Lip 122014
 

Metallica znana jest z tego, że potrafi zaskakiwać fanów i ma dla nich zawsze coś nowego w zanadrzu. Tym razem trasa koncertowa opierała się na formule „Request” czyli fani mogli głosować na piosenki, które chcieliby usłyszeć. Piękne, prawda? Wreszcie skończyły by się narzekania, że zespół przyjeżdża i gra zawsze to samo. Że już wszyscy znają setlistę koncertową na wylot i nie jest potrzebna po raz dziesiąty kolejna taka sama. Szczytne idee to jedno a rzeczywistość to drugie. Okazało się bowiem, że w głosowaniu wygrały piosenki, które wytarły setki festiwalowych głośników a każdy szanujący się fan Mety pozna je po trzech nutkach. Czy się głosowało czy nie, to i tak chłopaki zagrali to, co zawsze. I nie jest to kwestia Polski, ale każdego innego kraju. Zawsze w czołówce jest stała setlista koncertowa i tego najwyraźniej nic nie zmieni. Zastanawiałem się trochę nad tym i doszedłem do dwóch budujących wniosków oraz jednego natury refleksyjnej. Zacznę od tego drugiego – refleksja nad tym, że pewna prawda znana od lat potwierdza się z okrutną regularnością. Lubimy to, co już raz usłyszeliśmy. Lubimy podśpiewywać ze z zespołem i lubimy jak inni to lubią. To takie ludzkie, bo możemy się czymś dzielić. Dlatego nie ma miejsca na koncertach na kawałki, które są znane przez nielicznych. Jeśli ktoś ma ochotę na „Invisible Kid” to włącza w domu albumik z pięścią i słucha. Na koncercie będzie to nie do rozpoznania i nikt przy tym nie porwie 50 tysięcy luda. Metallica dobrze wiedziała, że pozorne szaleństwo czyli puszczenie na żywioł fanów i danie im nieograniczonego wyboru skończy się tak naprawdę na tym samym. Ale zawsze wtedy można powiedzieć – „przecież sami tego chcieliście”. Fanowska akcja „olej szlagiera wybierz fixera” nie przyniosła należytego odzewu i tylko Call of Ktulu przemyciło się do setlisty w Warszawie (mój i Zbycha sms załatwiły sprawę). Ludzie organizujący tą trasę wygrali z nawiązką bo nie dość, że zagrano to, co zwykle, to jeszcze zrobiono to na wyraźne życzenie fanów. Metallica wchodząc na scenę i zapowiadając wszystko wyraźnie podkreślała, że to jest nasz wybór. I trzeba się z nim zgodzić. Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu choć bym to wszystko inaczej zorganizował. Ale jestem na to za mały i jako zwykły fan biorę to, co dają.

Wracając do dwóch pozytywnych rzeczy odnośnie „Requesta” to popularność oraz nowi fani. Popularność jest bezdyskusyjna. Można mówić, że Meta skończyła się na „Kill Them All”, że to już stare dziadki albo że zawsze grają to samo. Można, ale i tak, niezmiennie od 20 lat, miejsca , gdzie są grane koncerty wypełniają się do ostatniego ludka. Zawsze jest to wielkie przeżycie dla fanów danego kraju a lokalne media opowiadają o tym w narodowych albo wojewódzkich mediach. To motor napędowy imprezy i tętniący energią wir. Jak spojrzałem wczoraj na zatkany Most Łazienkowski i rzeszę fanów szczelnie wypełniającą każdy centymetr jezdni to dobitnie uświadomiłem sobie, że Metallica jest w stanie zrobić z fanami wszystko. Potrafi zgromadzić ich w dowolnym miejscu na ziemi i dać im masę pozytywnej energii. Potrafi zmienić bieg życia miasta – jak na Euro a przecież to tylko koncert. Potrafi też obnażyć wszelkie słabości organizacyjne bo nikt, kto tego nie przeżył wcześniej nie jest w stanie uświadomić sobie, co potrafi 50 tysięczna tłuszcza fanów metalu. Popularność wynosi na szczyty to, co jest lubiane. A Meta jest lubiana za to, że na koncercie jest „Nothing Else Matters” i można drzeć ryja razem z innymi. Wszyscy czekają na „One” z pokazami ognia lub laserami. Zakończenie w postaci „Seek & Destroy” to niemal żelazna pozycja tysięcy koncertów i wszyscy wiedzą, co nastąpi po niej. To jest właśnie popularność.

