Paź 232014
 

Koncert w Stodole, jak wiele wcześniejszych w tym miejscu, odbył się z ogniem, zniszczeniem i destrukcją. Behemoth przyjechał, podpalił ognie piekielne i zostawił po sobie smród siarki czyli to, do czego przyzwyczaja od prawie 20 lat na całym świecie. Dlatego wiele nie ma co tutaj rozwodzić się nad samym koncertem tylko przejrzeć któreś z poprzednich wpisów. Wrażenia są takie same, zadowolenie nawet większe a całość bardzo satysfakcjonująca. Jest jednak coś, co wyróżnia tą trasę od innych – otoczka „religijna”.

Celowo ująłem istotę zagadnienia w nawias bowiem to, co działo się w Poznaniu, a co można było zobaczyć pod Stodołą w postaci minifestynu to jest właśnie „religia”. Nie chcę tutaj umniejszać znaczenia wiary, Kościoła czy chrześcijaństwa tylko wskazać, że pod ich osłoną niektórzy robią co tylko chcą. I tym samym wracają do czasów, gdzie widzimisię Inkwizycji i księży skazywało na stos niewinnych, gdzie słowo kościoła (jako władzy świeckiej) zastępowało wolę, wiedzę i kulturę. Przeważnie nie wychodziło to na dobre a teraz wychodzi z tego wszystko to, co najgorsze.

Obecne czasy są wyjątkowe. Wolność, o którą tak walczono, zmienia się w wolność sterowaną. Możesz robić wszystko, ale tylko we wskazanym przez kogoś obszarze. Nie mówię tu o patologiach bo nie o to chodzi, ale o wolność sumienia i wyznania. Każdy może teraz lubić co tylko chce i mieć gust taki, jaki mu pasuje. Nie trzeba słuchać radia by wiedzieć co ma mi się podobać. Nie muszę oglądać telewizji by dowiedzieć się co ma mnie kręcić. Przy rozwalaniu muru berlińskiego i po okrągłym stole chyba nikt nie przypuszczał, że rola religii w państwie spadnie tak bardzo. Bo wcześniej była ona przeciwko władzy i dawała ludziom nadzieje. Jednak kiedy nie ma już wspólnego wroga, kościół nadal stara się być przewodnikiem w dziedzinach nie tylko związanych z wiarą. Dlatego coraz bardziej udziela się politycznie, zaznacza obecność w szkołach, w mediach i w codziennym życiu. Kiedyś nie musiał niczego udowadniać, a teraz walczy o to, co było kiedyś naturalne.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Zmiany, jakie nastąpiły, są już nieodwracalne. Także funkcjonowanie kościoła musiało się zmienić. Zmieniło się wszystko, ale niektórzy chcą by jednak niektóre rzeczy się nie zmieniły. Jest to trudne nawet w prostych sprawach, a co dopiero w sprawach wiary. I szkoda, że odbywa się to kosztem rzeczy, które zapewniają nam wolność myśli, sposób wyrażania siebie i czynienia z siebie osób unikalnych. Bo muzyka taka właśnie jest. Pozwala nam mieć coś, co jest tylko nasze. Miło jest, gdy coś dzielimy z innymi. Utwierdza nas to w przekonaniu, że nie jesteśmy sami. I lubimy to, co sami wybraliśmy a nie to, co zostało nam wtłoczone lub wbite do głowy innymi metodami.

Czy Behemoth może się podobać? Pewnie tak. Ma swoich fanów, ma swoich antyfanów – jak wiele kapel na świecie. I to nawet na scenie black i death metalowej. Nie jest niczym wyjątkowym i nie jest zjawiskiem, którego nikt nigdy na świecie nie widział. Nie jest też unikalny jeśli chodzi o treści i przekaz – można nawet powiedzieć, że wypada doskonale w korycie nurtu tego typu grania metalowego. Nie oczekujmy, że będą śpiewać o miłości czy pszczółkach bo to nie ta stylistyka. To takie samo podejście jak to, że zespół disco-polo nie będzie śpiewał o szatanie czy o wojnie. Trasa Behemotha też nie jest pierwszą i oby nie ostatnią. Jednak akurat teraz skumulowały się działania niektórych ludzi, którzy nie chcą by Behemoth grał w ich mieście. W Poznaniu się udało, w Warszawie odbył się wiec, koronka różańcowa oraz wieczorne czuwanie pod klubem. Czemu to ma służyć? Bo na pewno nie kościołowi, nie ludziom, którzy wolą iść do kościoła niż pod klub i nie metalowcom, którzy i tak pójdą na koncert swojego ulubionego zespołu.

