Cze 142015
 

Dawno już takiego koncertu nie było, gdzie był tylko mrok i czerń. Greckie uderzenie black metalu, gdzie lewy sierpowy to Varathron a prawy to Rotting Christ, mogło zwalić z nóg największego twardziela. To klimaty dalekie od mroźnych i lodowych pustkowi dalekiej Norwegii. Tutaj pobrzmiewają echa górskich zaśpiewów, szumu morza i ciepłego powietrza. Ale wszędzie jest mrok, który jest tak samo czarny i tak samo dojmujący jak ten z północy.

Rotting Christ to zespół, który nie potrzebuje specjalnego wejścia czy zachęty do słuchania. Świetnie się go słucha i równie świetnie czuje, gdy brzmi gitara oraz rytmiczne dudnienie bębnów. Sakis ma również na tyle charakterystyczny głos, że kawałki są wyróżniające się i do tego bardzo melodyjne, co dla niektórych jest przeszkodą. Black to black – skrzeczenie, wycie, malowanie i arytmia. Rotting ma swój własny charakter i styl, który nie każdemu może się podobać. Ortodokści będą kręcić nosem ale mi to pasuje. Varathronowi bliżej do klasycznego blacku niż Rottingom. To było słychać w wokalu i brzmieniu. Varathron to surowe brzmienie, gdzie nie ma miejsca na ozdobniki czy dłuższy i regularny rytm. Oba zespoły to niekwestionowana czołówka greckiej sceny blackowej. To, że przyjechały razem, to dobra okazja by je posłuchać i porównać. Tak dla odmiany i odpoczynku od srogich Norwegów.

Publika bawiła się wyśmienicie doceniając surowe brzmienia Varathrona i wpadające w ucho zaśpiewy Sakisa. Koncert był bardzo udany, różnorodny i choć mniej było partii chórowych, to jednak dobrze brzmiący. Progresja bawiła się wyśmienicie i długo nie chciała wypuścić Greków za scenę. Nie zabrakło kawałków w postaci „King of stellar war” czy „The sign of evil existence” albo granego na wstępie „666”. Wszystko grane żywiołowo i z pasją – do której już nas chłopaki przyzwyczaili. Widziałem już ich chyba ze cztery raz i jeszcze nigdy nie zgrali słabo więc zapowiada się, że następny ich występ będzie równie udany. Czego sobie i wam życzę.

 

Rotting Christ in Progresja Music Zone Warsaw from Hulio Production on Vimeo.

Gru 012012
 

Jesień tego roku rozwija się w pełni – nie tylko kalendarzowo, ale również muzycznie. I nic dziwnego, że w taki czas wstają z mroku i cmentarzy istoty, które mroczną muzykę mają wygrawerowaną krwawymi zgłoskami w sercu. Dzięki Progresji znów można było usłyszeć piszczącego Daniego, zobaczyć powstałego z grobu Gaahla i potupać przy skocznych Grekach. A to wszystko na trasie Cradle of Filth zwanej uroczo „Creatures from the Abyss” promującej ich najnowsze dziecko z kołyski, czyli „Manticore and other Horrors”.

Zapowiadał się długi wieczór w klubie. Zestaw jak na taką trasę był super złożony i dość poukładany, bo można było posłuchać prawdziwego black metalu i tego, co niektórzy wiedzą, tego farbowanego. Sporo ludzi przyszło właśnie nie dla Daniego i jego kapeli ale Gaahla czy na Rottingów – to tylko świadczy o jakości suportu i całej trasy.

Zaczął Darkend. Powiało szatanem i kadzidłem – na scenie zapalono świeczki, przyniesiono plastikowe czaszki i kielich. Sam wokalista ubrany na czarno zapalił kadzidło i kadzielnicą odymił wszystkie strony sceny. Prawdziwe przebieranki black metalowe przeżywały właśnie swoje najlepsze chwile. Po którymś z kawałków gość założył rękawice z przyczepionymi gałęziami, co miało udawać demonie possession. Udało się bo fotografowie rzucili się do przodu jak harty i cykali aż miło. Muzycznie Darkend to takie wczesne Kredki, gdzie dużo bluźnierczych tekstów, patos w słowie i pietyzm w muzie. Surowe, blackowe brzmienie mają trochę stępione, bo jednak muszą być choć troszkę medialni i się sprzedać. Może dlatego dobrze się ich słuchało.

Continue reading »

Maj 272010
 

To był maj, pachniała Saska Kępa…wróć. Fakt, to był maj. Ale ani Saska Kępa ani pachniała – „Bolt Thrower” to ciężka artyleria śmierdząca palonym prochem i krwią. Zawitali do „Progresji” w ramach swojej trasy koncertowej uświetniającej 25 lat grania na scenie metalowej. Ze sobą przywiedli nie byle kogo bo samych chłopaków z „Rotting Christ” oraz kilka polskich kapel – „Naumachia”, „Lost Soul” i „Nomad”. (Zbych: dla mnie numerem jeden wieczoru był jednakże Zgniły Chrystus, zwłaszcza po zaznajomieniu z ich ostatnio płytą, która – robi dobrze 😛) Koncert był niezły, ale tym razem zagrało kiepskie nagłośnienie. Nie wiem, od czego to zależy, ale dźwięki miejscami były naprawdę tragiczne. Jednak, jak mawia Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów.

Na początek tego minifestiwalu nie zdążyliśmy – ze Zbysiem byliśmy w Maku na żarciu i chyba dobrze wyszło, bo z tego, co już zdążyliśmy usłyszeć, to nie było za różowo. (Zbych: zaliczenie MacFaka przed Progresją ilekroć jedziemy tam na koncert zaczyna nam się wpisywać w tradycję, wiem wiem, to niezdrowe żarcie, amerykańskie gówno, bo Oni plują do kanapek….. NO I ???…. prawdziwy Henk nie zważa na takie głupstwa, a koncert bez śmieciożarcia to dla Henka niepisany obowiązek. Poza tym, Najlepsze Hot-Dogi i meat-ball’e serwują na Brutalu J tutaj jedyną opcją pozostaje Mak–Fak).  Continue reading »