcia sezonu muzycznego w Progresji nie mogłem sobie wybrać.

Moje pierwsze wrażenie z wizyty to zadowolenie. Bo nie zmieniło się wiele – sala ze sceną, bar w sali, merche po bokach i bramka. Jednak zmieniła się jakość i rozmiar. Sala jest większa i już sobie wyobrażam, że część koncertów, które zwyczajowo odbywają się w stodole z powodzeniem może być w Progesji bo jest większa. Może mi się tak wydawać, ale na moje oko sala jest większa i scena również. W barze wreszcie na stałe czeskie piwa a merche mają swój kącik. Wejście przez bramkę jest, ale trzeba przejść przez schody, ominąć stolik i dopiero dostać się na teren bezpośrednio przed salą. Na dole jest drugi bar i zabawa nawet w czasie, gdy nikt nie gra. Fajnie urządzone, z pomysłem i mam nadzieję, że na dłużej. Prezes może być dumny ze swojego dzieła i jak zawsze ma u mnie ogromny szacunek za to, co robi i do czego doszedł. Nie znam go osobiście, ale często mijałem się w klubie, widziałem na festiwalach i koncertach. I on mnie nie zna, podobnie jak tysięcy ludzi, którzy zjawiają się w jego klubie. Ale szacunek mu się należy i basta.

A wracając do koncertu to zaczął się on dla mnie od Hypnosa. Na Polski support nie zdążyłem, a Czesi dawali nieźle czadu. Klasyczna trashowo punkowa rąbanka z czeskimi wstawkami niemal jak za czasów Krabatora. Mówił po polsku i czesku co zawsze i niezmiennie wzbudza w Polakach wesołość. I tak pobawiliśmy się do występu Szwedów. A jak tylko ich drakar przybił do Progresji to nikt nie brał jeńców.

Ponieważ to trasa promująca ich najnowszą płytkę – „Deceiver of the Gods” – to nie mogło zabraknąć kawałków właśnie z tego albumu. Zabrzmiało „Father of the Wolf” oraz tytułowy „Deceicer of the Gods”. I potem to już czysty Amon w metalowych rytmach rodem z dalekiej północy. Publika szalała i śpiewała zachęcana przez Johana, który niezmiennie na każdym koncercie powtarza, że to pieprzony death metal i nie trzeba znać słów by móc śpiewać. Hity jak „Destroyer of the Uniwerse” czy „Warriors of the North” a na zakończenie „The Pursuit of Vikings” trzęsły posadami klubu (tak jak olbrzymi młot Thora w rękach Johana). Naprawdę dobrze zagrany koncert i Szwedzi mogą być z niego zadowoleni. W moim odczuciu był on gorszy niż rok temu na Brutalu, ale wiadomo, że to inna sceneria, inna publika i inne przyjęcie. Jednak koncert był naprawdę dobrym i ciekawym przeżyciem. Oby takich więcej i oby w Progresji.

Maj 202013
 

Jest koniec maja. Od ostatniego końca świata minęło już prawie pół roku. Tyle też minęło czasu od ostatniego wpisu na blogu. Pozmieniało się sporo – zarówno muzycznie jak i prywatnie. Życie idzie dalej i trzeba za nim nadążyć. Koncertowo było bardzo ubogo przez ten czas – raptem wizyta na koncercie z okazji końca świata w warszawskiej „Proximie” i dwa koncerty grind-corowe w „Fonobarze”. Czas wrócić do gry i zacząć muzycznie odżywać. Okazją do tego był występ „Septic Flesh” ale o tym później.

Najpierw rozliczenie z przeszłością czyli Koncert z okazji końca świata. „Proxima” nie ma u mnie za wysokich notowań bo dobre koncerty są tam rzadkością a sam garaż, do którego jest podobny klub, nie nastraja pozytywnie. Muszę przyznać, że przeszedł spory lifting od ostatniego razu i coś można już tu robić fajnego, ale nadal nic. Dobrze, że choć udało się ściągnąć kilka gotykich kapel by zagrać coś na spodziewany koniec świata. Jak dowiedziałem się, że będzie „XIII Stoleti” to taki koniec świata można przeżyć i kilka razy.

Żeby nie było – sam koncert to polskie zespoły okraszone występem Czechów. Ich dobór wynikał pewnie z dostępności na rynku i stąd pewnie taki a nie inny poziom. Źle nie było, ale mogło też być lepiej. Zaczął wszystko „Batstab” – kapela w klimatach steampunkowych z przebraną dziewczyną na wokalu. Grali i śpiewali bardzo udziwnione kawałki z pogranicza swingu, rocka i slapsticku. Klawisze były za głośne a wokal za słaby. Jednak to co przebiło się było słabe wokalnie, choć dołki były w porządku. Dwa rovery – „Pet Cementary” i „White Wedding” brzmią lepiej w oryginale. Batstabowe wersje były zbyt udziwnione.

Po nich pojawili się weterani czyli „At the Lake”. Jeszcze w starym składzie bo obecnie wokalistkę już pożegnano z uwagi na liczne problemy gwiazdorskie. Siłą zespołu jest energia i folkowe brzmienie budowane skrzypcami. To zostało i było naprawdę energetyczne i dobre. Jednak co profesjonalizm to profesjonalizm. Kawałek „Dziecko we mgle” urzekł zaś instrumentalne wykonanie „Lake of Oblivion” wymiotło. Dobrze nastroili na dalszą część występu.

Continue reading »