To przykład na to, jak ktoś próbuje wmówić ludziom, że ten typ muzyki zniszczy naszą duszę, nasze postrzeganie świata i naszą moralność. Jest gorsze niż palenie papierosów, kupowanie noży w markecie i przemoc rodzinna. Piraci drogowi szaleją po Warszawie i nic się z tym nie robi. Przekręty na zbiórkach pieniędzy uchodzą bez echa a o politycznych indoktrynacjach nie ma nawet co wspominać. Behemotha łatwo jest atakować bo śpiewa o szatanie (celowo z małej, niech ludzie z drugiej strony barykady to docenią), gardzi religią jako elementem zniewolenia i muzycy wyglądają jak z najgorszego koszmaru. Trudno temu zaprzeczyć, a odbiór tego jest raczej jednoznaczny. I nie ważne jaka jest wymowa twórczości czy podejście muzyków do tego bo to zostaje przyćmione tym, co widać od razu. Nie wkłada się wysiłku by to zrozumieć. Bo tak łatwiej. Po co zagłębiać się w to skoro widać od razu, o co chodzi.

Nie chciałbym tutaj zaraz wbijać w fanowskie tony o tym, że słowa piosenek Behemotha to objawienie najwyższe. Sądzę nawet, że nie wyróżniają się specjalnie w całej masie black i death metalowych kompozycjach. Taktowanie ich jako nawoływanie do szatanizmu czy zabijania albo innych czynów równie spektakularnych to cofnięcie się co najmniej 20 lat wstecz w rozwoju ludzkości. Były co prawda takie przypadki w Norwegii ale nawet w światku metalowym jest to traktowane jako wybryk jednostki. I chyba tylko dlatego dostaje się Behemothowi, bo jest znany. Ma większą siłę rażenia, jest na świeczniku i wszyscy go widzą. Nie widać jednak wysypu metalowców w miastach, wzmożonych działań sekt czy spadku pogłowia czarnych kotów. Metalowcy to wiedzą, że to nie tak działa. Przypisywanie czegokolwiek komukolwiek tylko dlatego, że tak się wydaje, to jest już średniowiecze. Włączenie się w to kościoła to najgorsza forma indoktrynacji jaką można zrobić by niszczyć wolność. Metalowiec jak zabije to będzie siedzieć jak normalny człowiek i będzie sądzony jak każdy, kto się takiego czynu dopuści. Nie będzie zaś postrzegany jako zabójca bo jest metalowcem i szatan mu kazał. Psychiatra właściwie oceni tą postawę :)

Dobra, miałem już nic nie pisać w tej kwestii. I tak nikt tego nie przeczyta a już ci, których to dotyczy, będą ostatnimi do których to dotrze. Może. Niech przemówi Miciński czyli głos Młodej Polski przez usta Maleńczuka prosto z gardła bestii :)

 

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
Lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy —
Ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
Iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy
Jak pył pustyni w zwiewną piramidę —
Ja piorun burz — a od grobowca cichszy
Mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą
Jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach —
Jam błysk wulkanów — a w błotnych nizinach
Idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga —
I słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

Paź 092014
 

Ta jesień zanim się na dobre zaczęła a już kolejny przedni koncert minął. Tym razem niemal z martwych powstał niesamowity „Żywiołak” który na dokładkę wspomagał przed koncertem Holendrów z fenomenalnej „Omni”. To wszystko w naszej warszawskiej Stodole, przy mdłym piwie oraz rzeszach fanów z całej Polski. Koncert był bardzo udany i choć nie byłem do końca przekonany czy będę na nim, to nie żałuję. Żywiołaka widziałem już na żywo parę razy ale Omnię jeszcze nigdy. To ich pierwszy występ na polskiej ziemi więc tym ciekawiej było zobaczyć ich reakcję i posłuchać jak grają.