Drugi budujący wniosek to nowi fani. Skoro można było głosować na co się chciało, to niektórzy tak robili. Bo nie byli na koncercie Metallicy i dużo słyszeli o tym, co się tam dzieje. Słuchają na co dzień najlepszych kawałków i takie też chcą usłyszeć. To, że „Master of Puppets” jest wysoko to nie tylko kwestia popularności wśród fanów ale również chęć usłyszenia tego przez tych, którzy na koncercie Amerykanów jeszcze nigdy nie byli. To prowadzi zaś do konkluzji, że Meta nie zamyka się w obrębie ludzi, którzy chcą ją słuchać i będą zawsze. Oni zdobywają kolejnych fanów i mimo ponad 30 lat grania na scenie ciągle nowi fani pojawiają się i chcą usłyszeć swoich idoli. Pamiętam swój pierwszy świadomy koncert Mety w Chorzowie i pamiętam, jak wszystko chłonąłem niczym gąbka. Nie liczyło się to, że to już wtedy były zgrane kawałki ale że grają, że słyszę to, co brząkało mi w słuchawkach i może to teraz zaśpiewać razem z nimi. Pamiętam to uczucie i rozumiem wszystkich tych, którzy je dzielą po dziś dzień. Co by nie wymyślić nowego, to w obecnej formule koncertowej NEM czy MoP będzie zawsze. Gdyby zmienić reguły „Request” tak, że Meta ogłasza, że zagra 12 kawałków jak zawsze ale na 5 innych można głosować oddzielnie, to już dałoby to znacznie lepsze rezultaty. Wtedy byłaby szansa usłyszenia „King Nothing”, „Until its sleeps”, „Thing That Should Not Be” czy „Anestesia” na żywo. Ale może za kilka lat tak będzie. Jak przy okazji trasy z Czarnym Albumem, gdzie zagrali z niego wszystko czyli również kawałki, których nigdy nie grano.

Tak nietypowo rozwinęła mi się ta relacja, ale chciałem trochę inaczej pokazać koncert niż zazwyczaj. W końcu ile można pisać o koncertach zespołu, na którym było się już piąty raz. Ile nowego można napisać i jak bardzo być odkrywczym. Na szczęście Meta dba by nie było nudno więc i moja relacja nie jest taka jak zwykle. Jednak jest w tym wszystkim jeden zgrzyt. Dlaczego wybrano datę koncertu tak by pokrywała się z Masters of Rock w Vizovicach? Wiele osób musiało wybrać a to nie były łatwe wybory. Szkoda, że tak się w tym roku złożyło i mam nadzieję, że to ostatni raz, gdy trzeba takich wyborów dokonywać. Nie wiem tylko, czy którakolwiek ze stron będzie zadowolona z tego, że nie była na konkurencyjnym koncercie, ale na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Pozostaje tylko muza i nią należy się cieszyć.