Zaczęło się wszystko od lekko speszonego Roberta, który zapowiadał kolejne utwory i który rozkręcał się coraz bardziej. Publika nie dała zapomnieć chłopakom i dziewczynom, że Żywiołak to jednak jest wulkan energii i każdy dzielnie przytupywał lub klaskał. Dzięki jakie się wydobywały od nich to poezja. Dodatkowo wzmocniony lirą korbową i skrzypkami dźwięk to niemal miód na uszy. Znów można było usłyszeć słynnych Wandali, których już chyba z 7 lat nie słyszałem. Nowe wokalistki, nowi ludzie, ale Robert ten sam i ta sama pasja grania ludowych kawałków. Pamiętam ich występ gdzieś w domu kultury, gdzie na kółka chawciarskiego dawali koncert. Wszyscy rozsiedli się i słuchali, ale dla młodych takie dźwięki to nie do siedzenia. Dlatego w kilkanaście osób ruszyliśmy pod scenę i waliliśmy rękami w podest by wtórować Żywiołakowi. Było przednio i ten klimat został. Stodoła tupała, deski trzeszczały a stare słowa Roberta o folku stały się aktualne (patrz tytuł wpisu) – teraz już folk jest wyznacznikiem nowej jakości grania, która nie może usypiać.

Potem nadszedł czas na Omnię. Wcześniej znałem ich z kilku piosenek, które klimat folkowy trzymały ale jakoś bardzo mi zalatywały Indianami. Na żywo się okazało, że nie myliłem się. Zespół jest rdzenny i folkowy, ale to nie Celtowie czy Germanie ale Ameryka Północna widzie prym. I choć mają na scenie harfę oraz ogromną trąbę to jednak dźwięki, aranżacje oraz klimat składają się na coś pomiędzy Tańcem Kojota oraz Machu Piccu. Jednak nie stronią od klasycznych metalowych czy rockowych zagrywek a także tematyk. Dobrze się w tym wszystkim czują a na scenie i poza nią kipi energia wzbudzana ich muzyką. Widać było też że dobrze się czują u nas a publika zgotowała im niezłe przyjęcie. Choć słyszałem ich po raz pierwszy to podobali mi się. Mimo że nastawiałem się na celtyckie rytmy to nie zawiodłem się, gdy ich nie usłyszałem. Wszystko inne było bajeczne. Jeśli Omnia pojawi się gdzieś w Polsce lub gdzieś, gdzie będziecie mieli okazję ją posłuchać to polecam. Ma swoich zagorzałych fanów, pląsające dziewczęta oraz wszystko znających chłopaków – od nich można uczyć się uwielbienia dla zespołu.

 

Lis 262013
 

Mówią płonie stodoła płonie aż strach , aż kurzy się z niej
Trzeszczy wszystko dokoła ściany i dach gorąco, że hej

Tak przywitała nas warszawska Stodoła. Wcześniej zebraliśmy się wszyscy pod klubem by tłumnie wejść do środka. Szatnia, piwo, mercze i papierosek – wstęp taki, jak zawsze. Choć minęło ładnych parę miechów odkąd było się w stodółce to jednak pewien rytuał pozostał. Supporty przebyliśmy przy piwie i rozmowach – rezerwowaliśmy siły na pomorską bestię, dla której warto było się spotkać. Piwo za 10 zeta to standard tylko szkoda, że smakowało wodą. To też się nie zmieniło.

A ludzi z każdą minutą przybywało. Zakończenie trasy Behemotha i wizyta w Wawie to miła odmiana od zwyczajnych koncertów, których zrobiło się naprawdę sporo. Widzieliśmy już chłopaków na Brutal Assaulcie, szczególnie że mieli nowe wdzianka i nowy kawałek z nadchodzącej płyty. Teraz można było ich podziwiać dużo bliżej i głośniej niż na festiwalu, na co liczyliśmy. Czarne koszulki dominowały, co akurat dziwnym nie jest, jak by powiedział Entombed. Mercze były nawet dość przystępne bo za koszulkę 40 czy 50 zeta to niemal okazja. Wiadomo, polskie to tanie, ale nie znaczy gorsze. Wzorki koszulek dość przeciętne i swojej czarnej nie zmienię na nic innego. Z resztą jakoś stoisko nie było specjalnie oblegane. Jeśli ktoś chciał się w coś zaopatrzyć to w zasadzie z marszu mógł to zrobić.

Spotkanie z brutalowymi towarzyszami też wyszło przednio. Wróciły wspomnienia, zabawne sytuacje i zdarzenia, które budowały tegoroczny wyjazd do Czech. Dobrze, że mimo licznych obowiązków, natłoku pracy i rzeczywistości udało się każdemu wyrwać te kilka godzin i spotkać się. To siła muzyki, nie ma co.

 

W swojej stodole zrobił bal, tańczyłem i ja….
Tak mogą płonąć stodoły każdego dnia…

Behemoth zaczął z przytupem bo „Ov Fire and Void”. Zrobiło się mroczno, głośno i behemotowo. Miałem wrażenie, że nagłośnienie trochę spłaszcza dźwięki i miało się wrażenie słuchania tego z puszki. Na szczęście potem było już lepiej, ale i tak kilka pierwszych kawałków poszło z takim posłuchem u mnie. Nowy wygląd urzekał i zamiana skór oraz ćwieków na podarte łachy, wyświechtane płaszcze i resztki całunów, była udana. Malunki na twarzy też były inne – bardziej brudne, mniej kontrastowe. Wapienna maska została zamieniona na plemienne barwy ciemności. I to u wszystkich. Duży plus.

Kolejne kawałki tylko udowadniały, że Behemoth jest w formie. „Demigod” z obowiązkowym wstępem Nergala o człowieku i jego roli w samostanowieniu (ach, nie ma to jak wydumana koncepcja na temat bycia sobą), potem „Moonspell Rites” (mega stary kawałek) oraz „Conquer All” dedykowany wszystkim przeciwnikom. To wstęp do kawałka z nowej płyty, który jest ogrywany na koncertach – „Blow Your Trumpet Gabriel”. Wypadł bardzo dobrze i rozpalenie ogniska na scenie tylko wzmocniło przekaz muzyczny. Niewątpliwie „Satanist” będzie czymś nowym i z nowymi brzmieniami. Będzie na co czekać.

A potem już klasyka za klasyką czyli to, co na koncercie Behemotha jest niemal zawsze. „The Seed ov I”, „Alas, Lord is upon me”, „Christians to the lions”,”Decade of therion”, „At the Left hand ov God”, „Slaves shall serve” i „Chant for Eschaton”. Chwila na danie szansy ludziom by trochę poskanować nazwę zespołu i wywołać go na scenę. Chłopaki nie dali na siebie długo czekać choć bis wyszedł dość skromnie, ale z przytupem. Najpierw „23” z „Telemy” a potem mój ulubiony „Lucyfer” z fajnymi gitarkami zaczynającymi kawałek. Jakoś inaczej wyszło niż na albumie, ale równie fajnie. Miciński głosem Maleńczuka został zagłuszony muzyką, ale i tak każdy zna te słowa. „Na harfach morze gra, kłębi się rajów pożoga”. Ech, zrobiło się niemal romantycznie.

Szkoda, że tak krótko grali bo nocka się dopiero rozwijała. W listopadową noc nie ma to jak posłuchać sobie czegoś czarnego, poczuć na skórze gorący podmuch ogni piekielnych i pokrzyczeć na całe gardło „Slaaaaaveeee shal seeeeeerveeee!!!!”

 

 

Lis 172012
 

„Mityczna bestia, która zgodnie ze słowami Alistaira Crowleya, pojawia się jako Bestia w Apokalipsie Św. Jana i ma przynieść zgubę dla całego rodzaju ludzkiego.”