Wreszcie można powiedzieć, że Metallica trafiła na polskiej ziemi na Stadion z prawdziwego zdarzenia. Był oczywiście Chorzów, ale to co innego. Otwarty stadion to coraz bardziej przeżytek a wszystkie zachodnie koncerty pokazywane zazwyczaj były na halach i stadionach zadaszonych i nowoczesnych. Narodowy w niczym nie ustępuje i z tego, co widziałem, to ludzie byli pod wrażeniem. Przynajmniej na początku. Jeśli ktoś nie był do tej pory na tym obiekcie to mógł się nacieszyć jego wielkością i kilkoma rozwiązaniami. Ludziska robili zdjęcia, patrzyli na wszystko z zadowoleniem i strzelali foty gdzie i komu tylko się dało. Faktycznie miejsce było bardzo dobre i tylko pogratulować, że stolica ma coś takiego do zaoferowania. Całość zorganizowano tak, że na zewnątrz stadionu umieszczono jedzenie, picie i merche zaś na samym stadionie już została tylko muza. I tutaj kwestia jedzenia i picia. Bemowo wygrało pod jednym względem – piwa. Ja rozumiem, że podczas meczu nie ma piwa, że na koncercie Madonny nie ma piwa i że podczas zwiedzania przez liczne wycieczki też nie ma piwa. Ale jak przyjeżdża banda czarnuchów z całego kraju to piwo musi być! Okazało się, że owszem – Carlsberg dumnie stoi na niemal każdym kroku, ale co z tego jak bezalkoholowy. Można to jeszcze przeboleć, trudno. Ale że nie było o tym informacji nigdzie poza napisem drobnym druczkiem na namiocie i przy kasie, kiedy było widać, co pani leje do kubka z butelki. Ludzie ustawiali się w kolejce i czekali nie wiedząc, że stoją po oranżadę. I nie było nigdzie o tym informacji. Tego już wybaczyć nie można. Stare Bemowo : Nowy Stadion Narodowy 1:0. Z żarciem sprawa była prostsza, ale chyba nie przewidziano takiego naporu ludzi. I żeby na hamburgera trzeba było czekać ponad pół godziny? Na Bemowie było tego więcej i bardziej różnorodniej dlatego wynik wynosi już 2:0. Ale żeby nie było – Bemowo przegrywa pod względem samego obiektu. Na głowę nic nie pada, nie jest zimno w nocy i brak jest duchoty. To są cenne rzeczy, szczególnie że rok temu byłem już dwa razy mokry od skarpetek po majtki i nie można było się nigdzie schować. Dlatego wynik zmienia się na 2:1. Ostatnie porównanie już to oczywiście to, co w muzyce najważniejsze to nagłośnienie. Tutaj muszę przyznać była zacięta rywalizacja o to, kto ma gorsze. I mogę powiedzieć, że Narodowy wybronił się na karnych zatem wynik jest 2:2 ale nie ma się z czego cieszyć. Bemowo to pastwisko i dźwięk tam jest trudniej ułożyć. Narodowy to zamknięta przestrzeń i o to jest łatwiej ale jakość dźwięku jest trudniej utrzymać. I nie zawsze się to udawało na tym koncercie. Dlatego może teraz o istocie czyli o tym, jak się to muzycznie układało.

Pierwsza zaczęła „Chemia”. Nie słyszałem dobrze, bo akurat szliśmy Poniatówką ale i tak co nieco było słychać. Jak na rozgrzewkę to na pewno dobrze, choć więcej pożytku z tego dla zespołu niż dla fanów. Pokazanie się na takiej imprezie jest zawsze jakimś rodzajem nobilitacji więc skoro się tam dostali to znaczy, że coś chcą robić i działali w tym kierunku. Nie chcę się wymądrzać, że ich znam lub wiem dlaczego oni więc zostawię to dla tych, którzy to znają. Dla mnie, zwykłego zjadacza metalowego i to tego bardziej popularnego, jest to rodzaj promocji i oby wyszła ona z pożytkiem dla zespołu. Może kiedyś go usłyszę normalnie w klubie i wtedy pokażą, co potrafią. Przynajmniej dobrze się szło na stadion i na nim samym można było ogarnąć to, co jest dostępne czyli picie, żarcie i merche. Pisałem o tym wyżej, więc nie wspomnę już o tym. Jednak została sprawa merchy. Standard, i to wysoki, cen za gadżety został utrzymany. 100 zeta za koszulkę festiwalową to spora cena. Tym bardziej, że wzory nie powalały. Bardziej zatwardziali fani mogli kupić czapeczki z logo Sonisphere, talerze frisby z Metą albo czarne, dmuchane piłki Mety za 40 zeta. Chcący się wyróżnić mogli kupić koszulki z kogutem francuskim na klacie za … jedyną 100. Pozytywem było to, że stoisk z mechami było dużo i dostęp do nich był o niebo lepszy niż na Bemowie.