Poprzednia wizyta Theriona w naszym kraju to śnieg, paraliż miasta i destrukcja. Okoliczności tamtej wizyty były nie do przebicia. W tym roku obyło się bez takich apokaliptycznych skojarzeń i wydarzeń. Popadało trochę co zapowiadało bardziej nadchodzącą jesień niż zimę. Dodatkowego smaczku nadawała informacja o tej trasie koncertowej zespołu – że będzie ostatnią w przeciągu najbliższych lat. Therion jako zespół przestaje nagrywać płyty i koncertować by skupić się na większym projekcie, którego realizacja jest rozłożona na kilka lat. Zatem to była ostatnia szansa ujrzenia bestii przed jej zniknięciem. Tego nie można było przegapić.

Trasa rozpoczęta na jesieni tego roku jest trasą promocyjną nowego krążka zespołu – „Les Fleurs du Mal” czyli po polsku „Kwiaty Zła” – oraz jednocześnie ukoronowaniem 25 lecia zespołu na scenie muzycznej. Jest to wydanie niezwykłe w każdym niemal aspekcie. Językowo – wydanie w całości po francusku; wydawniczo – wydane w całości przez założyciela Christofera za jego kasę i przez jego studio; kasowo – krążek jest sprzedawany tylko na koncertach zespołu i każda płyta jest osobiście podpisana przez Christofera; fanowsko – bo to ostatni krążek Theriona w takim składzie. Dużo tych zmian, ale były one niezbędne. Najważniejsze, że Therion przyjechał do Stodoły i znów można było usłyszeć muzę kojącą duszę.

Continue reading »

Sie 112011
 

Zespół ten już dwa razy wymykał nam się na festiwalach. Raz w zeszłym roku na Mastersach (z racji zbyt wczesnego występu) a drugi raz na Wacken (zniknął w natłoku licznych zespołów). Wreszcie przyszła kryska na matyska i Delain zawitał do Polski na swój indywidualny koncert w Stodole. I dobrze się stało, bo Within Temptation odłożył występ na jesień i pozostała brzydka wyrwa w grafiku. A że zespoły są dość podobne jeśli chodzi o styl muzyczny, to taki wypełniacz dobrze się wpasował w koncertową wyrwę. Dodatkowo klawiszowiec Delain grał niegdyś w Within Temptations i jest twórcą rzeczonego Delain. Stąd też niewiele się namyślając zebraliśmy niewielką gromadkę fanów i ruszyliśmy tłumnie do Stodoły, poznać śpiewającą Charlotte za Holandii.

A właściwie kto to jest Charlotte Wessels? Mianowicie, wielkim plusem zespołu jest młodziutka wokalistka, która nie dość, że umie zacnie śpiewać to jeszcze bardzo dobrze się prezentuje na scenie. Doskonale wpisuje się w styl takich zespołów nazywanych hasłem „female fronted metal”. Delain obok Within Temptation, Evanescence, Theatre of Tragedy, Xandrii, Sirenii czy Epicy to dobry przykład, że babka na wokalu może wiele i tworzy niesamowitą atmosferę muzyczną. Przed występem głównej gwiazdy zagrało „Serenity”. Przesiedzieliśmy część ich występu przy piwie a potem grzecznie wysłuchaliśmy to, co mieli jeszcze do wyśpiewania. Brzmiało dobrze, a już całkiem dobrze było gdy na scenie pojawiła się Lisa Middelhauve. Z początku, Marcin wziął ją za wokalistkę Delain, ale okazała się to okrutna pomyłka. Lisa bowiem śpiewała niegdyś w Xandrii a teraz gościnnie występuje z różnymi zespołami próbując wrócić na scenę. Nie było to może porywające, ale dobrze wprowadziło nas w atmosferę nadchodzącego zespołu. Znów nagłośnieniowcy dali o sobie znać – lekko za mocno podkręcili gitarki i perkusję. Przez to nie było słychać syntezatorów a śpiew był lekko przytłumiony. Gdzieś ktoś pisał na jakimś forum, że to celowy zabieg organizatorów. Może. (Zbych: jjjjasne) Continue reading »

Sty 152011
 

Śnieg sparaliżował miasto
Cały poniedziałek warszawiacy musieli zmagać się ze śnieżycą. Główne ulice były kompletnie nieprzejezdne, w korkach stały autobusy, a tramwaje wypadały z torów.  Oto miejsca, gdzie utrudnienia były największe:
– Ulica Tamka w kierunku Powiśla zakorkowana, natomiast samochody jadące w kierunku centrum mają problem z podjazdem w stronę centrum – napisała Agnieszka.
– Radzę omijać Wysockiego w stronę Trasy Toruńskiej, wszystko stoi, całe Bródno jest sparaliżowane – pisał Marcin. Korek utworzył się również na Trasie Toruńskiej w kierunku Tarchomina.
Stała Czerniakowska w obu kierunkach, Wisłostrada, Puławska w stronę Piaseczna. Korek również na Trasie Łazienkowskiej i w al. Jerozolimskich. Modlińska i Płochocińska w obie strony – tam też były ogromne problemy.
Sikorskiego i Gagarina zakorkowane, nie lepiej było w okolicach lotniska Chopina. – Stoję w korku na drodze z lotniska, podobnie jest w przeciwnym kierunku – mówił Marcin z MPT.
Dyżurny techniczny miasta przyznał: zdarzeń jest tak dużo, że trudno je wszystkie wymienić.
Continue reading »

Sty 102011
 

Apocalyptica to nietuzinkowy zespół. Byliśmy na nim już tyle razy, że nie możemy się doliczyć. Za każdym razem dają niezłe show i udowadniają, że od czasów, gdy grali tylko na cztery wiolonczele, zrobili duży krok naprzód. Tym razem przyjechali do Warszawy by promować swoje najnowsze wydawnictwo – „7 symfonię”. W niej kontynuują to, co zaczęli już od albumu „Apocalytica”. Pojawiają się normalne piosenki z wokalistami zaproszonymi na gościnne występy. Są nadal covery, ale ich udział jest już naprawdę minimalny. W dodatku zmienia się ich jakość. Teraz nie wystarczy zagrać na wiolonczelach „Enter Sandman” by być kimś. Dlatego covery w ich wykonaniu przechodzą metamorfozę i jest to zrobione po mistrzowsku. (Marcin: Jak dla mnie najlepszymi kawałkami tak przedstawionymi jest „Seeman” z Niną Hagen (cover Rammstein) oraz „Helden” wyśpiewany przez Tilla Lindemanna z Rammstein (cover „Hero” Davida Bowe)). Apocalyptica nawiązuje kontakty i kolejne swoje płyty okrasza zaproszonymi gwiazdami. Na „7 symfonii” jest też ktoś wyjatkowy – Dave Lombardo ze Slayera w kawałku „2010” i wokalista świeżo odkrytej francuskiej kapeli Gojira z mocarnym głosem – Joe Duplantier. Na koncercie nie ma mowy o takich zestawach, choć nie jest gorzej pod tym względem. Zatem czas przejść do szalonych Finów i ich płonących wiolonczel.
Continue reading »

Sty 082011
 

Wreszcie. Udało się. W końcu. Blind Guardian do posłuchania. Legenda niemieckiego metalu wreszcie na pełnoprawnym koncercie w Polsce. (Marcin: Już myślałem, że nie doczekam się tej chwili, a tu niespodzianka). (Zbych: Blindów kojarzę głównie jako gości od śpiewanego Władcy Pierścieni, z racji wielu piosenek osadzonych w świecie Tolkiena. Swojego czasu miałem nawet w posiadaniu całą ich dyskografie ale jakoś nigdy nie miałem czasu solidnie ją obsłuchać. Po tym co zobaczyłem, czas nadrobić braki !) Zaskoczył nas Blind, oj zaskoczył, ale jedziemy po kolei. Na początek oczywiście piwko przy barze naszym zwyczajowym kąciku przy stoliku.