Wypiłem lemoniadę metalową (waliła kranówką ale smakowała) i ruszyłem na Kvelertaka z Norwegii. Na scenie pojawił się człowiek z sową na głowie i w zasadzie to tyle co mógłbym powiedzieć ciekawego. Metalowe granie co najmniej przeciętne i w dodatku zabite przez nagłośnienie. Jedna kakofonia dźwięków, gdzie nie było słychać perkusji ani basów. Na płycie, w dalszej części, zlewało się to wszystko w twór dźwiękopodobny w którym nawet słów nie można było rozróżnić. Pogłos był naprawdę nie do przebicia przez nasze uszy. Zebrało się nas już tam trochę ludzi ale nie wytrzymaliśmy do końca. Obchód merczy, picia i jedzenia niczego nie zmienił – nadal kolejki za „piwem” oraz za jedzeniem. Jak za PRL. Na szczęście potem przyszła zaraza … znaczy Anthrax.

Anthrax grzeje się w cieniu sławy Metallicy choć swój udział w trashowej legendzie ma i to niemały. Chyba jako jedyny gra to, co zawsze i fani to doceniają. Nie brak u nich naleciałości typowo nowojorskich, co było widać w postawie Beladonny albo wtedy, gdy założył na głowę czapkę baseballową i założył kaptur. Jako mierny fan zespołu rozpoznałem tylko „I am the law” oraz cover AC/DC w postaci „T.N.T.”. Myślałem, że może już chłopaki od nagłośnienia skalibrowali dźwięk, ale niestety nie. Tym razem podbili basy, ale dudnienie zostało podobnie jak odsłuch z mikrofonu. Szkoda, bo choć lata lecą to chłopaki (znaczy już niemal dziadki) nadal wymiatają. Płyta zaczynała się napełniać. Coraz więcej osób wchodziło, coraz dłuższa kolejka po opaski i coraz dłuższe kolejki po inne rzeczy. Głód zmusił do skuszenia się na burgera co przypłaciliśmy spóźnieniem na Alice in Chains, ale przynajmniej konkretną porcję mięsa się wciągnęło. Oczywiście można to było popchnąć piwem… gdyby było. Ale nic to, czas na grunge.

Alice in Chains poznałem dawno temu za czasów MTV gdy zobaczyłem „Roostera”. To była podaj najmocniej osadzona w metalowych klimatach kapela grungowa. Potem to się zmieniło za sprawą Soundgarden, ale początki były ewidentnie po stronie Alicji. To, co zagrali na koncercie to przegląd wojska dla fanów, którzy chcieliby usłyszeć to, z czego jest znany zespół. Nie zabrakło „Would?”, „Man in the box” i oczywiście „Roostera”. To wszystko w nowych aranżacjach (jakoś oryginalny Rooster mi bardziej podchodził) i solówkach (i tu było zacnie – fani solówek mogli się rozpłynąć). Zagrali wszystko zgodnie z planem i o czasie. Jednak i tak dało się wyczuć, że zbierające się zastępy ludzi w czarnych koszulkach przyszły tu dla kogoś innego. Szczególnie, że słyszało się wiele głosów z pytaniem „Kto to jest?” patrząc na Alice na scenie. Całość występu oczywiście okraszona nagłośnieniem, które znowu zaczęło walić w twarz. Gitarki wpadały w takie wibracje, że nie dało się tego miejscami słuchać. Alice jednak powinien zagrać w klubie, gdzie nagłośnienie jest lepsze i lepiej to słychać. Może w „Progresji”? :)