W Stodole rwetes jak nigdy. Fani Blinda zjechali się z całej Polski, bo to był jeden z dwóch koncertów w Polsce, a że wcześniej nie byli u nas (poza Płockiem rok temu) to okazja na ich zobaczenie była przednia. Chłopaki są starsi niż węgiel, ale dobrze sobie radzą i dobrze się trzymają. (Marcin: Przez to ich nie poznałem. Cholera, nie rozpoznałem ich! Ja pierdolę!) Najpierw skrócili support do jednego zespołu a potem pojawili się Oni i  (Marcin: dopiero jak zaczęli grać to słyszałem Blinda, ale nie skojarzyłem wyglądu). Hansi nie wyglądał jak Hansi – normalnie mega fuck up. Oglądaliście może oficjalną wersję „Bard song” robioną dla MTV Unplugged? Pamiętacie tego grubaska który tam śpiewa? No właśnie…a teraz jest inaczej.
Continue reading »

Cze 012010
 

Pamiętam jak pewnego dnia około dwóch lat temu, przez AntyRadio (głównie podczas audycji prowadzonych przez Makaka) kilkukrotnie przewinął się bardzo melodyjny kawałek z dość nietypowym wokalem. Kawałek wpadł mi w ucho, przez co próbowałem wyłapać jego nazwę z ust prowadzącego. „Coheed and Cambria”, ta (pomyślałem wtedy) ciekawe jak to się w ogóle pisze. W wyniku mego lenistwa, temat się wyciszył i powędrował do tylnych szuflad mojej pamięci.

Dwa lata później – czyli stan obecny 2010 – w łapy trafia mi kwietniowy numer Metalhammera (Nr. 226) gdzie tuż pod sylwetką Slasha zapowiedź wywiadu z Coheed and Cambria. Ponadto, przed oczy wpada mi reklama z informacją, że w Warszawskiej Stodole – 05.07.2010 zespół zamierza rozstawić swój sprzęt podczas ich pierwszej Europejskiej trasy. I to zapewne jest główny podwód, że nic o nich za specjalnie nie wiadomo.

Ok, od razu w łepetynie przypomniałem sobie że już gdzieś słyszałem tą nazwę i po chwili buszowania w sieci z głośników zagrał zasłyszany niegdyś zagadkowy kawałek, a mianowicie: Ten Speed (of god’s blood and burial). Moje śledztwo trwało. Po kilku kolejnych minutach przeglądałem zdjęcia zespołu i przed oczami pojawiły się przeróżne info o zespole.

Korzenie C&C wiążą się ściśle z dwoma kumplami: Travisem Steverem i wokalistą z mega bujną czupryną – Claudio Sanchezem. Początkowy projekt rozkręcany w 1995 roku pod nazwą Toxic Parents bardzo szybko przerodził się w Beautiful Loser. Nieszczęśliwie drogi zespołu rozeszły się i każdy poszedł w swoją stronę. Nie oznaczało to jednakże porzucenia muzycznej ścieżki. Continue reading »

Maj 242010
 

Tego dnia spadł deszcz. Wiosenne krople nie były wcale ciepłe i przyjemne – chłodziły kark i wywoływały nieprzyjemne uczucie na skórze. Niebo zasnuło się chmurami o stalowej barwie. Zwiastowały przedłużający się okres niepogody. Wiedziałem, że ten dzień będzie wyjątkowy – i to nie tylko ze względu na pogodę – ale również z uwagi na koncert Katatonii. Odrętwienie i melancholię odczuwałem przez cały dzień. Ze smutkiem patrzyłem przez szybę zasnutą kroplami deszczu i widziałem w każdej drobince, jak topi się zaduma i zastanowienie. Ksero smętnie brzęczało udając muchę tłukącą się w brudnym kloszu po zepsutej lampce. Radio popsuło się i nadawało audycję z nieustniejącej stacji na którą składały się szumy, zlepy i ciągi. Nie regulowałem tego, bo nie było warto. I tak przecież byłyby same senne kawałki a dziś przecież gra Katatonia. Jeśli miałem wchłonąć solidną dawkę przygnębienia to tylko wykonaną przez najlepszych specjalistów. Dlatego czekałem w spokoju na tą chwilę, gdy ruszę do Stodoły, odmierzając czas schnącym krążkiem herbaty, zostawionym przez przeciekający kubek. Continue reading »