I tak, po 21, zaczęło się show, które było kulminacją wieczoru. A działo się wiele. Życzenia fanów spełniły się co do joty – znów było NEM, MoP, ES, CD, O i O (pod skrótami wiadomo co jest – jeśli ktoś nie wie, to znajdzie na necie wszystko co trzeba). Darcie ryja na całego, śpiewanie na całe gardło i szczęście, że można w takiej chwili zanurzyć się muzie. Na „One” nie było pirotechniki bo pewnie BHP stadionowe nie pozwalało, ale za to były lasery. I to nie tylko na scenie, ale jak się człowiek z płyty obrócił do tyłu to widział jak światła tworzą fajne wzory na trybunach. W zamkniętym pomieszczeniu niektóre okrzyki nabierały naprawdę dużej mocy. Wykrzyczane „Master!!!!” aż dudniło w uszach (i to nie przez nagłośnienie tylko ryk tysięcy fanów). Przed samym występem można było zagłosować na jedną z trzech piosenek – „Fuel”, „The Day That Never Comes” i „Call of Ktulu”. Eski poszły i oczywistym było, że Cthulhu wygra. Ach, co to było za wykonanie. Kto nie słyszał niech żałuje. Taka kompozycja marnuje się na zwykłym CD-ku i ma moc większą nawet niż Orion. Jak zespół skończył to James odetchnął, uśmiechnął się i przyznał, że to było coś. To miły akcent dowodzący, że jednak nie wszyscy chcą usłyszeć to, co popularne. 

 Dwa utwory zostały zapowiedziane przez oddanych fanów Metallicy – wokalisty z Alkoholicy (zespołu ze Śląska) oraz Piotra Kowieskiego – od lata fana zespołu jeżdżącego wszędzie tam, gdzie oni. A ten ostatni zapowiedział „Whiskey in the Jar” czyli polską premierę kawałka. I dobrze, że to się pojawiło, bo utwór poderwał wszystkich. Nowością było też zaprezentowanie nowego kawałka – „Lords od summer”. Dobre, trashowe wykonanie z szybkimi gitarkami i okraszone fajnymi riffami. Tylko czekać na nowy album. Na zupełny koniec wypadły na wszystkich czarne piłki Mety oraz trzy olbrzymie piłki plażowe. Oczywiście Polacy nie byliby sobą gdyby czarne piłki doczekały się podskakiwania nad głowami – momentalnie zniknęły zabrani przez ludzi. Duże przetrwały tylko dlatego, że nikt nie był na tyle pojemny by ją zabrać lub schować. Pazerność ludzka nie zna granic i wyszło teraz, że jak coś dają to brać i uciekać. A na kilku nagraniach w necie widać jak czarne piłki podskakują, ludzie się nimi przerzucają i jest zabawa. U nas, tylko duże piłki dostarczyły radości, bo czarne nie dotrwały.

Koncert udany i to bardzo. Kto nie był niech żałuje bo było zajebiście. Metallica po raz 10 pokazała, że jest zespołem, który nie bierze jeńców. Wszystko jest na swoim miejscu i rozpalony ogień od pierwszych fraz „Esctasy of Gold” aż po „Seek & Destroy” płonie ogniem nieugaszonym. I po raz kolejny trzeba brać na poważnie słowa Larsa, który mówi to zawsze, ale ostatnie lata pokazują, że jest to prawda, że „we`ll see you very fuckin soon!!!!”

„Calling, calling all that’s won
Lords of summer bring of sun
Coming, coming winter’s sure
Lords of summer have returned
Eternal falling has begun”

 

Lip 112011
 

10 czerwca 2011, piątek jak każdy inny, pobudka rano, śniadanie i do Prac….. STOP !! jakiej pracy ? Dziś był Sonisphere !! Glany wyczyszczone i pachnące pastą do butów stały już w przedpokoju gotowe na festiwalowe trudy. Specjalnie na ten dzień wziąłem dzień wolne.

Ponieważ impreza zaczynała się wedle 14:00 było jeszcze sporo czasu na obicie kilka ryjów i połamanie żeber wojownikom Mortal Kombat. O 13.00 krótkie przygotowania i obrałem kierunek na Bemowo. Już na pierwszym przystanku spotkałem kilku Czarnuchów z Eddim na klacie. Z każdym przystankiem bliżej lotniska ilość Czarnej Braci wzrastała masowo wypełniając szczelnie każde wolne miejsce w autobusie. Niebo zachmurzone oparami z kuźni wiecznie zagniewanych Bogów Metalu, zapowiadało dzień rześki ale nie zimny. Na możliwy deszcz byłem przygotowany zabierając do plecaka wakeńską pelerynkę przeciwdeszczową. Niby to cienka gówniana folijka, ale spełnia swoje założenia. Żaden deszcz czy ulewa Ci w nim nie straszna, a i wakeński byczek na plecach widnieje, więc jest szpan.

Przed wejściem na teren imprezy przyszło mi samotnie czekać około 40 minut kiedy pojawili się pierwsi Ludkowie z naszej zapowiadanej ekipy. Wraz z Patrysiem i Norbertem wbiliśmy się przez 3 bramki na teren lotniska. Załoga z Marcinem utknęła gdzieś w korkach i nie zapowiadało się że szybko dojadą (Yarot: Lidka zgarniała ludzi po drodze swoim autkiem i trochę zamarudziła po drodze. A w Wawie wiadomo, że piątek to fatalny dzień do jazdy. Nie mówiąc o tym, że popadało trochę). Pierwsze co rzuciło się w oczy to inne ułożenie bud z żarciem, kibli i ogródków piwnych. Zaraz po lewej od wejścia (idąc w stronę sceny) stała nieduża scenka red bulla (dochodził z niej niezły ogień w trakcie imprezy, ale jakoś nas tam nie zawiało) (Yarot: podczas wędrówek po lotnisku dotarliśmy w te okolice z Przemkiem. Akurat grał zespół o wdzięcznej nazwie „Masturbator” i działo się. Chłopaki przebrane w gajerki i makijażu świeżych zombiech dawali czadu na gitarkach. Wznosili okrzyki w stylu „Dajcie się porwać Szatanowi!” albo „Niech ogarnie was Mrok!” a publika w postaci kilku osób tworzyła sześcioosobowy młyn rozrzucając gapiów). Po obu stronach Continue reading »

Lip 142010
 

16 czerwca, lotnisko Bemowo, 18:30 GTM

Megadeth na czele z byłym gitarzystą Metallicy – Davem Mustaine. Wywalony z zespołu za chlanie i dragi założył swój i święcił w nim tryumfy choć ciągle żałował, że nie jest w wielkiej Metallice. To owocowało jawną nienawiścią i niechęcią obu formacji. Kłótliwy charakter rudego Mustainea był powszechnie znany i nikt się temu nie dziwił. Później doszło do tego złagodzenie jego wizerunku i niemal chrześcijańskie pojednanie z wszechświatem. Nie chciał grać z zespołami satanistycznymi i na swój sposób wielbił Stwórcę. W międzyczasie wymienił wszystkich ludzi w zespole i teraz tylko on jeden jest ze starego składu z 1983 roku. Jak sobie radził Megadeth na Sonisphere? Dobrze, choć bez polotu. Grał stare kawałki, nawet niezłe Continue reading »

Lip 082010
 


16 czerwca, lotnisko Bemowo, 11.30 GTM

Tłum gęstniał z każdą chwilą. Stałem na skrzyżowaniu ulic i patrzyłem na przechodzących ludzi. Wszyscy odziani obowiązkowo na czarno lub przynajmniej w czarne koszulki. Dominowały nadruki nazw Wielkiej Czwórki czyli Metallicy, Slayera, Megadeathu czy Anthraxa. Przeciwsłoneczne okulary błyskały w słoneczku, włosy rozwiewały się na dość silnym wiaterku a nos drażnił zapach z ustawionych nieopodal TOYTOYów. Przysiadłem na trawie czekając na znajomych. To już dziś miało stać się coś, czego nie udało się zorganizować od ponad 20 lat. Wielka Czwórka miała zagrać razem i to u nas, w Warszawie. Pewnie Amerykanów krew zalewała, ale niech nie narzekają. Mają ich na co dzień więc mogą ich posłuchać do woli. W Polsce, gdzie koncerty powoli stają się rutyną, wielki świat dopiero wkracza i dobrze, że takie koncerty jak Sonisphere trafiają nad Wisłę. Wielki świat też wyczuł wyjątkowość tej chwili i zjeżdżał do Warszawki tłumnie. W autobusie jechałem z Ukraińcami i Włochami. Obok mnie Chilijczycy robili sobie zdjęcia na tle Careefoura. Nieopodal Continue reading »